Spis treści

piątek, 18 września 2015

Środa, 10 listopada



            - Wstajesz?!
            - Jeszcze chwila! – odkrzyknąłem i wyciągnąłem rękę za głowę, by wyczuć leżący na biurku zegarek. Znalazłem go i spojrzałem na godzinę. Na złotej tarczy lśniły dwie wskazówki. Krótsza wskazywała na siódmą, a dłuższa mijała właśnie dwunastą. Odłożyłem pamiątkę po dziadku i przekręciłem się na lewy bok zakrywając się kołdrą po szyje. Nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić z łóżka. Za zamkniętymi powiekami przewijały się obrazy Marty, Weroniki, Starbuck’sa i kobiety z parku. Musiałem coś z tym zrobić. Miałem wrażenie, że duch staruszki, pomimo przebywania w zaświatach, wciąż nawiedza moje myśli. Może zostałem opętany, pomyślałem, albo to tylko sumienie. Schowałem twarz w poduszkę. Chwile później poczułem naglą falę zimna przeszywającą mój kark. Z krzykiem zerwałem się do pionu. Ujrzałem stojącą nad łóżkiem siostrę ze skrzyżowanymi rękami na piersi. W jednej z nich trzymała opróżnioną szklankę. Zdążyła już się umalować, ubrać  i wyszykować. Moje nozdrza przeszyła dusząca fala oparów jakimi się oblewała.
- Kompletnie oszalałaś?! – zapytałem zrzucając krople wody z włosów.
- Czas do szkoły młody – położyła szklankę na biurku i bez słowa wyszła, zamykając za sobą drzwi. Wywlokłem swoje nierozbudzone ciało spod mokrej kołdry i podszedłem do lustra służącego jednocześnie jako drzwi szafy z ubraniami. Ujrzałem przed sobą wrak człowieka ubrany w czarny t-shirt i białe bokserki. Jego spojrzenie było wciąż nieobecne. Parę zielonych oczu bez jakiegokolwiek wyrazu, podkreślały dwa łuki odchodzące w dół od wewnętrznych kącików oczu. Czarne, krótko strzyżone włosy przypominały gniazdo ptaka. Po dłuższej chwili wpatrywania się w swoje godne pożałowania odbicie, stwierdziłem po raz pierwszy w liceum, że nie mam najmniejszej ochoty iść do szkoły. Chwilę później, gdy już znalazłem się w łazience, najwyraźniej mój mózg zdołał się zalogować do systemu myślenia, bo uświadomiłem sobie, że przesiedzenie w domu dnia, nawet pod pretekstem choroby nie przejdzie przez czujny radar mamy. Ona wiedziała kiedy kłamię. Nie wiem jak. Pewnie stosowała swój instynkt rodzicielski. Sam fakt, że zorientowałaby się, że wcale nie zachorowałem, nie był tak straszny, jak jej późniejsze podejrzenia dotyczące szkoły. Zaczęłaby się martwić, czy z nauką wszystko w porządku, czy nikt mnie nie prześladuje, nie biorę narkotyków lub nie należę do osiedlowego gangu. Mogłoby się nawet skończyć telefonem do wychowawcy i wizytą u pedagoga. To nie była przesada. Trzy lata wcześniej, kiedy poznałem Martę i Aleksa byłem przeszczęśliwy. W poprzedniej szkole nie potrafiłem znaleźć sobie bratniej duszy, a oni zaakceptowali mnie takiego jakim jestem. Szczególnie Marta. Po pierwszym tygodniu września byłem przemęczony wszelkimi wrażeniami. Po powrocie do domu nie chciało mi się z nikim rozmawiać. Nawet z Wiktorem. Siedziałem cicho w swoim pokoju słuchając muzyki. W którymś momencie mama nie wytrzymała tego niepokojącego milczenia, więc zaczęła mnie wypytywać jak sobie radzę w nowej szkole. Odpowiedziałem jej że dobrze i korzystając z okazji poprosiłem o doładowanie karty SIM. Chciałem móc pisać z Martą po lekcjach. Mama wtedy zapytała dlaczego, a ja odpowiedziałem, że brakuje mi kasy na smsy do znajomych. Nie chciałem mówić do których, bo wydawało mi się fajniejsze, mówienie o nich w sposób nieokreślony. Mama zobaczyła moje nieprzytomne oczy, dodała do tego nietypową nieobecność i nowych nieznanych przez nią przyjaciół i wywnioskowała, że najprawdopodobniej jestem pod wpływem środków odurzających. Z początku myślałem, że żartuje, ale tak nie było. Chciała kupić test sprawdzający rzekome zażycie. Powstrzymała ją przed tym babcia, stwierdzając że jest kompletną histeryczką. Pamiętam z tamtego dnia jeszcze, że Kamila miała wtedy ze mnie niezły ubaw. Tak czy inaczej musiałem wyjść z domu. Po niedługim namyśle postanowiłem, że to właśnie dziś, upiję całe piwo jakie sobie naważyłem. Teraz albo nigdy!
Z początku nie wiedziałem od czego zacząć. Nie znałem adresu tej całej Milczek. Ze złudną nadzieją, wpisałem jej nazwisko w Google. Znalazłem dziennikarkę o tym nazwisku, sprzedawczynię fajek wodnych oraz trzy profile Facebook. Pierwszy należał do czternastolatki, której zdjęcie profilowe przedstawiało, najpewniej, ją samą palącą skręta w menelskiej czapce z jakimś znanym logo i pomalowanymi ustami a’la Merlin Monroe. Całość podkreślały gigantyczne okulary w czarnej oprawie dodające dziewczynie pospolitego wyglądu. Drugi zaś, należał do dwudziesto jedno letniej studentki, mieszkającej w Tokio ze swoim skośnookim chłopakiem. Na trzecim profilu, dominowały w tle wizerunki Hello Kitty, a samo zdjęcie profilowe przedstawiało początkującą dziesięcioletnią baletnicę w różowej sukieneczce i w białych pończoszkach. Wyglądała niemal jak lalka Barbie, ale z pewnością, jak i dwa pozostałe, nie miała nic wspólnego z wyniszczoną alkoholiczką, sadystką.
Drugim moim pomysłem, było pójście do parku Łazienkowskiego. Najwyraźniej, to tam kobieta spędzała najwięcej czasu, skoro i po śmierci siedziała na tamtejszej ławce, karmiąc gołębie. Była więc możliwość, że inni stali bywalcy znali kobietę a nawet jej sytuację rodzinną.
W parku, w godzinach porannych było niewielu ludzi. Głównie obsługa sprzątająca alejki lub sportowcy wykonujący poranny jogging. Park, od ostatniej mojej wizyty dużo się nie zmienił. Ostatnie liście spadły i gniły pod niewielką warstwą błota. Wszędzie panowała wszechogarniająca szarość, smutek i samotność. Jeszcze trzy tygodnie wcześniej, kiedy wraz z Martą i Aleksem wracałem przez ten park ze szkoły, każda alejka emanowała złotymi kolorami. Słońce przebijało się przez bujne korony drzew, rzucając na spacerujących ostatnie promienie jesiennego słońca. Z lotu ptaka ten, dość duży, zadrzewiony teren musiał wyglądać niesamowicie. Teraz było szaro i mgliście, a hulający wiatr uderzał w twarze przechodniów. Wchodząc do parku ogarnęła mnie myśl, że raźniej by mi było z Martą u boku, ale szybko ją odrzuciłem. Musiałem sobie sam poradzić. W końcu byłem Celnikiem… cokolwiek to znaczyło. Chodziło o to, że chyba chciałem sobie coś udowodnić… Że jestem pewny siebie, zdecydowany i potrafię sam podjąć pewne działanie.
            Naprzeciw ławki ducha kobiety siedział starszy mężczyzna czytający książkę. Był ubrany w szary płaszcz, czarne spodnie i eleganckie skórzane buty. Miał on na głowie kapelusz zakrywający siwiznę i okulary zsunięte na czubek nosa. Lewą rękę miał położoną na oparciu ławki a drugą trzymał książkę, opierając ją o prawą nogę założoną na lewą.  Wyglądał na takiego, co lubi czytać w parku- jeżeli to robił przy takiej pogodzie. Podszedłem do niego, usiadłem obok, zrzuciłem plecak z książkami, co odwróciło jego uwagę od lektury i zapytałem:
- Dzień dobry! Przepraszam pana bardzo, ale czy nie widział pan kiedyś takiej starszej kobiety siedzącej na tamtej ławce? – wskazałem głową przed siebie. Mężczyzna ściągnął okulary, wzrokiem powędrował we wskazanym kierunku i pokręcił głową.
- Przykro mi – dodał i założył ponownie szkła wracając do czytania.
- Czasem ta kobieta prosiła o pieniądze… - dodałem, lecz moje słowa nie zrobiły na nim wrażenia. Wziąłem torbę i ruszyłem dalej. Skręciłem w inną alejkę. Kilkadziesiąt kroków dalej zaczepiłem kolejnego mężczyznę, tym razem mówiącego do samego siebie. Również nic nie widział. Zapytałem kolejno pięć napotkanych osób i żadna nie udzieliła mi wystarczającej odpowiedzi. Po dwudziestominutowym spacerze, przemarznięty, ruszyłem ku wyjściu. Jeszcze raz spojrzałem na czytającego mężczyznę. Skończył swoją lekturę. Spojrzał się na mnie, ale ja nie miałem ochoty na dłuższy kontakt wzrokowy. Byłem na siebie zły, za to, że w tak nie skuteczny sposób marnowałem swój czas, zamiast siedzieć w o wiele cieplejszej szkole. Po kilku kolejnych krokach usłyszałem jak mężczyzna mnie woła. Zatrzymałem się, choć nie byłem pewien czy jego słowa są kierowane do mnie.
-  Proszę pana!- ponownie zawołał.
Odwróciłem się i podszedłem do niego.
- Tutaj nikt nie żebrze. Jeżeli chce pan znaleźć kogoś takiego, proszę iść na Szucha- jego ton głosu był życzliwy, jednak to co powiedział wydało mi się z początku żartem.- Pan z Pomocy Społecznej? – spytał, jakby dla potwierdzenia swoich przepuszczeń.
- Tak – odpowiedziałem bez większego entuzjazmu. Podziękowałem i odszedłem.
Nie wierzyłem specjalnie by chodziło o tą sama kobietę, ale i tak nie miałem zbyt wiele do stracenia. Ulica Szucha była prawie po drodze do mojego domu. Musiałem jedynie przejść na sam początek parku do placu Na Rozdrożu, przejść dwa razy przez jezdnię i już. Wkroczyłem w ulicę Szucha. Nie charakteryzowała się niczym specjalnym. Po lewo znajdowało się kilka kamienic mieszkalnych, a po prawej budynki państwowe. Jedynym charakterystycznym obiektem na tej ulicy był gmach Ministerstwa Edukacji Narodowej. Niegdyś siedziba hitlerowców, gdzie przesłuchiwano i przetrzymywano polskich więźniów. Miejsce otoczone ponurą aurą. Zaraz przy wejściu do ministerstwa po lewej stronie stworzono muzeum upamiętniające ofiary tamtych czasów. Podobno wnętrze było niezwykle klimatyczne. Można było zobaczyć cele, w których więźniowie przebywali. Nigdy tam nie byłem. Za bardzo się bałem tego, co mógłbym zobaczyć, a czego inni nie widzieli… W Warszawie było mnóstwo miejsc przesiąkniętych cierpieniem i krwią pomordowanych w czasie ll wojny światowej. Miejsc, które nigdy nie zostały poświęcone, oczyszczone przez jakiegokolwiek kapłana. Przez to wiele dusz wciąż było niespokojnych.
Przeszedłem tą ulicą cztery razy, lecz nic mi nie wskazywało na obecność żebrzącej kobiety. Żadnej obskurnej kamienicy, pijaka, czy zwyczajnego bezdomnego. Ludzie, których mijałem byli ubrani elegancko, w garnitury, płaszcze, kożuchy. W końcu znajdowałem się niemalże w centrum miasta. W okolicy ministerstw, siedziby premiera, belwederu... Nie było tu miejsca dla żebraków. Skoro Milczek codziennie tu przebywała, to musiała gdzieś w pobliżu mieszkać. Zapytałem kilka osób o nią, ale wszyscy byli zabiegani, albo z góry zakładali, że chcę wyciągnąć od nich hajs, więc udawali, ze mnie nie widzą. Tym bardziej nie rozumiałem, dlaczego ktoś chciałby tutaj prosić o pieniądze. 
Przeszedłem wzdłuż jednego z bloków na ulicy prostopadłej do Szucha, bo zainteresował mnie kontener ze śmieciami wystawiony tuż przy jezdni. Gdy się zbliżyłem ujrzałem postać w fioletowej kurtce i pstrokatej czapce na głowie, zanurzoną po łokcie w śmieciach. Przez chwilę się zawahałem, ale w końcu kto mógł wiedzieć więcej o nędzarzach, niż sam nędzarz. Podszedłem niepewnie. Nieznana postać najwyraźniej usłyszała moje kroki, bo wyłoniła się gwałtownie z kontenera obrzucając mnie podejrzliwym spojrzeniem. W pierwszym momencie nie mogłem rozpoznać czy to mężczyzna czy kobieta. Twarz miała wyniszczoną, zapadniętą i pociemniałą od brudu. Z dolnej szczęki wystawał jej jeden ząb. Patrzyła się na mnie wrogimi brązowawym oczami. W ostateczności, po wystających włosach spod jaskrawo ciemno różowej czapki, stwierdziłem że to kobieta.
- Dzień dobry! Mam pytanie. Czy zna pani kobietę która, dłuższy czas przychodziła gdzieś w tej okolicy żebrać na alkohol dla córki?
- A co cię to gówniarzu obchodzi? – warknęła charkliwym, sepleniącym głosem.
- Szukam jej córki. Obiecałem tej kobiecie, ze jej pomogę, gdy ona sama nie będzie mogła jej pomóc – bezdomna popatrzyła chwilę na mnie, po czym chrząknęła coś pod nosem o zawracaniu dupy i ruszyła przed siebie. Zirytował mnie jej lekceważący stosunek, ale mimo to, musiałem spróbować ten ostatni raz.
- Zapłacę! – krzyknąłem, co gwałtownie zatrzymało kobietę. Spojrzała się na mnie.
- Ile?! - Zajrzałem do portfela i zobaczyłem trzy banknoty z nominałami dziesiątki, dwudziestki i pięćdziesiątki.
- Dwadzieścia- rzekłem, wyjmując papierek. Kobieta najwyraźniej dostrzegła ile miałem w rzeczywistości, bo odparła:
- Osiemdziesiąt – bez zastanowienia wyjąłem pięćdziesiąt i wyciągnąłem dłoń przed siebie.
– Więcej nie dam – oświadczyłem stanowczo. Kobieta wyszarpnęła banknot i schowała do kieszeni kurtki. Po chwili wahania zaczęła mówić wciąż ochrypłym i nieprzyjemnym dla ucha głosem.
- Była taka jedna, co to w domu siedzieć nie mogła, bo ją córka na ulicę wywalała i mówiła, że jak nie zdobędzie kasy to ją zabije jak psa. Więc ta stała i nawet na kolanach żebrała, jak nikt nic nie chciał dać. Szkoda baby, ale co  poradzić, jak ofermą była i dla córeczki na środku chodnika ostatnie tchnienie dała
- Gdzie mieszkała? – zapytałem. Kobieta najwyraźniej poczuła się zbyt pewnie, bo przejechała dłonią po zaciśniętych ustach i wzruszyła ramionami uśmiechając się szyderczo. Wyciągnąłem dychę z portfela i wcisnąłem jej w łapę. Skinęła głową w stronę budynku, przy którym staliśmy.
- Tutaj?- spojrzałem się na pięciopiętrowe blok.
- Nie pomyślałbyś, co? – zaśmiała się bezdomna chwytając niebieską torbę, zapewne przepełnioną gratami na skup.
Podszedłem do jednego z wejść do budynku. Poszukałem nazwiska Milczek na domofonie i znalazłem. Rzeczywiście tam było! Z walącym szalenie sercem wcisnąłem odpowiedni guzik i przytrzymałem. Miałem wrażenie, że krew przestała dopływać do moich kończyn.
- Halo?! – usłyszałem kobiecy nie koniecznie sympatyczny głos. Może była on na kacu?
- Dzień dobry! Ja w sprawie pani matki – powiedziałem bez wahania.
- Matki? Nie żyje prawie od roku – usłyszałem zdziwienie po drugiej stronie i głębokie westchnięcie. – Proszę wejść – dodała po czym drzwi zapiszczały. Z lekkim zaskoczeniem otworzyłem je i wszedłem do środka. Łatwo poszło, pomyślałem i zacząłem wspinać się po schodach. Była winda, ale nie wiedziałem które to piętro. Miałem jedynie nadzieję, że nie ostatnie.
            Klatka schodowa również była zadbana a nawet świeżo odmalowana. Dochodząc na trzecie piętro ujrzałem kobietę. Była ona nieco inna, niż się spodziewałem. Była szatynką. Włosy miała związane gumką w krótki kucyk. Twarz była zniszczona, lecz wydawało mi się, że nie tyle od alkoholu co od stresu. Miała zmarszczone ciemno niebieskie oczy, usta wykrzywione w dół i szramę na prawym poliku. Była dosyć drobnej postury. Miała na sobie szarą bluzkę pod wełnianym swetrem, którym okrywała cieńsze warstwy, zapewne dla większego ciepła. Miała również długą zieloną spódnicę, która odkrywała jedynie stopy kobiety w szarych skarpetkach. Wyglądała na zaniepokojoną. Nic dziwnego. Też pewnie tak bym się czuł na jej miejscu.
- Kim jesteś? – spytała oschle.
- Dzień dobry. Nazywam się Wojtek Sosnowski. Mam dla pani wiadomość od pani matki – kobieta na te słowa zmarszczyła brwi.
- Żarty se robisz? Czego chcesz? – poczułem bijącą od niej antypatię. Z początku nie wiedziałem co powiedzieć.
- Chciałaby się upewnić, czy wszystko z panią dobrze? – nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Kobieta parsknęła.
- Kiepskie poczucie humoru – oznajmiła i na jej twarzy przemknął delikatny uśmiech. – Jesteś z opieki? Nie wiedziałam, ze zatrudniają takich młodych? Wchodź- skinęła głową w zapraszającym geście i weszła do środka. Niepewnie ruszyłem za nią.
            Na samym wejściu zaczął mnie dusić obezwładniający smród papierosów. Przedpokój był niewielki. Zaraz po przekroczeniu progu ujrzałem wejścia do trzech pomieszczeń. Jedno było zamknięte. Dwa pozostałe przysłaniały opary dymu. Powietrze było ciężkie, jakby nikt nie otwierał w tym domu okien przez dobry miesiąc.
- Nie musisz zdejmować butów – oświadczyła kobieta wchodząc do pomieszczenia na lewo od wejścia. Nie zamierzałem nawet tego robić. Rozejrzałem się naokoło i popatrzyłem na leżące pod drzwiami dwie pary męskich i jedną parę damskich butów. Wszystkie były czarne, brudne od błota i mocno zniszczone. Wszedłem do pokoju w którym zniknęła gospodyni.
            Ujrzałem niedużą przestrzeń odciętą od światła dziennego przez szczelnie zasłonięte okna i drzwi balkonu. Pomieszczenie było oświetlane jedynie przez stojącą czarną lampę koło siwo zielonej kanapy, która znajdowała się po prawej stronie pokoju naprzeciw ciemno brązowego rzędu półek z książkami między którymi stał średniej wielkości czarny telewizor kineskopowy. Na środku pomieszczenia znajdowała się prostokątna ława, a na niej prezentowało się pięć pustych butelek po piwie, butelka wody i biała okrągła popielniczka pełna zużytych fajek. Anna Milczek siedziała na kanapie patrząc się nieobecnym wzrokiem w wyłączony ekran telewizora. Obok ławy stał jeden drewniany taboret. Usiadłem na nim i patrząc się na puste butelki zapytałem.
- Wciąż pani pije? –  Kobieta ponownie parsknęła i spojrzała się na mnie.
- Co? Przyszedłeś mi wygarnąć, jaką to jestem podłą córką? Że to ja ją zabiłam? – patrzyła się na mnie wzrokiem pełnym pogardy i rozpaczy zmieszanej z nutą szaleństwa. Mimo zaskoczenia jej reakcja, automatycznie odparłem łamiącym się głosem:
- A nie? – Odchrząknąłem. Na moment zapadła cisza. Kobieta ponownie skierowała swoje spojrzenie na telewizor.
- Nie. Właśnie, wcale to nie była moja wina. Potrzebowałam jej pomocy, a ona nie chciała mi jej dać
- Nie chciała dać pani na wódkę?
- Nie chciała mi pomóc! – kobieta wrzasnęła chowając twarz w dłonie. – Gdybym jej nie zagroziła, nic by dla mnie nie zrobiła – dodała wstając i podchodząc do jednej z szafek. Wyjęła pudełko z jakimiś tabletkami, wysypała kilka na rękę i połknęła, popijając wodą z butelki.
- Kazała jej pani żebrać na ulicy, bo inaczej by ją pani zabiła jak psa… Pani się nad nią znęcała! – stwierdziłem czując do niej obrzydzenie. – I wszystko po to, by mieć na kolejną wódkę – nagle spojrzała się na mnie z niekrytą wściekłością.
- Za kogo ty się gnoju uważasz?! Ośmielasz się wchodzić do mojego domu i zarzucać mi takie rzeczy? Nic nie wiesz o mnie i o mojej matce! Nigdy nie byłam alkoholiczką – mówiąc to zbliżała się w moją stronę. Jej słowa rozbrzmiewały  przekonaniem i oburzeniem. Wstałem, stwierdzając że lepiej będzie się ewakuować. Kobieta chwyciła leżącego na starej wykładzinie buta i rzuciła nim we mnie. – Wynoś się! – bez namysłu skierowałem się ku wyjściu. Zbiegając po schodach usłyszałem jak kobieta wykrzykuje:
- Nie potrzebuje waszej pomocy!- a następnie wybuchła płaczem. Schodząc po schodach minąłem wysokiego barczystego mężczyznę o spojrzeniu typowego zbira. Był łysy. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę. Niósł w siatce jakieś szkło. Zapewne alkohol. Wymieniliśmy się nieprzyjaznymi spojrzeniami i zobaczyłem jak mężczyzna słysząc płacz, wbiega po schodach na górę, wpada do mieszkania Milczek i zatrzaskuje za sobą drzwi. Płacz kobiety umilkł na dosłownie cztery sekundy, by móc się przemienić w przeraźliwy stłumiony ryk. Nieznajomy mężczyzna krzyczał coś o zdradzie, puszczaniu się, kolejnym kochanku, a potem było słychać jedynie głośny rozpaczliwy płacz kobiety, dwa huki i cisza. Powoli wszystko ucichło. Trwało to może z minutę, półtorej. Zszedłem szybko na parter, chcąc zadzwonić po policję, ale kiedy to zrobiłem ujrzałem straszą kobietę w kożuchu z małym jamnikiem na smyczy stojąca tuż przed drzwiami do pierwszego z mieszkań.
- Ona nie pije. To ten bydlak – oznajmiła kobieta przekonanym tonem. Najwyraźniej musiała usłyszeć moją wcześniejszą rozmowę z Anną Milczek. – To dla niego zmuszała panią Janinę do stania na ulicy. Ona tego nie chciała. Groził jej, że zabije ją i jej matkę. Bała się nawet uciec. Jej już nikt nie pomoże – stwierdziła po czym otworzyła drzwi do swojego mieszkania i weszła pozostawiając mnie samego w korytarzu. Ruszyłem martwo po ostatnich trzech schodach do wyjścia. Kiedy wyszedłem na ulicę z początku nie wiedziałem co się wokół mnie dzieje. Musiałem ogarnąć myśli. Nie mogłem tego tak zostawić. Odchodząc stamtąd tak po prostu odszedłbym z kolejną dręczącą moje sumienie myślą. Zadzwoniłem po policję i zgłosiłem sprawę. Chaotycznie opisałem zaistniała sytuację i kazałem im jak najszybciej  przyjechać. Zrobili to. Po piętnastu minutach przyjechali i od razu wbiegli do mieszkania pani Milczek. Wpatrywałem się w okno, które teoretycznie należało do kobiety szukając jakichkolwiek oznak życia. Pięć minut później, dwaj funkcjonariusze wyszli z domu prowadząc pijanego mężczyznę. Wsiedli do samochodu i odjechali. Kazali mi potem przyjechać, aby złożyć zeznania. Spojrzałem się jeszcze raz w okno pani Milczek i ujrzałem ją stojącą za firanką ze złożonymi rękoma na piersi. Mimo niedokładnego  obrazu, widziałem w jej twarzy przejęcie, smutek, gniew i… być może ulgę… Chciałem, żeby tak było.
- Nie wszystko jest takie jakie nam się wydaje – usłyszałem kobiecy głos tuż obok mnie. Poczułem dotyk dłoni na prawym ramieniu. – Są rzeczy na które Celnik nie ma wpływu
- Dlatego nie może obiecywać? - dodałem odwracając się do niej. Przytaknęła subtelnie głową, jakby chciała powiedzieć „niestety”.
- Nawaliłem. Nie wykonałem swojego zadania. Co teraz się stanie z tą staruszką?
- Nic. Ona wie, że się starałeś – odpowiedziała Weronika. Pokiwałem głową ponownie wpatrując się w okno pani Milczek, ale jej już tam nie było. Tylko firanka lekko falowała.
            - Wiesz co – stwierdziłem urywając w pół zdania. - to chyba nie dla mnie – westchnąłem ciężko. – Może lepiej poszukaj innego egzorcysty – ruszyłem wolnym krokiem w stronę przystanku nie nawiązując nawet kontaktu wzrokowego z Weroniką.
- Ale ty nie jesteś egzorcystą, tylko Celnikiem!- zawołała za mną.- Tego tytułu się nie dostaje. Z nim się człowiek rodzi. To jak przeznaczenie, lub jak wolisz fatum. Nie możesz tego porzucić! – zatrzymałem się. Jej słowa wywołały u mnie falę wściekłości.
- Chyba mam prawo robić co chcę – odwróciłem się do niej mówiąc wciąż opanowanym tonem, ale zamiast Weroniki ujrzałem speszoną małą dziewczynka na różowej hulajnodze. Popatrzyła się na mnie wystraszonym spojrzeniem skarconego dziecka i w popłochu odjechała w przeciwnym kierunku.
            Jeszcze tego samego dnia poszedłem do Łazienek, by postawić znicz przy ławce pani Janiny Milczek. Było już ciemno. Nikogo nie było w prawie nieoświetlonym parku. Nie wiedziałem co powiedzieć, modląc się za duszę kobiety. W końcu pomyślałem „Niech spoczywa w pokoju”, a chwilę potem głuchym szeptem dodałem  – Przepraszam

piątek, 28 sierpnia 2015

Wtorek, 9 listopada



            Następnego dnia w szkole zastanawiałem się, kiedy Marta wróci do szkoły i... do mnie. Mimo wszystko nie myślałem o obietnicy złożonej poprzedniego dnia duchowi kobiety, ani o Weronice czy czymkolwiek związanym ze światem paranormalnym. Byłem potwornie zmęczony. Nie spałem całą poprzednią noc. Kiedy zamykałem oczy by wreszcie oddać się w upragnioną krainę snów, przed oczami stawał mi obraz zapłakanej staruszki. „Ona odeszła”, powtarzałem sobie w duchu, „ale nie moja obietnica”. Weronika miała rację. Obiecywanie duchom, pomocy w dokończeniu ich spraw było totalnym masochizmem. Musiałem wypić piwo, które sobie naważyłem. Tylko nie wiedziałem jak. Nie znałem adresu tej całej Anny Milczek. Swoją droga chyba nie chciałem znać. Jeżeli ta kobieta była alkoholiczką, zmuszającą swoją schorowaną matkę do stania na ulicy i żebrania na wódkę, to raczej nie mieszkała w przytulnym trzypokojowym mieszkanku z telewizorem, kanapą i ładną łazienką.
        - Wpakowałeś się w niezłe bagno! – powiedziała Weronika gdy poprzedniego wieczoru spytałem jej co mam zrobić.
            Ale to naprawdę nie miało znaczenia w tamtej chwili. Swoje winy odpokutowałem totalnym przemęczeniem i wyczerpaniem. Chciałem jedynie poczuć znów obecność przyjaciół, którzy mnie wesprą, poklepią po ramieniu i powiedzą żebym się tak wszystkim nie przejmował.
            Z początku myślałem, ze Marta znowu opuściła lekcję, dlatego też pozwoliłem Rebece usiąść koło mnie na historii. Nowa, najwyraźniej zagubiona w obcym środowisku, wybrała sobie mnie za mentora. To był błąd, którego może bym nie popełnił gdyby nie zmęczenie. W dwudziestej czwartej minucie lekcyjnej, do klasy weszła pewnym krokiem Marta, przepraszając za spóźnienie. Wyglądała jak zwykle oryginalnie. Była ubrana w jasno różowy sweterek narzucony na biały t-shirt i długie spodnie w pionowe czarno białe paski. Z początku nie zauważyła nowej dziewczyny siedzącej na jej miejscu. Pokierowała się w moją stronę. Dopiero po paru krokach stanęła jak wryta patrząc się na zakłopotaną Rebekę. Następnie krótkim spojrzeniem przeszyła moją osobę i bez najmniejszego wahania poszła na tylną ławkę, siadając obok Sandry, cichociemnej kujonicy. Rebekah zerknęła na mnie pytającym wzrokiem a ja tylko przekierowałem uwagę na podręcznik od historii, czytając fragment o metodach prześladowań Żydów w czasie drugiej wojny światowej.
            Po lekcji szukałem Marty, która zaraz po dzwonku wyszła z klasy. Chciałem dowiedzieć się, w jakich jesteśmy stosunkach. Zamiast niej natknąłem się na Nową.
-  Hej Wojtek! – zawołała, stając centralnie przede mną. – Mam pytanie…
- Tak? – odpowiedziałem nie kryjąc, iż nie jest to dla mnie dobry moment.
           - Kim była ta dziewczyna, która weszła w czasie lekcji? Wydawało mi się, że chyba usiadłam na jej miejscu…
- To była Marta – odpowiedziałem bez zastanowienia nie tracąc z Rebeką kontaktu wzrokowego. – Tak, ale nie martw się. Po prostu trochę jej nie było w szkole i na pewno twoja obecność była dla niej zaskoczeniem
- Wyglądała, jakbym jej zrobiła coś… rude – zmartwiona ciągnęła temat, nie mogąc się wysłowić.
- Nie. Myślę, że to nie oto chodzi – wysiliłem się na uśmiech, starając się tym gestem uspokoić dziewczynę.
- Mam nadzieję. Tak myślałam… - po chwili słowa Brytyjki mi umknęły. Zobaczyłem idącą w naszym kierunku Martę. – Co o tym myślisz?
- Słucham? – zapytałem, czując jak ręce mi się pocą z każdym nadchodzącym krokiem przyjaciółki. Dziewczyna po chwili konsternacji zadała ponownie pytanie.
- Może mógłbyś mi pokazać Warszawę? Wiesz, nie znam tu nikogo i myślałam…. Ale jeśli nie chcesz, zrozumiem. Nie chcę być problemem dla ciebie
- Nie, nie ma problemu – uśmiechnąłem się, wzruszając ramionami.
- Serio? To może spotkamy się któregoś dnia w centrum?
- Jasne – powiedziałem i w tym momencie pełna energii stanęła koło nas Marta z uśmiechem od ucha do ucha.
- Cześć! – spojrzała najpierw na mnie, potem na Nową. – My się jeszcze nie znamy. Mam na imię Marta Jestem przyjaciółką Wojtka i koleżanką z ławki od gimnazjum. A ty pewnie jesteś Rebekah, nasza nowa koleżanka z wymiany zagranicznej? – podała rękę nowo poznanej.
- Tak. Miło mi cię poznać – Rebekah szczerze uśmiechnęła się do Marty, ściskając jej dłoń. – Chyba… I took your chair… Sorry, jestem tu dopiero drugi dzień
- Nie ma problemu – parsknęła Marta machając przy tym znacząco ręką. – Ktoś cię już oprowadził po szkole i Warszawie? – spytała.
- Eee…Właśnie prosiłam Wojtka, aby mi pokazał kilka miejsc w Warszawie – brunetka przekierowała spojrzenie na mnie. Marta również. Czułem się dziwnie.
- To super! Razem z Wojtkiem bardzo chętnie pokażemy ci gdzie można dobrze zjeść, co warto zwiedzić, a czego unikać – Marta puściła oko do nowej koleżanki i zwróciła się do mnie. – To na kiedy się umawiamy? Może dzisiaj, zaraz po lekcjach. Co wy na to? – mówiła to z taką energią i ożywieniem, ze trudno komukolwiek byłoby odmówić.
           - Nie widzę problemu – uśmiechnęła się Rebekah wzruszając beztrosko ramionami.
           - Ja też nie – odpowiedziałem, nie wiedząc jak inaczej mógłbym się zachować.
I stało się. Byłem umówiony na spotkanie z dwoma kobietami po których nie wiedziałem czego mogę się spodziewać. Przez chwilę przemknęła mi myśl, co z Aleksem? Marta nie wspominała o nim, kiedy się umawialiśmy. Powiedziała „razem z Wojtkiem”, a to oznaczało, że zostałem na polu bitwy całkiem sam. Choć nie liczyłem zbytnio na pomoc ze strony Aleksa, to dwóch mężczyzn na dwie kobiety robiło zasadniczą różnicę, niż jeden mężczyzna i dwie kobiety. Może panikowałem, ale to z pewnością było wywołane niespodziewanym zwrotem akcji w zachowaniu Marty. Przez cały czas martwiłem się, czy kiedykolwiek się do mnie uśmiechnie, a tu nagle bum i stanęła przede mną roześmiana, jak gdyby to, co się stało ponad tydzień wcześniej, nigdy się nie wydarzyło.
            Po lekcjach czekałem przed szkołą na Martę i Rebekę. Dłonie mi marzły od zimowego chłodu, lecz mimo to po plecach spływał ciepły pot. Po długo oczekiwanym momencie zza ogromnych drzwi wejściowych wyłoniły się dwie istoty kroczące na pewne starcie z jedną zakłopotaną kupką szarej materii, podziwiającą ich niezwykłą najpotężniejszą broń w całej galaktyce, którą bez skrupułów emanowały, pewne swojego zwycięstwa. Jedna z nich o płomienistych włosach, ubrana w idealnie podkreślający kształty jasny płaszcz, patrzyła na kupkę materii, owładając ją swoim zgubnym zawadiackim uśmiechem. Druga zaś, nie mniej silnymi mocami przyciągała uwagę swoją tajemniczością, niezwykłością, swego rodzaju niebezpieczeństwem i tym czymś, co wydawało się łączyć ciemnowłosą istotę z kupką szarej materii.
-  No, to gdzie idziemy? – zawołała Marta wciąż uśmiechnięta.
- Może na Stare Miasto? – zaproponowałem, rzucając pierwszą lepszą myśl. Zauważyłem, że Rebece ewidentnie pomysł przypadł do gustu, lecz nim zdążyła się odezwać, Marta ją wyprzedziła.
- Nie, daj spokój z tą starówką. Na początek dobrze by było obczaić gdzie można się rozgrzać  porządną gorącą czekoladą. Co ty na to Rebekah? 
Rebekah po raz kolejny zdominowana osobą Marty, z subtelnym uśmiechem odpowiedziała:
- W sumie… możemy – nie odzywając się, ruszyłem wraz z nakręconą Martą i osaczoną pomysłami Marty, Rebeką w kierunku jednego z najpopularniejszych miejsc na świecie, nie koniecznie zawdzięczającego swą sławę gorącej czekoladzie.
W Starbucks’ie jak zwykle było wielu ludzi. Usiedliśmy przy stoliku dla czterech osób przy samym oknie. Ja i Rebekah po jednej stronie, Marta naprzeciwko nas. Dla Rebeki Starbuck’s wcale nie był czymś nieznanym. Mimo to, ani ona ani ja nie zaproponowaliśmy zmiany lokalu.. Rebekah z nieśmiałości, ja ze strachu. Sam nie wiem przed czym. Zamówiliśmy trzy Hazehurt Hot Chocalate, które wybrała Marta zapewniając, że są one nie do podrobienia.
- Prawda, że pyszne? – zachwalała, delektując się każdym łykiem.
- Jak daleko stąd jest Stare Miasto? – zapytała Rebekah, lekceważąc pytanie Marty.
-  Kilometr… może półtora – odpowiedziałem.
- Może potem byśmy się tam wybrali? Słyszałam, że to niezwykłe miejsce – zasugerowała dziewczyna patrząc się jedynie na mnie.
- Świetny pomysł! Starówka to wyjątkowe miejsce. Co prawda, poznanie jej prawdziwego uroku nie jest dane zwykłym śmiertelnikom, ale może dla nowo przybyłej z daleka będzie łaskawa – westchnęła Marta.
Zatkało mnie.
- Of course.  Jeśli to się tyczy jedynie śmiertelników, to nie powinno być problemu – Rebekah odwzajemniła wieczny uśmiech Marty nie tracąc z nią kontaktu wzrokowego. Wydawało mi się, że w tym momencie jakiś przełącznik przeskoczył w Rebece i włączył tryb „pewnej siebie bojowniczki”.
-A powiedz, czym się interesujesz? – spytała Marta.
- Malarstwem. Jestem fanką impresjonizmu. Oddanie zmysłowych i ulotnych chwil na płótno. Something amaizing – zadziwiał mnie język, jakiego Rebekah używała. Gdy się denerwowała, wtrącała więcej angielszczyzny, jednak teraz zdawało się, że i jej polszczyzna stawała się coraz bardziej wyrafinowana.
- Nieźle – rzekłem, spoglądając jej w oczy. Uwielbiałem ludzi, którzy byli czemuś oddani.
- A wy? – zwróciła się Rebekah do mnie i do Marty wyrywając mnie z błogiej bierności.
- Teatr. Uwielbiam grać na scenie, występować, śpiewać. Chciałabym kiedyś grać w Paryżu – odpowiedziała lekko rozmarzonym tonem Marta. Rebekah spojrzała na mnie.
- Ja? Ja głównie myślę. Nad życiem i takimi innymi – odparłem biorąc natychmiast łyk gorącej czekolady.
- I w wolnych chwilach pomagasz niespokojnym duszom – usłyszałem za sobą kobiecy głos. Odstawiłem gwałtownie kubek od ust czując przyspieszone bicie serca. Obok Marty jak gdyby nigdy nic, usiadła blondynka w szarym berecie na głowie i w beżowym płaszczu.
- Weronika? –  palnąłem zaskoczony.
- Co? – zapytała zdezorientowana Marta. Weronika przyłożyła prawy wskazujący palec do zaciśniętych ust, po czym pomachała lewą ręką przed oczami Marty. Przyjaciółka nawet nie mrugnęła na gest ze strony ducha. „No tak!” Dopiero wtedy dotarło do mnie, że ani Marta ani Rebekah nie mogły zobaczyć Weroniki.
- Nie nic – odparłem przenosząc na chwilę spojrzenie na swój prawie pusty kubek, po czym nie dowierzając, ponownie na Weronikę.
- Jaka Weronika? – spytała Rebekah również spoglądając w stronę Marty.
-Widzę, że jesteś strasznie oblegany – Weronika uśmiechając się do mnie zawadiacko.
-Wojtek? – zobaczyłem machającą dłoń Marty przed moimi oczami.
- Słucham?
- Jaka Weronika? Co się stało? – spytała z troską w głosie.
- Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha – uśmiechnęła się Rebekah i wzieła łyk czekolady.
- Cóż za spostrzegawczość? – prychnęła Weronika.
- Przepraszam, ale muszę do toalety – stwierdziłem martwo i wstałem od stołu, czując jak krew powraca mi do kończyn. Idąc pomiędzy stolikami ani razu nie sprawdziłem czy Weronika podąża za mną. Wiedziałem to. Czułem jej obecność na plecach.
            W łazience pokrytej białymi kafelkami znajdowały się dwie kabiny, jeden pisuar, umywalka i wiszące nad nią ogromne lustro. Stanąłem naprzeciw swojego odbicia i spytałem.
- Co ty tutaj robisz? – nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Weronika stanęła obok mnie patrząc się na moje drugie „ja” w lustrze.
- Sprawdzam jak się miewasz w roli Celnika – urwała pozostając w bezruchu z rozchylonymi ustami. Do toalety wszedł łysy mężczyzna w wieku średnim w skórzanej brązowej kurtce o gęstym ciemnym zaroście. Weronika powiodła przez chwilę za nim wzrokiem i znów skupiła się na mnie. Widząc moje wyczekiwanie na odpowiedź dodała. – i widzę, że niezbyt owocnie. Jak długo zamierzasz zwlekać ze sprawą tej kobiety z parku?
- O czym ty mówisz? Chyba nie oczekujesz, ze będę cały swój czas poświęcać na szukanie upadłych alkoholików? – Oparłem się o umywalkę. Mina ducha mówiła wszystko.
- Posłuchaj – odwróciłem się do niej. – Wplątałem się w jakąś kosmiczną sytuację. Za tymi drzwiami czekają na mnie dwie kobiety, których kompletnie nie rozumiem i jestem przychylny na każdy ich warunek. Obiecuję, że jak tylko się z tym uporam, wrócę do problemu zaspokajania dusz innych. Blondynka na chwilę zamilkła.
- Mówisz o tych dwóch dziewczynach przy stole? 
Przytaknąłem bez słowa.
- Kim one są dla ciebie? – spytała z zaciekawieniem.
- Ta ruda, to moja najlepsze przyjaciółka, Marta, a ta druga to nowa dziewczyna z wymiany zagranicznej, która wybrała sobie mnie za przewodnika. Nie mam temu nic przeciwko, ale… - nagle zauważyłem jak wracający z toalety łysy nieznajomy osacza mnie zaniepokojonym spojrzeniem. Dla niepoznaki włożyłem ręce pod umywalkę i umyłem porządnie, czekając aż sobie pójdzie.
- Rozumiem – rzekła stanowczo Weronika kiwając głową. Spojrzałem na nią pytająco. – Jesteś tylko mężczyzną – oznajmiła w sposób oczywisty. -  Ale uważaj na nie… - dodała, od razu przerywając. – Mam co do którejś z nich dziwne przeczucie… ale nie wiem jeszcze do której
- Wasza kobieca intuicja – westchnąłem odwracając się po jednorazowy ręcznik. Kiedy znów się odwróciłem, Weroniki już nie było. Po chwili namysłu wróciłem do stolika.
- Wszystko w porządku? – spytała zaniepokojonym głosem Rebekah nim zdążyłem usiąść na krześle.
- Jak w najlepszym – oznajmiłem uśmiechając się do obu dziewczyn.
- Chyba jesteś przemęczony – stwierdziła Marta szukając swoim spojrzeniem na mojej twarzy jakichkolwiek odpowiedzi. Rebekah spojrzała energicznie na swój zegarek.
- Wiecie, ja już chyba powinnam iść – nie czekając na reakcję chwyciła za wiszącą na oparciu krzesła torebkę.
- Nie – odezwałem się nagle ożywiony. – Przepraszam, po prostu źle się poczułem, nie musimy wychodzić. Wszystko w porządku
- Ale ja muszę. Nie obraźcie się – Rebekah wstała i założyła swoją długą białą kurtkę.
- Poczekaj, odprowadzimy cię – Marta wstała odstawiając swój kubek gorącej czekolady.
- Nie ma potrzeby. Znam drogę. Na razie – machnęła dziewczyna ręką i skierowała się w stronę wyjścia. Nie wiedziałem co powiedzieć. Wyglądała tak, jakby coś ją sppłoszyło.
Razem z Martą wyszliśmy zaraz po wyjściu Rebeki. Rozmowa się nie kleiła. Głowę zaprzątał mi duch dziewczyny. Dziwiło mnie jedno. Zawsze myślałem, że duchy są przywiązane do jakiegoś miejsca. Nie sądziłem, że mogą mnie prześladować. Nie chodziło oto, że darzyłem Weronikę antypatią, ale mimo wszystko wciąż starałem się żyć normalnie, nie angażując się w świat zmarłych. Kiedy wróciłem do domu, mama czekała na mnie z kolacją. Zjadłem niewiele. Położyłem się na łóżku i analizowałem cały dzień.  W pewnym momencie, gdy zacząłem już przysypiać, rozbudził mnie dźwięk telefonu. Wyjąłem komórkę z kieszeni i zobaczyłem sms-a od nieznanego numeru: „Przepraszam za dzisiaj, ale Starbucks to nie moje klimaty. Rebekah”. Skąd ona ma mój numer, pomyślałem i bez dłuższego zastanowienia odpisałem: „Nie ma sprawy. Moje też nie”. Chwile później dostałem kolejną wiadomość: „Wiem”.   W jakiś sposób mnie to nie dziwiło. Chyba każdy wiedział o mnie więcej, niż ja sam.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Poniedziałek, 8 listopada



Odkąd poznałem Weronikę, myślałem, że wszystko co się dzieje wokół mnie to jakiś żart. Rozmawiając z dziadkiem nie byłem sobą. Zawsze, gdy chodziło o duchy, stawałem się kimś innym. Starałem się o tym zbyt dużo nie myśleć, bo gdy myślałem dochodziłem do wniosku, że to wszystko zakrawa o szaleństwo. Najgorsze było to, że do pewnego momentu byłem całkiem sam ze swoimi myślami. Nikomu nie potrafiłem zaufać, zwierzyć się czy poradzić. Może dlatego moje nowe oblicze w końcu zaczęło mi się wydawać czymś lepszym, innym, ciekawszym.
Zmierzając po długim weekendzie do szkoły, wciąż zastanawiałem się jak w odpowiedni sposób zacząć rozmowę z Martą. „Przepraszam, że chciałem, w wydający się dla mnie, najłagodniejszy sposób umknąć z imprezy, na której źle się czułem”, a może „Zachowałem się jak dupek i skończony idiota. Jeśli nie zechcesz odezwać się do mnie nigdy więcej, zrozumiem”. Druga możliwość bardziej pasowała do chłopaka w związku, który nawalił i nie zjawił się na umówionej randce. Jednak znając Martę trzy lata i jej wrażliwość, a raczej humorzastość w pewnych kwestiach, tylko tak mogłem załagodzić całą sytuację. Mijając kałuże nuciłem sobie pod nosem „Cold”, Aqualung i Lucy Schwartz. Piosenka opowiada o miłości nie do przebaczenia. Jest smutna, ale lubię ją ponieważ brzmi jak kołysanka i świetnie pasuje do deszczowej pogody. Często idąc samemu nuciłem sobie piosenki oddające mój nastrój bądź pogodę. Mijając innych przechodniów milkłem, a potem kontynuowałem. W szkole byłem uważany za cichego, odsuniętego od reszty, bo zwykle tak było. Trudno nawiązywałem nowe znajomości. Na imprezy byłem zapraszany, kiedy działo się coś większego, czyli wtedy, gdy cała klasa brała w tym udział. Marta zawsze mnie wyciągała na zabawy. Ulegałem jej, choć niechętnie.  Miałam szczerą nadzieje, że mi szybko wybaczy. Była moja jedyną przyjaciółka, a choć nie mogłem się jej zwierzyć z minionych wydarzeń, to jej towarzystwo wystarczało w zupełności.
- Hej! Gdzie jest Marta? – zapytałem Aleksa przy wejściu do szkoły. Był na szlugu. Jednak Marty z nim nie było. Ona nie paliła. Popalała. Kiedyś miała okres buntu przeciwko rodzicom, wtedy też pierwszy raz zapaliła. Popadła w nałóg, ale szybko z niego wyszła. Częściowo. Paliła raz na dzień, a Aleks potrafił wypalić całą paczkę. Wiem, że to jej nie usprawiedliwia, ale tak się przyjęło. Nie jest palaczką.
- Nie wiem. Po minionym tygodniu nie jest zbyt rozmowna – mówiąc to, Aleks nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego. To znaczyło, że on również solidarnie jest na mnie obrażony. Takie zachowanie mnie nie dziwiło. Kiwnąłem tylko głową na znak zrozumienia i wszedłem do szkoły.
Przed salą biologiczną, czekając na lekcję, usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn z mojej klasy, Olgi i Ady. Oby dwie były  punkówami. Czasem z nimi rozmawiałem. Również były uważane za dziwne, a niektórzy twierdzili, że są lesbijkami, ale w rzeczywistości były hetero, otwartymi na nowe znajomości. Mówiły coś o jakiejś nowej dziewczynie w naszej klasie. Nie wiedziałem o co im chodzi. Nikt nic wcześniej nie mówił o nowym uczniu. Wchodząc do klasy, specjalnie przeszedłem obok ławki Ady, aby jeszcze coś usłyszeć.  Nie przyniosło to jednak oczekiwanego efektu. Gdy do klasy weszła pani Krecińska, wszyscy wstali, ale nie z jej powodu, a przez wchodzącą za nią panią dyrektor z nieznajomą dziewczyną. Wściekle rudowłosa kobieta, rozejrzała się po klasie i uroczystym tonem powiedziała.
- Drodzy uczniowie, przedstawiam wam, waszą nową koleżankę z wymiany zagranicznej – No tak! Krzyknąłem w duchu. Na początku roku były zapisy na wymianę zagraniczną. Nie mogłem wziąć w niej udziału, gdyż mama twierdziła, że jak obcy i z zagranicy, to nas okradnie.
– Rebekah jest z pochodzenia Polką. Mieszka w Londynie. Dzięki swoim rodzicom, zna podstawy języka polskiego, jednak mam nadzieję, że będziecie się z nią porozumiewać po angielsku. – dyrektorka spojrzała się ostentacyjnie po klasie i zwróciła się do biolożki.
- Pani Krecinska z pewnością zapozna cię z klasą i materiałem, jaki przerabiają – Pani Krecińska uśmiechnęła się przytakując i wskazała na miejsce obok Kuby, chłopaka siedzącego przede mną.
- Rebekah, proszę zajmij miejsce. Będziesz musiała nadrobić część materiału, ale z pewnością będziesz mogła liczyć na moją pomoc oraz pomoc twoich nowych kolegów.
Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie, zagarniając za ucho swoje długie, ciemne włosy. Przez chwilę nasze spojrzenia się zetknęły. Miała niezwykły niebieski, oceaniczny kolor oczu. Było widać, że się denerwuje. Starając się nie narobić hałasu, podniosła krzesło i usiadła powoli wsuwając je pod ławkę. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Z resztą nie tylko ja. „Nowa” wzbudziła zainteresowanie w klasie. Prawie wszyscy na nią spoglądali, a ona sama starała się nie zwracać na to uwagi. Nerwowo bawiła się swoimi lokami i grzecznie słuchała wykładu o genetyce człowieka.
Po lekcji wybrałem się do biblioteki. Chciałem znaleźć w Internecie coś na temat widywania duchów lub „Celników”. O Celnikach dusz ludzkich nic nie znalazłem, prócz fragmentów Pisma Świętego i artykułów na stronach katolickich, które nijak nawiązywały do mojego problemu. Natomiast na nie jednym forum widziałem rozwlekłe dyskusje na temat duchów. Nie jeden twierdził, że widział ducha, choć raz w życiu. Ale ciekawe czy tak naprawdę, czy tylko mu się zdawało? A może wśród tych wszystkich spekulantów i świrów było jakieś dziecko, które nie wie, dlaczego widzi rzeczy których inni nie dostrzegają. Siedząc przy komputerze i czytając kolejne niezwykłe zwierzenia ludzi po traumatycznych przejściach, poczułem jak coś muska moje plecy. Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem lekko wystraszoną ciemnowłosą Rebekę.
- Sorry, byłam ciekawa co tak czytasz– uśmiechnęła się nerwowo zagarniając włosy za ucho.
- Nie ma sprawy. Takie tam… z ciekawości….  – odparłem. Czułem się dziwnie, jak trzynastolatek przyłapany na oglądaniu porno.
- Interesujesz się duchami? – zapytała dziewczyna z charakterystycznym brytyjskim akcentem.
- A znasz jakiegoś? – zażartowałem, starając się rozluźnić.
-Mojego brata – odpowiedziała.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć, choć miałem przez moment ochotę zapytać, czy na serio go widuje.
- Oh… Bardzo mi przykro- w końcu odparłem z pełną powagą.
- Nie! Nie to miałam na myśli! Mój brat, w Anglii, bardzo lubi zabawę i rzadko go widuję… jak ducha. Takie porównanie- zaśmiała się nerwowo.
- Aaa – uśmiechnąłem się, czując się nieco zmieszany. Jak można w taki sposób określać brata. Może to tylko ja byłem na to wyczulony?
- A ty masz rodzeństwo? – spytała dziewczyna.
- Mam, siostrę i brata
- Żywych? – zapytała z uśmiechem.
- Raczej tak… – odpowiedziałem, czując jak poziom żenady sięga zenitu. Chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. – Przepraszam, ale muszę już lecieć. Jestem umówiony
- Z tym blondynem, Aleksem? – spytała, kiedy ja pakowałem książki do plecaka. – I tą rudą….
- Martą – dopowiedziałem. - Skąd o nich wiesz?
- Dyrekcja mi opowiadała o wszystkich w klasie, żebym łatwiej mogła się wkręcić
- Aha – odpowiedziałem, stwierdzając w myślach, że to dość nietypowa metoda integracji. Jeden wie wszystko o wszystkich, a nikt nie wie nic o nim. – To na razie! – zarzuciłem ruszając ku wyjściu.
- Do jutra – odpowiedziała dziewczyna. Nie odwracając się wyszedłem z biblioteki.
Po południu, siedząc nad lekcjami zajadałem się zupką chińską i dzwoniłem co jakiś czas do Marty. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, aby pójść pod jej dom i stać tam tak długo, póki ze mną nie porozmawia. Wtedy pojawiła się ona:
- Jak ci minął dzień w szkole? – wystraszony nagłym pytaniem, wylałem na siebie pół miski zupy i przekląłem pod nosem, co mi się rzadko zdarzało.
- Mogłabyś chociaż pukać? – zapytałem zbierając chusteczką makaron ze spodni.
- Jasne! W drzwi czy w okno? – uśmiechnęła się siadając na rogu niebieskiej kanapy. Założyła nogę na nogę.
- Po co przyszłaś? – zapytałem z nieskrywaną irytacją.
- Oj, chyba komuś ktoś zalazł za skórę – zauważyła spostrzegawczo.
- Od paru dni jestem skłócony z moimi przyjaciółmi. Trudno żebym był szczęśliwy – odparłem wycierając miskę po zupie. Zapadła chwilowa cisza. Wydawało mi się, ze Weronika szuka odpowiednich słów na pocieszenie, ale się myliłem. Pokiwała chwilę głową i rzekła.
- Nie ma co się dołować! Robota czeka! – wstała i wtedy moją uwagę przykuł jej strój. Miała rozpuszczone włosy, beżową sukienkę do kolan i buty na niewysokim obcasie. Nie było śladu po brązowym płaszczu czy skórzanych rękawiczkach.
- Duchy mogą zmieniać stroje? – zapytałem.
- A czemu by nie? – wzruszyła ramionami. – Ty też mógłbyś się przebrać- wskazała na pomidorową plamę „zdobiącą’ mój t- shift. Wyjąłem z szafy pierwszą lepsza koszulkę i odwracając się do Weroniki plecami, zdjąłem mokre ubranie.
-  Nie masz się czego wstydzić- zawołała dziewczyna.- Większe termofory widziałam
- Idziemy? – zapytałem nie zwracając uwagi na jej docinki
- Wojtek! Gdzie idziesz?! – usłyszałem mamę z kuchni.
- Idę z… - w ostatniej chwili przypomniałem sobie, kim była Weronika. – Umówiłem się z Martą!
- Tylko wróć przed kolacją!
- Dobrze! – odkrzyknąłem i wyszedłem z domu, zabierając ze sobą kurtkę.
- Fajną masz mamę – stwierdziła Weronika, kiedy już byliśmy na zewnątrz.
- Dzięki. Jest trochę nadopiekuńcza – stwierdziłem, wkładając ręce do kieszeni. Było naprawdę zimno. – A twoi rodzice? – zapytałem odruchowo. Posmutniała. – Przepraszam, jeżeli nie chcesz…
- Nie, nie ma problemu. Moi rodzice umarli nim skończyłam siedemnaście lat – odpowiedziała, choć było widać, że nie był to dla niej łatwy temat.
- Miałaś mniej więcej tyle lat co ja… - stwierdziłem. – To ile lat masz teraz? – znów spytałem bez przemyslenia.
- Nie pyta się kobiet o wiek – uśmiechnęła się szeroko. Zmierzaliśmy w stronę barbakanu. – Pytasz ile miałam lat jak umarłam, czy ile mam lat od dnia narodzin?
- Nie wiem. Jedno i drugie
- Nie żyję od siedemnastego roku życia, a w sumie mam… - na chwilę zamilkła, by policzyć. – osiemdziesiąt pięć lat
- Całkiem nieźle się trzymasz jak na ten wiek – zażartowałem zaskoczony liczbą.
- Dzięki
- A gdzie my w ogóle idziemy? – zapytałem, uświadamiając sobie, że z niewiadomych przyczyn ufałem Weronice na tyle, by iść za nią bez zastanowienia.
- Musimy popracować nad twoimi umiejętnościami. Bez praktyki nie staniesz się dobrym Celnikiem.
Weronika zaprowadziła mnie aż do samego parku łazienkowskiego. Było już ciemno. Nikt, prócz nas nie spacerował zawiłymi alejkami wzdłuż gęstych krzewów, wysokich drzew i poszczególnych budowli królewskich. Usiedliśmy na jednej z ciemnozielonych ławek. W milczeniu czekałem na jakiś zwrot akcji, ale nic. Weronika również umilkła, jakby czegoś wyczekiwała. Czułem, jak adrenalina płynie w moich żyłach. Bałem się ciemności i co chwilę odwracałem się nerwowo, mając wrażenie, że jakiś psychopata wyskoczy zza krzaków i zarżnie mnie siekierą. Weronika oczywiście była oazą spokoju, bo co w końcu mogło ją spotkać gorszego, niż śmierć. Być może prawdziwy egzorcysta. W końcu bez jakiegokolwiek wyrazu emocji, patrząc się przed siebie, zapytała:
- Widzisz tamtą kobietę? – na nikogo nie wskazywała. Rozejrzałem się dookoła i ujrzałem po lewej stronie staruszkę siedzącą trzy ławki dalej. Wcześniej jej nie zauważyłem.
- Tak. To duch, prawda? – zapytałem, znając odpowiedź. Weronika kierując swoje spojrzenie na mnie, pokiwała głową.
- Jak mam jej pomóc?
- Dowiedz się – na te słowa brzmiące niczym rozkaz, serce zabiło mi  podwójnie szybciej. Chciałem zapytać jak mam to zrobić, ale domyśliłem się. Po chwili zastanowienia i wahania, wstałem i czekając jeszcze chwilę ruszyłem w stronę sąsiedniej ławki. Oddech mi przyspieszył. W końcu, kiedy stanąłem obok siedzącej kobiety, oniemiałem, zastanawiając się, co powinienem zrobić. Nigdy nie rozmawiałem z duchem ulicznym. Zawsze myślałem, że one mnie nie widzą.
- Dzień dobry pani – przywitałem się spoglądając na czarną czapkę z daszkiem staruszki, zakrywającą jej  twarz. Kobieta miała na sobie szary płaszcz i torebkę przepasaną przez ramię. Nieznajoma trzymała w rękach kromkę chleba, którą rozdzielała na coraz mniejsze kawałki i rzucała przed siebie na wyasfaltowany chodnik.
-  Chciałbym pani pomóc, tylko nie wiem jak – kobieta wciąż milczała. Spojrzawszy z rezygnacją na siedzącą trzy ławki dalej Weronikę, usłyszałem ochrypnięty schorowany głos:
- Nie potrzebuję ciepłego posiłku, ani nowych ubrań – zaskoczony odpowiedzią, odparłem.
- Ale ja nie w tej sprawie. Chciałbym… Chciałbym pani pomóc przejść na tamten świat – kobieta słysząc moja gwałtowną odpowiedź podniosła powoli głowę rzucając na mnie swoje puste spojrzenie.
- Nie jestem gotowa mój Panie – rzekła szeptem jakby do kogoś innego.
- Co panią tutaj trzyma? – zapytałem kucając przed nią i dobrotliwym uśmiechem starając się zdobyć jej zaufanie. Staruszka po chwili odpłynięcia zerknęła na mnie jakby sobie przypomniała, że przy niej jestem.
-Tylko jej zależało na pieniądzach. Ja musiałam… - kobieta przymknęła oczy marszcząc brwi na znak bólu, tak jak niektórzy starzy ludzie robią, kiedy dotknie ich wewnętrzne cierpienie. Po zmarszczonych policzkach popłynęły łzy. – Ja musiałam stać i żebrać dla niej na kolejną butelkę, bo inaczej… Groziła, że mnie zabije jak psa. Bezużytecznego kundla – kobieta trzęsącą dłonią zasłoniła oczy, z drugiej wypuszczając ostatni kawałek chleba. Jej zachowanie wyprowadziło mnie z równowagi. Nie wiedząc, co robić chwyciłem jej zimną rękę, mimo że sam się trzęsłem z zimna… a może z nerwów.
- O kim pani mówi? – spytałem .
- O mojej córce. Ona… nie jest zła. To przez chorobę taka się stała – mówiła to patrząc mi się prosto w oczy. Widziałem w jej spojrzeniu błysk, który pragnął abym uwierzył w jej słowa.
- To przez nią pani nie żyje?
- Nie, ja jestem przy niej. Ona mnie potrzebuje. Potrzebuje mnie chłopcze. Ty nie rozumiesz… Ja muszę dla niej zdobyć te pieniądze – zamilkłem. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Opadłem bezsilnie powoli na ziemię i patrzyłem się na kobietę jak na walący się wieżowiec, którego już nikt nie podniesie. Nagle stłumionym głosem powiedziałem.
- Pani jest wolna. Córka na pewno sobie poradzi. Obiecuję to pani. – myślę, że nigdy wcześniej jak wtedy, mój głos nie był bardziej stanowczy i tak spokojny zarazem. – Jeżeli pani chce…. – przez chwilę się zawahałem. – Odnajdę pani córkę i upewnię się, że da sobie radę
- Naprawdę mógłbyś, chłopcze? – w załamanym spojrzeniu kobiety ujrzałem nadzieję i radość.
- Tak, przyrzekam, że to zrobię. Jak ona ma na imię?
- Anna Milczek – wypowiedziała te słowa z namaszczeniem. Powoli wstała. Ja również. Swoją prawą ręką chwyciła moją lewą dłoń. Zrobiłem to samo wobec niej. Nagle poczułem jak dłonie kobiety z zimnych stają się przyjemnie ciepłe. Patrząc w jej oczy wyrażające radość i wdzięczność, nie zauważyłem, kiedy dotyk dłoni się rozpłynął. Odeszła. Przeszła na drugą stronę.
Po dłuższej chwili przypomniałem sobie o czekającej na mnie Weronice. Poczułem satysfakcję i szczęście. Udało mi się pomóc duszy. Uśmiechnąłem się odwracając do mojej mentorki, ale nie widziałem u niej równego entuzjazmu. Podeszła do mnie.
- Chyba mi się udało. Nie cieszysz się? – zapytałem, marszcząc brwi ze zdziwienia. Teraz, kiedy się do mnie zbliżyła, mimo mroku, ujrzałem jej poważny wyraz twarzy. Weronika otworzyła usta, wahając się przed odpowiedzią. Słowami jakimi mnie obdarzyła, zmyła wszelką radość.
- Pierwsza zasada w tej branży: Nigdy nikomu nic nie obiecuj!