Następnego
dnia w szkole zastanawiałem się, kiedy Marta wróci do szkoły i... do mnie. Mimo
wszystko nie myślałem o obietnicy złożonej poprzedniego dnia duchowi kobiety,
ani o Weronice czy czymkolwiek związanym ze światem paranormalnym. Byłem
potwornie zmęczony. Nie spałem całą poprzednią noc. Kiedy zamykałem oczy by
wreszcie oddać się w upragnioną krainę snów, przed oczami stawał mi obraz
zapłakanej staruszki. „Ona odeszła”, powtarzałem sobie w duchu, „ale nie moja
obietnica”. Weronika miała rację. Obiecywanie duchom, pomocy w dokończeniu ich
spraw było totalnym masochizmem. Musiałem wypić piwo, które sobie naważyłem.
Tylko nie wiedziałem jak. Nie znałem adresu tej całej Anny Milczek. Swoją droga
chyba nie chciałem znać. Jeżeli ta kobieta była alkoholiczką, zmuszającą swoją
schorowaną matkę do stania na ulicy i żebrania na wódkę, to raczej nie
mieszkała w przytulnym trzypokojowym mieszkanku z telewizorem, kanapą i ładną
łazienką.
- Wpakowałeś się w niezłe bagno! –
powiedziała Weronika gdy poprzedniego wieczoru spytałem jej co mam zrobić.
Ale
to naprawdę nie miało znaczenia w tamtej chwili. Swoje winy odpokutowałem
totalnym przemęczeniem i wyczerpaniem. Chciałem jedynie poczuć znów obecność
przyjaciół, którzy mnie wesprą, poklepią po ramieniu i powiedzą żebym się tak
wszystkim nie przejmował.
Z
początku myślałem, ze Marta znowu opuściła lekcję, dlatego też pozwoliłem
Rebece usiąść koło mnie na historii. Nowa, najwyraźniej zagubiona w obcym
środowisku, wybrała sobie mnie za mentora. To był błąd, którego może bym nie
popełnił gdyby nie zmęczenie. W dwudziestej czwartej minucie lekcyjnej, do
klasy weszła pewnym krokiem Marta, przepraszając za spóźnienie. Wyglądała jak
zwykle oryginalnie. Była ubrana w jasno różowy sweterek narzucony na biały
t-shirt i długie spodnie w pionowe czarno białe paski. Z początku nie zauważyła
nowej dziewczyny siedzącej na jej miejscu. Pokierowała się w moją stronę.
Dopiero po paru krokach stanęła jak wryta patrząc się na zakłopotaną Rebekę.
Następnie krótkim spojrzeniem przeszyła moją osobę i bez najmniejszego wahania
poszła na tylną ławkę, siadając obok Sandry, cichociemnej kujonicy. Rebekah
zerknęła na mnie pytającym wzrokiem a ja tylko przekierowałem uwagę na
podręcznik od historii, czytając fragment o metodach prześladowań Żydów w czasie
drugiej wojny światowej.
Po
lekcji szukałem Marty, która zaraz po dzwonku wyszła z klasy. Chciałem
dowiedzieć się, w jakich jesteśmy stosunkach. Zamiast niej natknąłem się na Nową.
- Hej Wojtek! – zawołała, stając
centralnie przede mną. – Mam pytanie…
- Tak? –
odpowiedziałem nie kryjąc, iż nie jest to dla mnie dobry moment.
- Kim była ta dziewczyna, która weszła w
czasie lekcji? Wydawało mi się, że chyba usiadłam na jej miejscu…
- To była
Marta – odpowiedziałem bez zastanowienia nie tracąc z Rebeką kontaktu
wzrokowego. – Tak, ale nie martw się. Po prostu trochę jej nie było w szkole i
na pewno twoja obecność była dla niej zaskoczeniem
-
Wyglądała, jakbym jej zrobiła coś… rude – zmartwiona ciągnęła temat, nie mogąc
się wysłowić.
- Nie. Myślę, że to nie oto chodzi – wysiliłem się na uśmiech, starając się tym gestem uspokoić dziewczynę.
- Mam
nadzieję. Tak myślałam… - po chwili słowa Brytyjki mi umknęły. Zobaczyłem
idącą w naszym kierunku Martę. – Co o tym myślisz?
- Słucham?
– zapytałem, czując jak ręce mi się pocą z każdym nadchodzącym krokiem
przyjaciółki. Dziewczyna po chwili konsternacji zadała ponownie pytanie.
- Może
mógłbyś mi pokazać Warszawę? Wiesz, nie znam tu nikogo i myślałam…. Ale jeśli
nie chcesz, zrozumiem. Nie chcę być problemem dla ciebie
- Nie, nie
ma problemu – uśmiechnąłem się, wzruszając ramionami.
- Serio? To
może spotkamy się któregoś dnia w centrum?
- Jasne –
powiedziałem i w tym momencie pełna energii stanęła koło nas Marta z uśmiechem
od ucha do ucha.
- Cześć! –
spojrzała najpierw na mnie, potem na Nową. – My się jeszcze nie znamy. Mam na
imię Marta Jestem przyjaciółką Wojtka i koleżanką z ławki od gimnazjum. A ty
pewnie jesteś Rebekah, nasza nowa koleżanka z wymiany zagranicznej? – podała
rękę nowo poznanej.
- Tak. Miło mi cię poznać – Rebekah szczerze uśmiechnęła się do Marty,
ściskając jej dłoń. – Chyba… I took your chair… Sorry, jestem tu dopiero drugi
dzień
- Nie ma
problemu – parsknęła Marta machając przy tym znacząco ręką. – Ktoś cię już
oprowadził po szkole i Warszawie? – spytała.
-
Eee…Właśnie prosiłam Wojtka, aby mi pokazał kilka miejsc w Warszawie – brunetka
przekierowała spojrzenie na mnie. Marta również. Czułem się dziwnie.
- To super!
Razem z Wojtkiem bardzo chętnie pokażemy ci gdzie można dobrze zjeść, co warto
zwiedzić, a czego unikać – Marta puściła oko do nowej koleżanki i zwróciła się
do mnie. – To na kiedy się umawiamy? Może dzisiaj, zaraz po lekcjach. Co wy na
to? – mówiła to z taką energią i ożywieniem, ze trudno komukolwiek byłoby
odmówić.
- Nie widzę problemu – uśmiechnęła się
Rebekah wzruszając beztrosko ramionami.
- Ja też nie – odpowiedziałem, nie wiedząc
jak inaczej mógłbym się zachować.
I stało się. Byłem umówiony na spotkanie z
dwoma kobietami po których nie wiedziałem czego mogę się spodziewać. Przez
chwilę przemknęła mi myśl, co z Aleksem? Marta nie wspominała o nim, kiedy się
umawialiśmy. Powiedziała „razem z Wojtkiem”, a to oznaczało, że zostałem na
polu bitwy całkiem sam. Choć nie liczyłem zbytnio na pomoc ze strony Aleksa, to
dwóch mężczyzn na dwie kobiety robiło zasadniczą różnicę, niż jeden mężczyzna i
dwie kobiety. Może panikowałem, ale to z pewnością było wywołane
niespodziewanym zwrotem akcji w zachowaniu Marty. Przez cały czas martwiłem
się, czy kiedykolwiek się do mnie uśmiechnie, a tu nagle bum i stanęła przede
mną roześmiana, jak gdyby to, co się stało ponad tydzień wcześniej, nigdy się
nie wydarzyło.
Po
lekcjach czekałem przed szkołą na Martę i Rebekę. Dłonie mi marzły od zimowego
chłodu, lecz mimo to po plecach spływał ciepły pot. Po długo oczekiwanym
momencie zza ogromnych drzwi wejściowych wyłoniły się dwie istoty kroczące na
pewne starcie z jedną zakłopotaną kupką szarej materii, podziwiającą ich
niezwykłą najpotężniejszą broń w całej galaktyce, którą bez skrupułów emanowały,
pewne swojego zwycięstwa. Jedna z nich o płomienistych włosach, ubrana w
idealnie podkreślający kształty jasny płaszcz, patrzyła na kupkę materii,
owładając ją swoim zgubnym zawadiackim uśmiechem. Druga zaś, nie mniej silnymi
mocami przyciągała uwagę swoją tajemniczością, niezwykłością, swego rodzaju
niebezpieczeństwem i tym czymś, co wydawało się łączyć ciemnowłosą istotę z kupką
szarej materii.
- No, to gdzie idziemy? – zawołała Marta wciąż
uśmiechnięta.
- Może na
Stare Miasto? – zaproponowałem, rzucając pierwszą lepszą myśl. Zauważyłem, że
Rebece ewidentnie pomysł przypadł do gustu, lecz nim zdążyła się odezwać, Marta
ją wyprzedziła.
- Nie, daj
spokój z tą starówką. Na początek dobrze by było obczaić gdzie można się
rozgrzać porządną gorącą czekoladą. Co
ty na to Rebekah?
Rebekah po raz kolejny zdominowana osobą
Marty, z subtelnym uśmiechem odpowiedziała:
- W sumie…
możemy – nie odzywając się, ruszyłem wraz z nakręconą Martą i osaczoną
pomysłami Marty, Rebeką w kierunku jednego z najpopularniejszych miejsc na
świecie, nie koniecznie zawdzięczającego swą sławę gorącej czekoladzie.
W
Starbucks’ie jak zwykle było wielu ludzi. Usiedliśmy przy stoliku dla czterech
osób przy samym oknie. Ja i Rebekah po jednej stronie, Marta naprzeciwko nas.
Dla Rebeki Starbuck’s wcale nie był czymś nieznanym. Mimo to, ani ona ani ja
nie zaproponowaliśmy zmiany lokalu.. Rebekah z nieśmiałości, ja ze strachu. Sam
nie wiem przed czym. Zamówiliśmy trzy Hazehurt Hot Chocalate, które wybrała
Marta zapewniając, że są one nie do podrobienia.
- Prawda,
że pyszne? – zachwalała, delektując się każdym łykiem.
- Jak
daleko stąd jest Stare Miasto? – zapytała Rebekah, lekceważąc pytanie Marty.
- Kilometr… może półtora – odpowiedziałem.
- Może
potem byśmy się tam wybrali? Słyszałam, że to niezwykłe miejsce – zasugerowała
dziewczyna patrząc się jedynie na mnie.
- Świetny
pomysł! Starówka to wyjątkowe miejsce. Co prawda, poznanie jej prawdziwego
uroku nie jest dane zwykłym śmiertelnikom, ale może dla nowo przybyłej z daleka
będzie łaskawa – westchnęła Marta.
Zatkało
mnie.
- Of
course. Jeśli to się tyczy jedynie śmiertelników,
to nie powinno być problemu – Rebekah odwzajemniła wieczny uśmiech Marty nie
tracąc z nią kontaktu wzrokowego. Wydawało mi się, że w tym momencie jakiś
przełącznik przeskoczył w Rebece i włączył tryb „pewnej siebie bojowniczki”.
-A powiedz,
czym się interesujesz? – spytała Marta.
-
Malarstwem. Jestem fanką impresjonizmu. Oddanie zmysłowych i ulotnych chwil na
płótno. Something amaizing – zadziwiał mnie język, jakiego Rebekah używała. Gdy
się denerwowała, wtrącała więcej angielszczyzny, jednak teraz zdawało się, że i
jej polszczyzna stawała się coraz bardziej wyrafinowana.
- Nieźle –
rzekłem, spoglądając jej w oczy. Uwielbiałem ludzi, którzy byli czemuś oddani.
- A wy? –
zwróciła się Rebekah do mnie i do Marty wyrywając mnie z błogiej bierności.
- Teatr.
Uwielbiam grać na scenie, występować, śpiewać. Chciałabym kiedyś grać w Paryżu
– odpowiedziała lekko rozmarzonym tonem Marta. Rebekah spojrzała na mnie.
- Ja? Ja
głównie myślę. Nad życiem i takimi innymi – odparłem biorąc natychmiast łyk
gorącej czekolady.
- I w
wolnych chwilach pomagasz niespokojnym duszom – usłyszałem za sobą kobiecy
głos. Odstawiłem gwałtownie kubek od ust czując przyspieszone bicie serca. Obok
Marty jak gdyby nigdy nic, usiadła blondynka w szarym berecie na głowie i w
beżowym płaszczu.
- Weronika?
– palnąłem zaskoczony.
- Co? –
zapytała zdezorientowana Marta. Weronika przyłożyła prawy wskazujący palec do
zaciśniętych ust, po czym pomachała lewą ręką przed oczami Marty. Przyjaciółka
nawet nie mrugnęła na gest ze strony ducha. „No tak!” Dopiero wtedy dotarło do
mnie, że ani Marta ani Rebekah nie mogły zobaczyć Weroniki.
- Nie nic –
odparłem przenosząc na chwilę spojrzenie na swój prawie pusty kubek, po czym
nie dowierzając, ponownie na Weronikę.
- Jaka
Weronika? – spytała Rebekah również spoglądając w stronę Marty.
-Widzę, że
jesteś strasznie oblegany – Weronika uśmiechając się do mnie zawadiacko.
-Wojtek? –
zobaczyłem machającą dłoń Marty przed moimi oczami.
- Słucham?
- Jaka
Weronika? Co się stało? – spytała z troską w głosie.
- Wyglądasz
jakbyś zobaczył ducha – uśmiechnęła się Rebekah i wzieła łyk czekolady.
- Cóż za
spostrzegawczość? – prychnęła Weronika.
-
Przepraszam, ale muszę do toalety – stwierdziłem martwo i wstałem od stołu,
czując jak krew powraca mi do kończyn. Idąc pomiędzy stolikami ani razu nie
sprawdziłem czy Weronika podąża za mną. Wiedziałem to. Czułem jej obecność na
plecach.
W
łazience pokrytej białymi kafelkami znajdowały się dwie kabiny, jeden pisuar,
umywalka i wiszące nad nią ogromne lustro. Stanąłem naprzeciw swojego odbicia i
spytałem.
- Co ty
tutaj robisz? – nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Weronika stanęła obok
mnie patrząc się na moje drugie „ja” w lustrze.
- Sprawdzam jak się miewasz w roli Celnika –
urwała pozostając w bezruchu z rozchylonymi ustami. Do toalety wszedł łysy
mężczyzna w wieku średnim w skórzanej brązowej kurtce o gęstym ciemnym
zaroście. Weronika powiodła przez chwilę za nim wzrokiem i znów skupiła się na
mnie. Widząc moje wyczekiwanie na odpowiedź dodała. – i widzę, że niezbyt owocnie.
Jak długo zamierzasz zwlekać ze sprawą tej kobiety z parku?
- O czym ty mówisz? Chyba nie oczekujesz, ze
będę cały swój czas poświęcać na szukanie upadłych alkoholików? – Oparłem się o
umywalkę. Mina ducha mówiła wszystko.
- Posłuchaj – odwróciłem się do niej. –
Wplątałem się w jakąś kosmiczną sytuację. Za tymi drzwiami czekają na mnie dwie
kobiety, których kompletnie nie rozumiem i jestem przychylny na każdy ich
warunek. Obiecuję, że jak tylko się z tym uporam, wrócę do problemu
zaspokajania dusz innych. Blondynka na chwilę zamilkła.
- Mówisz o tych dwóch dziewczynach przy
stole?
Przytaknąłem bez słowa.
- Kim one są dla ciebie? – spytała z
zaciekawieniem.
- Ta ruda, to moja najlepsze przyjaciółka,
Marta, a ta druga to nowa dziewczyna z wymiany zagranicznej, która wybrała
sobie mnie za przewodnika. Nie mam temu nic przeciwko, ale… - nagle zauważyłem
jak wracający z toalety łysy nieznajomy osacza mnie zaniepokojonym spojrzeniem.
Dla niepoznaki włożyłem ręce pod umywalkę i umyłem porządnie, czekając aż sobie
pójdzie.
- Rozumiem – rzekła stanowczo Weronika
kiwając głową. Spojrzałem na nią pytająco. – Jesteś tylko mężczyzną – oznajmiła
w sposób oczywisty. - Ale uważaj na nie…
- dodała, od razu przerywając. – Mam co do którejś z nich dziwne przeczucie… ale
nie wiem jeszcze do której
- Wasza kobieca intuicja – westchnąłem
odwracając się po jednorazowy ręcznik. Kiedy znów się odwróciłem, Weroniki już
nie było. Po chwili namysłu wróciłem do stolika.
- Wszystko w porządku? – spytała
zaniepokojonym głosem Rebekah nim zdążyłem usiąść na krześle.
- Jak w najlepszym – oznajmiłem uśmiechając
się do obu dziewczyn.
- Chyba jesteś przemęczony – stwierdziła
Marta szukając swoim spojrzeniem na mojej twarzy jakichkolwiek odpowiedzi.
Rebekah spojrzała energicznie na swój zegarek.
- Wiecie, ja już chyba powinnam iść – nie
czekając na reakcję chwyciła za wiszącą na oparciu krzesła torebkę.
- Nie – odezwałem się nagle ożywiony. –
Przepraszam, po prostu źle się poczułem, nie musimy wychodzić. Wszystko w
porządku
- Ale ja muszę. Nie obraźcie się – Rebekah
wstała i założyła swoją długą białą kurtkę.
- Poczekaj, odprowadzimy cię – Marta wstała
odstawiając swój kubek gorącej czekolady.
- Nie ma potrzeby. Znam drogę. Na razie –
machnęła dziewczyna ręką i skierowała się w stronę wyjścia. Nie wiedziałem co
powiedzieć. Wyglądała tak, jakby coś ją sppłoszyło.
Razem z Martą wyszliśmy zaraz po wyjściu
Rebeki. Rozmowa się nie kleiła. Głowę zaprzątał mi duch dziewczyny. Dziwiło
mnie jedno. Zawsze myślałem, że duchy są przywiązane do jakiegoś miejsca. Nie
sądziłem, że mogą mnie prześladować. Nie chodziło oto, że darzyłem Weronikę
antypatią, ale mimo wszystko wciąż starałem się żyć normalnie, nie angażując
się w świat zmarłych. Kiedy wróciłem do domu, mama czekała na mnie z kolacją.
Zjadłem niewiele. Położyłem się na łóżku i analizowałem cały dzień. W pewnym momencie, gdy zacząłem już
przysypiać, rozbudził mnie dźwięk telefonu. Wyjąłem komórkę z kieszeni i
zobaczyłem sms-a od nieznanego numeru: „Przepraszam za dzisiaj, ale Starbucks
to nie moje klimaty. Rebekah”. Skąd ona ma mój numer, pomyślałem i bez dłuższego
zastanowienia odpisałem: „Nie ma sprawy. Moje też nie”. Chwile później dostałem
kolejną wiadomość: „Wiem”. W jakiś
sposób mnie to nie dziwiło. Chyba każdy wiedział o mnie więcej, niż ja sam.