Spis treści

piątek, 28 sierpnia 2015

Wtorek, 9 listopada



            Następnego dnia w szkole zastanawiałem się, kiedy Marta wróci do szkoły i... do mnie. Mimo wszystko nie myślałem o obietnicy złożonej poprzedniego dnia duchowi kobiety, ani o Weronice czy czymkolwiek związanym ze światem paranormalnym. Byłem potwornie zmęczony. Nie spałem całą poprzednią noc. Kiedy zamykałem oczy by wreszcie oddać się w upragnioną krainę snów, przed oczami stawał mi obraz zapłakanej staruszki. „Ona odeszła”, powtarzałem sobie w duchu, „ale nie moja obietnica”. Weronika miała rację. Obiecywanie duchom, pomocy w dokończeniu ich spraw było totalnym masochizmem. Musiałem wypić piwo, które sobie naważyłem. Tylko nie wiedziałem jak. Nie znałem adresu tej całej Anny Milczek. Swoją droga chyba nie chciałem znać. Jeżeli ta kobieta była alkoholiczką, zmuszającą swoją schorowaną matkę do stania na ulicy i żebrania na wódkę, to raczej nie mieszkała w przytulnym trzypokojowym mieszkanku z telewizorem, kanapą i ładną łazienką.
        - Wpakowałeś się w niezłe bagno! – powiedziała Weronika gdy poprzedniego wieczoru spytałem jej co mam zrobić.
            Ale to naprawdę nie miało znaczenia w tamtej chwili. Swoje winy odpokutowałem totalnym przemęczeniem i wyczerpaniem. Chciałem jedynie poczuć znów obecność przyjaciół, którzy mnie wesprą, poklepią po ramieniu i powiedzą żebym się tak wszystkim nie przejmował.
            Z początku myślałem, ze Marta znowu opuściła lekcję, dlatego też pozwoliłem Rebece usiąść koło mnie na historii. Nowa, najwyraźniej zagubiona w obcym środowisku, wybrała sobie mnie za mentora. To był błąd, którego może bym nie popełnił gdyby nie zmęczenie. W dwudziestej czwartej minucie lekcyjnej, do klasy weszła pewnym krokiem Marta, przepraszając za spóźnienie. Wyglądała jak zwykle oryginalnie. Była ubrana w jasno różowy sweterek narzucony na biały t-shirt i długie spodnie w pionowe czarno białe paski. Z początku nie zauważyła nowej dziewczyny siedzącej na jej miejscu. Pokierowała się w moją stronę. Dopiero po paru krokach stanęła jak wryta patrząc się na zakłopotaną Rebekę. Następnie krótkim spojrzeniem przeszyła moją osobę i bez najmniejszego wahania poszła na tylną ławkę, siadając obok Sandry, cichociemnej kujonicy. Rebekah zerknęła na mnie pytającym wzrokiem a ja tylko przekierowałem uwagę na podręcznik od historii, czytając fragment o metodach prześladowań Żydów w czasie drugiej wojny światowej.
            Po lekcji szukałem Marty, która zaraz po dzwonku wyszła z klasy. Chciałem dowiedzieć się, w jakich jesteśmy stosunkach. Zamiast niej natknąłem się na Nową.
-  Hej Wojtek! – zawołała, stając centralnie przede mną. – Mam pytanie…
- Tak? – odpowiedziałem nie kryjąc, iż nie jest to dla mnie dobry moment.
           - Kim była ta dziewczyna, która weszła w czasie lekcji? Wydawało mi się, że chyba usiadłam na jej miejscu…
- To była Marta – odpowiedziałem bez zastanowienia nie tracąc z Rebeką kontaktu wzrokowego. – Tak, ale nie martw się. Po prostu trochę jej nie było w szkole i na pewno twoja obecność była dla niej zaskoczeniem
- Wyglądała, jakbym jej zrobiła coś… rude – zmartwiona ciągnęła temat, nie mogąc się wysłowić.
- Nie. Myślę, że to nie oto chodzi – wysiliłem się na uśmiech, starając się tym gestem uspokoić dziewczynę.
- Mam nadzieję. Tak myślałam… - po chwili słowa Brytyjki mi umknęły. Zobaczyłem idącą w naszym kierunku Martę. – Co o tym myślisz?
- Słucham? – zapytałem, czując jak ręce mi się pocą z każdym nadchodzącym krokiem przyjaciółki. Dziewczyna po chwili konsternacji zadała ponownie pytanie.
- Może mógłbyś mi pokazać Warszawę? Wiesz, nie znam tu nikogo i myślałam…. Ale jeśli nie chcesz, zrozumiem. Nie chcę być problemem dla ciebie
- Nie, nie ma problemu – uśmiechnąłem się, wzruszając ramionami.
- Serio? To może spotkamy się któregoś dnia w centrum?
- Jasne – powiedziałem i w tym momencie pełna energii stanęła koło nas Marta z uśmiechem od ucha do ucha.
- Cześć! – spojrzała najpierw na mnie, potem na Nową. – My się jeszcze nie znamy. Mam na imię Marta Jestem przyjaciółką Wojtka i koleżanką z ławki od gimnazjum. A ty pewnie jesteś Rebekah, nasza nowa koleżanka z wymiany zagranicznej? – podała rękę nowo poznanej.
- Tak. Miło mi cię poznać – Rebekah szczerze uśmiechnęła się do Marty, ściskając jej dłoń. – Chyba… I took your chair… Sorry, jestem tu dopiero drugi dzień
- Nie ma problemu – parsknęła Marta machając przy tym znacząco ręką. – Ktoś cię już oprowadził po szkole i Warszawie? – spytała.
- Eee…Właśnie prosiłam Wojtka, aby mi pokazał kilka miejsc w Warszawie – brunetka przekierowała spojrzenie na mnie. Marta również. Czułem się dziwnie.
- To super! Razem z Wojtkiem bardzo chętnie pokażemy ci gdzie można dobrze zjeść, co warto zwiedzić, a czego unikać – Marta puściła oko do nowej koleżanki i zwróciła się do mnie. – To na kiedy się umawiamy? Może dzisiaj, zaraz po lekcjach. Co wy na to? – mówiła to z taką energią i ożywieniem, ze trudno komukolwiek byłoby odmówić.
           - Nie widzę problemu – uśmiechnęła się Rebekah wzruszając beztrosko ramionami.
           - Ja też nie – odpowiedziałem, nie wiedząc jak inaczej mógłbym się zachować.
I stało się. Byłem umówiony na spotkanie z dwoma kobietami po których nie wiedziałem czego mogę się spodziewać. Przez chwilę przemknęła mi myśl, co z Aleksem? Marta nie wspominała o nim, kiedy się umawialiśmy. Powiedziała „razem z Wojtkiem”, a to oznaczało, że zostałem na polu bitwy całkiem sam. Choć nie liczyłem zbytnio na pomoc ze strony Aleksa, to dwóch mężczyzn na dwie kobiety robiło zasadniczą różnicę, niż jeden mężczyzna i dwie kobiety. Może panikowałem, ale to z pewnością było wywołane niespodziewanym zwrotem akcji w zachowaniu Marty. Przez cały czas martwiłem się, czy kiedykolwiek się do mnie uśmiechnie, a tu nagle bum i stanęła przede mną roześmiana, jak gdyby to, co się stało ponad tydzień wcześniej, nigdy się nie wydarzyło.
            Po lekcjach czekałem przed szkołą na Martę i Rebekę. Dłonie mi marzły od zimowego chłodu, lecz mimo to po plecach spływał ciepły pot. Po długo oczekiwanym momencie zza ogromnych drzwi wejściowych wyłoniły się dwie istoty kroczące na pewne starcie z jedną zakłopotaną kupką szarej materii, podziwiającą ich niezwykłą najpotężniejszą broń w całej galaktyce, którą bez skrupułów emanowały, pewne swojego zwycięstwa. Jedna z nich o płomienistych włosach, ubrana w idealnie podkreślający kształty jasny płaszcz, patrzyła na kupkę materii, owładając ją swoim zgubnym zawadiackim uśmiechem. Druga zaś, nie mniej silnymi mocami przyciągała uwagę swoją tajemniczością, niezwykłością, swego rodzaju niebezpieczeństwem i tym czymś, co wydawało się łączyć ciemnowłosą istotę z kupką szarej materii.
-  No, to gdzie idziemy? – zawołała Marta wciąż uśmiechnięta.
- Może na Stare Miasto? – zaproponowałem, rzucając pierwszą lepszą myśl. Zauważyłem, że Rebece ewidentnie pomysł przypadł do gustu, lecz nim zdążyła się odezwać, Marta ją wyprzedziła.
- Nie, daj spokój z tą starówką. Na początek dobrze by było obczaić gdzie można się rozgrzać  porządną gorącą czekoladą. Co ty na to Rebekah? 
Rebekah po raz kolejny zdominowana osobą Marty, z subtelnym uśmiechem odpowiedziała:
- W sumie… możemy – nie odzywając się, ruszyłem wraz z nakręconą Martą i osaczoną pomysłami Marty, Rebeką w kierunku jednego z najpopularniejszych miejsc na świecie, nie koniecznie zawdzięczającego swą sławę gorącej czekoladzie.
W Starbucks’ie jak zwykle było wielu ludzi. Usiedliśmy przy stoliku dla czterech osób przy samym oknie. Ja i Rebekah po jednej stronie, Marta naprzeciwko nas. Dla Rebeki Starbuck’s wcale nie był czymś nieznanym. Mimo to, ani ona ani ja nie zaproponowaliśmy zmiany lokalu.. Rebekah z nieśmiałości, ja ze strachu. Sam nie wiem przed czym. Zamówiliśmy trzy Hazehurt Hot Chocalate, które wybrała Marta zapewniając, że są one nie do podrobienia.
- Prawda, że pyszne? – zachwalała, delektując się każdym łykiem.
- Jak daleko stąd jest Stare Miasto? – zapytała Rebekah, lekceważąc pytanie Marty.
-  Kilometr… może półtora – odpowiedziałem.
- Może potem byśmy się tam wybrali? Słyszałam, że to niezwykłe miejsce – zasugerowała dziewczyna patrząc się jedynie na mnie.
- Świetny pomysł! Starówka to wyjątkowe miejsce. Co prawda, poznanie jej prawdziwego uroku nie jest dane zwykłym śmiertelnikom, ale może dla nowo przybyłej z daleka będzie łaskawa – westchnęła Marta.
Zatkało mnie.
- Of course.  Jeśli to się tyczy jedynie śmiertelników, to nie powinno być problemu – Rebekah odwzajemniła wieczny uśmiech Marty nie tracąc z nią kontaktu wzrokowego. Wydawało mi się, że w tym momencie jakiś przełącznik przeskoczył w Rebece i włączył tryb „pewnej siebie bojowniczki”.
-A powiedz, czym się interesujesz? – spytała Marta.
- Malarstwem. Jestem fanką impresjonizmu. Oddanie zmysłowych i ulotnych chwil na płótno. Something amaizing – zadziwiał mnie język, jakiego Rebekah używała. Gdy się denerwowała, wtrącała więcej angielszczyzny, jednak teraz zdawało się, że i jej polszczyzna stawała się coraz bardziej wyrafinowana.
- Nieźle – rzekłem, spoglądając jej w oczy. Uwielbiałem ludzi, którzy byli czemuś oddani.
- A wy? – zwróciła się Rebekah do mnie i do Marty wyrywając mnie z błogiej bierności.
- Teatr. Uwielbiam grać na scenie, występować, śpiewać. Chciałabym kiedyś grać w Paryżu – odpowiedziała lekko rozmarzonym tonem Marta. Rebekah spojrzała na mnie.
- Ja? Ja głównie myślę. Nad życiem i takimi innymi – odparłem biorąc natychmiast łyk gorącej czekolady.
- I w wolnych chwilach pomagasz niespokojnym duszom – usłyszałem za sobą kobiecy głos. Odstawiłem gwałtownie kubek od ust czując przyspieszone bicie serca. Obok Marty jak gdyby nigdy nic, usiadła blondynka w szarym berecie na głowie i w beżowym płaszczu.
- Weronika? –  palnąłem zaskoczony.
- Co? – zapytała zdezorientowana Marta. Weronika przyłożyła prawy wskazujący palec do zaciśniętych ust, po czym pomachała lewą ręką przed oczami Marty. Przyjaciółka nawet nie mrugnęła na gest ze strony ducha. „No tak!” Dopiero wtedy dotarło do mnie, że ani Marta ani Rebekah nie mogły zobaczyć Weroniki.
- Nie nic – odparłem przenosząc na chwilę spojrzenie na swój prawie pusty kubek, po czym nie dowierzając, ponownie na Weronikę.
- Jaka Weronika? – spytała Rebekah również spoglądając w stronę Marty.
-Widzę, że jesteś strasznie oblegany – Weronika uśmiechając się do mnie zawadiacko.
-Wojtek? – zobaczyłem machającą dłoń Marty przed moimi oczami.
- Słucham?
- Jaka Weronika? Co się stało? – spytała z troską w głosie.
- Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha – uśmiechnęła się Rebekah i wzieła łyk czekolady.
- Cóż za spostrzegawczość? – prychnęła Weronika.
- Przepraszam, ale muszę do toalety – stwierdziłem martwo i wstałem od stołu, czując jak krew powraca mi do kończyn. Idąc pomiędzy stolikami ani razu nie sprawdziłem czy Weronika podąża za mną. Wiedziałem to. Czułem jej obecność na plecach.
            W łazience pokrytej białymi kafelkami znajdowały się dwie kabiny, jeden pisuar, umywalka i wiszące nad nią ogromne lustro. Stanąłem naprzeciw swojego odbicia i spytałem.
- Co ty tutaj robisz? – nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Weronika stanęła obok mnie patrząc się na moje drugie „ja” w lustrze.
- Sprawdzam jak się miewasz w roli Celnika – urwała pozostając w bezruchu z rozchylonymi ustami. Do toalety wszedł łysy mężczyzna w wieku średnim w skórzanej brązowej kurtce o gęstym ciemnym zaroście. Weronika powiodła przez chwilę za nim wzrokiem i znów skupiła się na mnie. Widząc moje wyczekiwanie na odpowiedź dodała. – i widzę, że niezbyt owocnie. Jak długo zamierzasz zwlekać ze sprawą tej kobiety z parku?
- O czym ty mówisz? Chyba nie oczekujesz, ze będę cały swój czas poświęcać na szukanie upadłych alkoholików? – Oparłem się o umywalkę. Mina ducha mówiła wszystko.
- Posłuchaj – odwróciłem się do niej. – Wplątałem się w jakąś kosmiczną sytuację. Za tymi drzwiami czekają na mnie dwie kobiety, których kompletnie nie rozumiem i jestem przychylny na każdy ich warunek. Obiecuję, że jak tylko się z tym uporam, wrócę do problemu zaspokajania dusz innych. Blondynka na chwilę zamilkła.
- Mówisz o tych dwóch dziewczynach przy stole? 
Przytaknąłem bez słowa.
- Kim one są dla ciebie? – spytała z zaciekawieniem.
- Ta ruda, to moja najlepsze przyjaciółka, Marta, a ta druga to nowa dziewczyna z wymiany zagranicznej, która wybrała sobie mnie za przewodnika. Nie mam temu nic przeciwko, ale… - nagle zauważyłem jak wracający z toalety łysy nieznajomy osacza mnie zaniepokojonym spojrzeniem. Dla niepoznaki włożyłem ręce pod umywalkę i umyłem porządnie, czekając aż sobie pójdzie.
- Rozumiem – rzekła stanowczo Weronika kiwając głową. Spojrzałem na nią pytająco. – Jesteś tylko mężczyzną – oznajmiła w sposób oczywisty. -  Ale uważaj na nie… - dodała, od razu przerywając. – Mam co do którejś z nich dziwne przeczucie… ale nie wiem jeszcze do której
- Wasza kobieca intuicja – westchnąłem odwracając się po jednorazowy ręcznik. Kiedy znów się odwróciłem, Weroniki już nie było. Po chwili namysłu wróciłem do stolika.
- Wszystko w porządku? – spytała zaniepokojonym głosem Rebekah nim zdążyłem usiąść na krześle.
- Jak w najlepszym – oznajmiłem uśmiechając się do obu dziewczyn.
- Chyba jesteś przemęczony – stwierdziła Marta szukając swoim spojrzeniem na mojej twarzy jakichkolwiek odpowiedzi. Rebekah spojrzała energicznie na swój zegarek.
- Wiecie, ja już chyba powinnam iść – nie czekając na reakcję chwyciła za wiszącą na oparciu krzesła torebkę.
- Nie – odezwałem się nagle ożywiony. – Przepraszam, po prostu źle się poczułem, nie musimy wychodzić. Wszystko w porządku
- Ale ja muszę. Nie obraźcie się – Rebekah wstała i założyła swoją długą białą kurtkę.
- Poczekaj, odprowadzimy cię – Marta wstała odstawiając swój kubek gorącej czekolady.
- Nie ma potrzeby. Znam drogę. Na razie – machnęła dziewczyna ręką i skierowała się w stronę wyjścia. Nie wiedziałem co powiedzieć. Wyglądała tak, jakby coś ją sppłoszyło.
Razem z Martą wyszliśmy zaraz po wyjściu Rebeki. Rozmowa się nie kleiła. Głowę zaprzątał mi duch dziewczyny. Dziwiło mnie jedno. Zawsze myślałem, że duchy są przywiązane do jakiegoś miejsca. Nie sądziłem, że mogą mnie prześladować. Nie chodziło oto, że darzyłem Weronikę antypatią, ale mimo wszystko wciąż starałem się żyć normalnie, nie angażując się w świat zmarłych. Kiedy wróciłem do domu, mama czekała na mnie z kolacją. Zjadłem niewiele. Położyłem się na łóżku i analizowałem cały dzień.  W pewnym momencie, gdy zacząłem już przysypiać, rozbudził mnie dźwięk telefonu. Wyjąłem komórkę z kieszeni i zobaczyłem sms-a od nieznanego numeru: „Przepraszam za dzisiaj, ale Starbucks to nie moje klimaty. Rebekah”. Skąd ona ma mój numer, pomyślałem i bez dłuższego zastanowienia odpisałem: „Nie ma sprawy. Moje też nie”. Chwile później dostałem kolejną wiadomość: „Wiem”.   W jakiś sposób mnie to nie dziwiło. Chyba każdy wiedział o mnie więcej, niż ja sam.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Poniedziałek, 8 listopada



Odkąd poznałem Weronikę, myślałem, że wszystko co się dzieje wokół mnie to jakiś żart. Rozmawiając z dziadkiem nie byłem sobą. Zawsze, gdy chodziło o duchy, stawałem się kimś innym. Starałem się o tym zbyt dużo nie myśleć, bo gdy myślałem dochodziłem do wniosku, że to wszystko zakrawa o szaleństwo. Najgorsze było to, że do pewnego momentu byłem całkiem sam ze swoimi myślami. Nikomu nie potrafiłem zaufać, zwierzyć się czy poradzić. Może dlatego moje nowe oblicze w końcu zaczęło mi się wydawać czymś lepszym, innym, ciekawszym.
Zmierzając po długim weekendzie do szkoły, wciąż zastanawiałem się jak w odpowiedni sposób zacząć rozmowę z Martą. „Przepraszam, że chciałem, w wydający się dla mnie, najłagodniejszy sposób umknąć z imprezy, na której źle się czułem”, a może „Zachowałem się jak dupek i skończony idiota. Jeśli nie zechcesz odezwać się do mnie nigdy więcej, zrozumiem”. Druga możliwość bardziej pasowała do chłopaka w związku, który nawalił i nie zjawił się na umówionej randce. Jednak znając Martę trzy lata i jej wrażliwość, a raczej humorzastość w pewnych kwestiach, tylko tak mogłem załagodzić całą sytuację. Mijając kałuże nuciłem sobie pod nosem „Cold”, Aqualung i Lucy Schwartz. Piosenka opowiada o miłości nie do przebaczenia. Jest smutna, ale lubię ją ponieważ brzmi jak kołysanka i świetnie pasuje do deszczowej pogody. Często idąc samemu nuciłem sobie piosenki oddające mój nastrój bądź pogodę. Mijając innych przechodniów milkłem, a potem kontynuowałem. W szkole byłem uważany za cichego, odsuniętego od reszty, bo zwykle tak było. Trudno nawiązywałem nowe znajomości. Na imprezy byłem zapraszany, kiedy działo się coś większego, czyli wtedy, gdy cała klasa brała w tym udział. Marta zawsze mnie wyciągała na zabawy. Ulegałem jej, choć niechętnie.  Miałam szczerą nadzieje, że mi szybko wybaczy. Była moja jedyną przyjaciółka, a choć nie mogłem się jej zwierzyć z minionych wydarzeń, to jej towarzystwo wystarczało w zupełności.
- Hej! Gdzie jest Marta? – zapytałem Aleksa przy wejściu do szkoły. Był na szlugu. Jednak Marty z nim nie było. Ona nie paliła. Popalała. Kiedyś miała okres buntu przeciwko rodzicom, wtedy też pierwszy raz zapaliła. Popadła w nałóg, ale szybko z niego wyszła. Częściowo. Paliła raz na dzień, a Aleks potrafił wypalić całą paczkę. Wiem, że to jej nie usprawiedliwia, ale tak się przyjęło. Nie jest palaczką.
- Nie wiem. Po minionym tygodniu nie jest zbyt rozmowna – mówiąc to, Aleks nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego. To znaczyło, że on również solidarnie jest na mnie obrażony. Takie zachowanie mnie nie dziwiło. Kiwnąłem tylko głową na znak zrozumienia i wszedłem do szkoły.
Przed salą biologiczną, czekając na lekcję, usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn z mojej klasy, Olgi i Ady. Oby dwie były  punkówami. Czasem z nimi rozmawiałem. Również były uważane za dziwne, a niektórzy twierdzili, że są lesbijkami, ale w rzeczywistości były hetero, otwartymi na nowe znajomości. Mówiły coś o jakiejś nowej dziewczynie w naszej klasie. Nie wiedziałem o co im chodzi. Nikt nic wcześniej nie mówił o nowym uczniu. Wchodząc do klasy, specjalnie przeszedłem obok ławki Ady, aby jeszcze coś usłyszeć.  Nie przyniosło to jednak oczekiwanego efektu. Gdy do klasy weszła pani Krecińska, wszyscy wstali, ale nie z jej powodu, a przez wchodzącą za nią panią dyrektor z nieznajomą dziewczyną. Wściekle rudowłosa kobieta, rozejrzała się po klasie i uroczystym tonem powiedziała.
- Drodzy uczniowie, przedstawiam wam, waszą nową koleżankę z wymiany zagranicznej – No tak! Krzyknąłem w duchu. Na początku roku były zapisy na wymianę zagraniczną. Nie mogłem wziąć w niej udziału, gdyż mama twierdziła, że jak obcy i z zagranicy, to nas okradnie.
– Rebekah jest z pochodzenia Polką. Mieszka w Londynie. Dzięki swoim rodzicom, zna podstawy języka polskiego, jednak mam nadzieję, że będziecie się z nią porozumiewać po angielsku. – dyrektorka spojrzała się ostentacyjnie po klasie i zwróciła się do biolożki.
- Pani Krecinska z pewnością zapozna cię z klasą i materiałem, jaki przerabiają – Pani Krecińska uśmiechnęła się przytakując i wskazała na miejsce obok Kuby, chłopaka siedzącego przede mną.
- Rebekah, proszę zajmij miejsce. Będziesz musiała nadrobić część materiału, ale z pewnością będziesz mogła liczyć na moją pomoc oraz pomoc twoich nowych kolegów.
Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie, zagarniając za ucho swoje długie, ciemne włosy. Przez chwilę nasze spojrzenia się zetknęły. Miała niezwykły niebieski, oceaniczny kolor oczu. Było widać, że się denerwuje. Starając się nie narobić hałasu, podniosła krzesło i usiadła powoli wsuwając je pod ławkę. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Z resztą nie tylko ja. „Nowa” wzbudziła zainteresowanie w klasie. Prawie wszyscy na nią spoglądali, a ona sama starała się nie zwracać na to uwagi. Nerwowo bawiła się swoimi lokami i grzecznie słuchała wykładu o genetyce człowieka.
Po lekcji wybrałem się do biblioteki. Chciałem znaleźć w Internecie coś na temat widywania duchów lub „Celników”. O Celnikach dusz ludzkich nic nie znalazłem, prócz fragmentów Pisma Świętego i artykułów na stronach katolickich, które nijak nawiązywały do mojego problemu. Natomiast na nie jednym forum widziałem rozwlekłe dyskusje na temat duchów. Nie jeden twierdził, że widział ducha, choć raz w życiu. Ale ciekawe czy tak naprawdę, czy tylko mu się zdawało? A może wśród tych wszystkich spekulantów i świrów było jakieś dziecko, które nie wie, dlaczego widzi rzeczy których inni nie dostrzegają. Siedząc przy komputerze i czytając kolejne niezwykłe zwierzenia ludzi po traumatycznych przejściach, poczułem jak coś muska moje plecy. Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem lekko wystraszoną ciemnowłosą Rebekę.
- Sorry, byłam ciekawa co tak czytasz– uśmiechnęła się nerwowo zagarniając włosy za ucho.
- Nie ma sprawy. Takie tam… z ciekawości….  – odparłem. Czułem się dziwnie, jak trzynastolatek przyłapany na oglądaniu porno.
- Interesujesz się duchami? – zapytała dziewczyna z charakterystycznym brytyjskim akcentem.
- A znasz jakiegoś? – zażartowałem, starając się rozluźnić.
-Mojego brata – odpowiedziała.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć, choć miałem przez moment ochotę zapytać, czy na serio go widuje.
- Oh… Bardzo mi przykro- w końcu odparłem z pełną powagą.
- Nie! Nie to miałam na myśli! Mój brat, w Anglii, bardzo lubi zabawę i rzadko go widuję… jak ducha. Takie porównanie- zaśmiała się nerwowo.
- Aaa – uśmiechnąłem się, czując się nieco zmieszany. Jak można w taki sposób określać brata. Może to tylko ja byłem na to wyczulony?
- A ty masz rodzeństwo? – spytała dziewczyna.
- Mam, siostrę i brata
- Żywych? – zapytała z uśmiechem.
- Raczej tak… – odpowiedziałem, czując jak poziom żenady sięga zenitu. Chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. – Przepraszam, ale muszę już lecieć. Jestem umówiony
- Z tym blondynem, Aleksem? – spytała, kiedy ja pakowałem książki do plecaka. – I tą rudą….
- Martą – dopowiedziałem. - Skąd o nich wiesz?
- Dyrekcja mi opowiadała o wszystkich w klasie, żebym łatwiej mogła się wkręcić
- Aha – odpowiedziałem, stwierdzając w myślach, że to dość nietypowa metoda integracji. Jeden wie wszystko o wszystkich, a nikt nie wie nic o nim. – To na razie! – zarzuciłem ruszając ku wyjściu.
- Do jutra – odpowiedziała dziewczyna. Nie odwracając się wyszedłem z biblioteki.
Po południu, siedząc nad lekcjami zajadałem się zupką chińską i dzwoniłem co jakiś czas do Marty. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, aby pójść pod jej dom i stać tam tak długo, póki ze mną nie porozmawia. Wtedy pojawiła się ona:
- Jak ci minął dzień w szkole? – wystraszony nagłym pytaniem, wylałem na siebie pół miski zupy i przekląłem pod nosem, co mi się rzadko zdarzało.
- Mogłabyś chociaż pukać? – zapytałem zbierając chusteczką makaron ze spodni.
- Jasne! W drzwi czy w okno? – uśmiechnęła się siadając na rogu niebieskiej kanapy. Założyła nogę na nogę.
- Po co przyszłaś? – zapytałem z nieskrywaną irytacją.
- Oj, chyba komuś ktoś zalazł za skórę – zauważyła spostrzegawczo.
- Od paru dni jestem skłócony z moimi przyjaciółmi. Trudno żebym był szczęśliwy – odparłem wycierając miskę po zupie. Zapadła chwilowa cisza. Wydawało mi się, ze Weronika szuka odpowiednich słów na pocieszenie, ale się myliłem. Pokiwała chwilę głową i rzekła.
- Nie ma co się dołować! Robota czeka! – wstała i wtedy moją uwagę przykuł jej strój. Miała rozpuszczone włosy, beżową sukienkę do kolan i buty na niewysokim obcasie. Nie było śladu po brązowym płaszczu czy skórzanych rękawiczkach.
- Duchy mogą zmieniać stroje? – zapytałem.
- A czemu by nie? – wzruszyła ramionami. – Ty też mógłbyś się przebrać- wskazała na pomidorową plamę „zdobiącą’ mój t- shift. Wyjąłem z szafy pierwszą lepsza koszulkę i odwracając się do Weroniki plecami, zdjąłem mokre ubranie.
-  Nie masz się czego wstydzić- zawołała dziewczyna.- Większe termofory widziałam
- Idziemy? – zapytałem nie zwracając uwagi na jej docinki
- Wojtek! Gdzie idziesz?! – usłyszałem mamę z kuchni.
- Idę z… - w ostatniej chwili przypomniałem sobie, kim była Weronika. – Umówiłem się z Martą!
- Tylko wróć przed kolacją!
- Dobrze! – odkrzyknąłem i wyszedłem z domu, zabierając ze sobą kurtkę.
- Fajną masz mamę – stwierdziła Weronika, kiedy już byliśmy na zewnątrz.
- Dzięki. Jest trochę nadopiekuńcza – stwierdziłem, wkładając ręce do kieszeni. Było naprawdę zimno. – A twoi rodzice? – zapytałem odruchowo. Posmutniała. – Przepraszam, jeżeli nie chcesz…
- Nie, nie ma problemu. Moi rodzice umarli nim skończyłam siedemnaście lat – odpowiedziała, choć było widać, że nie był to dla niej łatwy temat.
- Miałaś mniej więcej tyle lat co ja… - stwierdziłem. – To ile lat masz teraz? – znów spytałem bez przemyslenia.
- Nie pyta się kobiet o wiek – uśmiechnęła się szeroko. Zmierzaliśmy w stronę barbakanu. – Pytasz ile miałam lat jak umarłam, czy ile mam lat od dnia narodzin?
- Nie wiem. Jedno i drugie
- Nie żyję od siedemnastego roku życia, a w sumie mam… - na chwilę zamilkła, by policzyć. – osiemdziesiąt pięć lat
- Całkiem nieźle się trzymasz jak na ten wiek – zażartowałem zaskoczony liczbą.
- Dzięki
- A gdzie my w ogóle idziemy? – zapytałem, uświadamiając sobie, że z niewiadomych przyczyn ufałem Weronice na tyle, by iść za nią bez zastanowienia.
- Musimy popracować nad twoimi umiejętnościami. Bez praktyki nie staniesz się dobrym Celnikiem.
Weronika zaprowadziła mnie aż do samego parku łazienkowskiego. Było już ciemno. Nikt, prócz nas nie spacerował zawiłymi alejkami wzdłuż gęstych krzewów, wysokich drzew i poszczególnych budowli królewskich. Usiedliśmy na jednej z ciemnozielonych ławek. W milczeniu czekałem na jakiś zwrot akcji, ale nic. Weronika również umilkła, jakby czegoś wyczekiwała. Czułem, jak adrenalina płynie w moich żyłach. Bałem się ciemności i co chwilę odwracałem się nerwowo, mając wrażenie, że jakiś psychopata wyskoczy zza krzaków i zarżnie mnie siekierą. Weronika oczywiście była oazą spokoju, bo co w końcu mogło ją spotkać gorszego, niż śmierć. Być może prawdziwy egzorcysta. W końcu bez jakiegokolwiek wyrazu emocji, patrząc się przed siebie, zapytała:
- Widzisz tamtą kobietę? – na nikogo nie wskazywała. Rozejrzałem się dookoła i ujrzałem po lewej stronie staruszkę siedzącą trzy ławki dalej. Wcześniej jej nie zauważyłem.
- Tak. To duch, prawda? – zapytałem, znając odpowiedź. Weronika kierując swoje spojrzenie na mnie, pokiwała głową.
- Jak mam jej pomóc?
- Dowiedz się – na te słowa brzmiące niczym rozkaz, serce zabiło mi  podwójnie szybciej. Chciałem zapytać jak mam to zrobić, ale domyśliłem się. Po chwili zastanowienia i wahania, wstałem i czekając jeszcze chwilę ruszyłem w stronę sąsiedniej ławki. Oddech mi przyspieszył. W końcu, kiedy stanąłem obok siedzącej kobiety, oniemiałem, zastanawiając się, co powinienem zrobić. Nigdy nie rozmawiałem z duchem ulicznym. Zawsze myślałem, że one mnie nie widzą.
- Dzień dobry pani – przywitałem się spoglądając na czarną czapkę z daszkiem staruszki, zakrywającą jej  twarz. Kobieta miała na sobie szary płaszcz i torebkę przepasaną przez ramię. Nieznajoma trzymała w rękach kromkę chleba, którą rozdzielała na coraz mniejsze kawałki i rzucała przed siebie na wyasfaltowany chodnik.
-  Chciałbym pani pomóc, tylko nie wiem jak – kobieta wciąż milczała. Spojrzawszy z rezygnacją na siedzącą trzy ławki dalej Weronikę, usłyszałem ochrypnięty schorowany głos:
- Nie potrzebuję ciepłego posiłku, ani nowych ubrań – zaskoczony odpowiedzią, odparłem.
- Ale ja nie w tej sprawie. Chciałbym… Chciałbym pani pomóc przejść na tamten świat – kobieta słysząc moja gwałtowną odpowiedź podniosła powoli głowę rzucając na mnie swoje puste spojrzenie.
- Nie jestem gotowa mój Panie – rzekła szeptem jakby do kogoś innego.
- Co panią tutaj trzyma? – zapytałem kucając przed nią i dobrotliwym uśmiechem starając się zdobyć jej zaufanie. Staruszka po chwili odpłynięcia zerknęła na mnie jakby sobie przypomniała, że przy niej jestem.
-Tylko jej zależało na pieniądzach. Ja musiałam… - kobieta przymknęła oczy marszcząc brwi na znak bólu, tak jak niektórzy starzy ludzie robią, kiedy dotknie ich wewnętrzne cierpienie. Po zmarszczonych policzkach popłynęły łzy. – Ja musiałam stać i żebrać dla niej na kolejną butelkę, bo inaczej… Groziła, że mnie zabije jak psa. Bezużytecznego kundla – kobieta trzęsącą dłonią zasłoniła oczy, z drugiej wypuszczając ostatni kawałek chleba. Jej zachowanie wyprowadziło mnie z równowagi. Nie wiedząc, co robić chwyciłem jej zimną rękę, mimo że sam się trzęsłem z zimna… a może z nerwów.
- O kim pani mówi? – spytałem .
- O mojej córce. Ona… nie jest zła. To przez chorobę taka się stała – mówiła to patrząc mi się prosto w oczy. Widziałem w jej spojrzeniu błysk, który pragnął abym uwierzył w jej słowa.
- To przez nią pani nie żyje?
- Nie, ja jestem przy niej. Ona mnie potrzebuje. Potrzebuje mnie chłopcze. Ty nie rozumiesz… Ja muszę dla niej zdobyć te pieniądze – zamilkłem. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Opadłem bezsilnie powoli na ziemię i patrzyłem się na kobietę jak na walący się wieżowiec, którego już nikt nie podniesie. Nagle stłumionym głosem powiedziałem.
- Pani jest wolna. Córka na pewno sobie poradzi. Obiecuję to pani. – myślę, że nigdy wcześniej jak wtedy, mój głos nie był bardziej stanowczy i tak spokojny zarazem. – Jeżeli pani chce…. – przez chwilę się zawahałem. – Odnajdę pani córkę i upewnię się, że da sobie radę
- Naprawdę mógłbyś, chłopcze? – w załamanym spojrzeniu kobiety ujrzałem nadzieję i radość.
- Tak, przyrzekam, że to zrobię. Jak ona ma na imię?
- Anna Milczek – wypowiedziała te słowa z namaszczeniem. Powoli wstała. Ja również. Swoją prawą ręką chwyciła moją lewą dłoń. Zrobiłem to samo wobec niej. Nagle poczułem jak dłonie kobiety z zimnych stają się przyjemnie ciepłe. Patrząc w jej oczy wyrażające radość i wdzięczność, nie zauważyłem, kiedy dotyk dłoni się rozpłynął. Odeszła. Przeszła na drugą stronę.
Po dłuższej chwili przypomniałem sobie o czekającej na mnie Weronice. Poczułem satysfakcję i szczęście. Udało mi się pomóc duszy. Uśmiechnąłem się odwracając do mojej mentorki, ale nie widziałem u niej równego entuzjazmu. Podeszła do mnie.
- Chyba mi się udało. Nie cieszysz się? – zapytałem, marszcząc brwi ze zdziwienia. Teraz, kiedy się do mnie zbliżyła, mimo mroku, ujrzałem jej poważny wyraz twarzy. Weronika otworzyła usta, wahając się przed odpowiedzią. Słowami jakimi mnie obdarzyła, zmyła wszelką radość.
- Pierwsza zasada w tej branży: Nigdy nikomu nic nie obiecuj!

czwartek, 20 sierpnia 2015

Czwartek, 1 listopada


Całą noc zajęło mi rozmyślanie o nieznajomej dziewczynie napotkanej przed domem. To, kim była, było intrygujące. A raczej niewiedza na ten temat. Kiedy wreszcie zasnąłem koło trzeciej, przyśniła mi się. Wyglądała tak samo, jak poprzedniego wieczoru. Stała tuż przede mną. Z początku miała opuszczoną głowę, ale chwilę później uniosła ją i zobaczyłem jej niezwykłe oczy. Potem zniknęła i spałem dalej.
            Kiedy się obudziłem, promienie słoneczne przebijające się przez jasno pomarańczowe zasłonki, oślepiły mnie, zmuszając do przymrużenia oczu. Czułem ciepłą kołdrę i to, jak zimne palce u stóp rozgrzewały się pod nią. Leniwie odwróciłem się na drugi bok i zapadłem w dalszy sen. Niestety, garnki i talerze uderzające o siebie w kuchni nie dawały mi spać. Wstałem i powlokłem  swoje ciało niechętnie do źródła dźwięku. Minąłem pokój Kamili oraz łazienkę. Po drodze poczułem zapach jajecznicy.
W niewielkiej kuchni stał ciemny dębowy stół, a przy nim cztery dopasowane pod kolor krzesła. Zaraz obok była lodówka, a naprzeciwko kuchenka, zlew i szafki. Mama, ubrana w ciemno bordową sukienkę, stała przy parującej od gorąca patelni. Przy stole siedzieli Kamila i Wiktor, czekając na śniadanie. Wiktor jeździł swoim czerwonym BMW po stole, a Kamila gapiła się w ekran telefonu, pisząc zapewne z Klaudiuszem.
            - Proszę, proszę! – rzuciła donośnie siostra, odwracając głowę w moim kierunku. – Któż to wstał?! Co robiłeś w nocy, że masz takie wory pod oczami? – uśmiechnęła się złośliwie, odkładając komórkę tak, aby w razie czego mogła pierwsza zauważyć przychodzącego smsa.
            - Byłem na festynie – rzuciłem obojętnie nie zwracając na nią uwagi. Usiadłem przy stole i wziąłem sztućce.
            - No i jak było? – spytała mama kładąc talerz jajecznicy dla Wiktora.
            - Dobrze – odpowiedziałem ospale, leniwie przecierając oczy.
            - Ta! – parsknęła Kamila wodząc wzrokiem za stawianym przed nią posiłkiem. – Widziałam jak o mało co, nie zwiałeś, gdy wywoływali duchy
            - Wywoływanie duchów? – zastygła mama w bezruchu, kierując na mnie niezadowolone spojrzenie.
            - Tak, ale od razu poszedłem. Nie chciałem na tym być. Nuda i tandeta – odparłem bez zastanowienia.
            - Nie wciskaj kitów! – zaśmiała się Kamila, ponownie patrząc na mnie tym swoim wrednowatym wzrokiem. – Oboje widzieliśmy, co się działo! Zgasły światła, ludzie zwiewali we wszystkich kierunkach, a okna dookoła zaczęły walić jak opętane!
            - Chryste Panie! – zawołała mama spoglądając w górę. – Co wyście poszaleli?! Mówiłam wam, jakie mogą być skutki takiego wywoływania duchów! Chcecie, aby coś was opętało?! - zaczęła krzyczeć wrzucając przy tym brudną patelnię do zlewu z takim impetem, jakby chciała ją roztrzaskać. Myślałem, że zabiję Kamilę. Zawsze musiała robić mi na złość. Nie zważając nawet na to, że i ona dostawała po łapach.
            - Wojtka, to chyba już coś opętało – westchnęła zdrajczyni, zabierając się za jajecznicę.
            - O czym ty mówisz? – spytała jeszcze bardziej zaniepokojona mama, siadając obok Wiktora, mnie i naprzeciwko Kamili.
            - Widziałam, jak szłam do Klaudiusza, że Wojtuś gadał z kimś, kogo nie było – mama utkwiła wzrok w swój talerz, nie ruszając jego zawartości. Wymieniłem z Kamilą cięte spojrzenia. Chciałem ją wzrokiem zadusić za to, co powiedziała. Po chwili milczenia, mama niezwykle opanowanym głosem zapytała:
            - Wojtek, znowu to samo? – spojrzałem na nią bezsilnie. Chodziło o sprawy duchów. Parę lat wcześniej, kiedy usiłowałem ją przekonać do swoich umiejętności, zapisała mnie na terapię psychiatryczną, a potem jeszcze sprowadziła egzorcystę do domu. To było dość… nie fajne. Brak zaufania, zamartwianie się moim stanem zdrowia, próbujący mi wciskać kity lekarze oraz dar, który wciąż dawał o sobie znać.
            - Mamo – zacząłem powoli i z opamiętaniem. Widziałem jej zmartwione oczy. – Ona kłamie. Z nikim nie rozmawiałem…. tylko z Martą, przez telefon, kiedy wchodziłem do domu – wcisnąłem kłamstwo, godne zachowania Kamili.
 – Gdybyś zajęła się swoimi sprawami, a nie podglądaniem mnie wracającego do domu, to by nie było problemu! A tak… Po co ta cała szopka?! – skierowałem pytanie w stronę Kamili, wstając od stołu i dziękując pod nosem mamie za posiłek. Mama zdumiona zaistniałą sytuacją, jedynie powiodła za mną wzrokiem.
            Po śniadaniu, całą rodziną wraz babcią, pojechaliśmy na cmentarz do dziadka. Co roku odwiedzaliśmy go w listopadzie, w grudniu oraz w kwietniu, kiedy były najważniejsze święta. Babcia oczywiście jeździła do niego częściej. Z początku, kiedy zmarł, robiła to, co drugi dzień. Potem mówiła nam, że tylko raz w miesiącu, ale my i tak wiedzieliśmy swoje. Nie potrafiła się pogodzić z jego odejściem. Byli jedną z tych par, które przeżyły nie jeden kryzys, a mimo to wytrwały ze sobą aż do późnej starości.
            Na cmentarzu było mnóstwo ludzi. Jak co roku we Wszystkich Świętych. Nigdzie nie można było zaparkować. Wszędzie paliły się znicze. Widziałem jak wielu zmarłych stało lub siedziało przed swoimi żyjącymi krewnymi, milczącymi i smutnymi. Zastanawiałem się, czy dusze, do których się modlimy, słyszą nasze ciche myśli, tęsknotę. Ja zawsze przychodząc na grób dziadka, widziałem go i utrzymywałem z nim kontakt wzrokowy. Był jedyną duszą, z którą nawiązywałem jakąkolwiek więź. Był również jedyną, której widok w ogóle lubiłem. Wcześniej, kiedy miałem pięć czy siedem lat, dziadek kładł swoją dłoń na moim ramieniu, kiedy przychodziłem do niego na grób. Jak trochę podrosłem nabrał do mnie jakby dystansu… Tym razem, również tak było. Wszyscy staliśmy przed nim. Mieliśmy złożone ręce i zapatrzone w jego grób spojrzenia. Babcia płakała, mama ją obejmowała, a siostra głaskała Wiktora po głowie. W oddali słyszałem jakieś dziecko żywo pytające swoich rodziców, czy to ten grób. Kiedy mieliśmy już odchodzić, poprosiłem mamę abym mógł jeszcze sam zostać chwilę. Ona tylko przytaknęła i odeszła wraz z resztą rodziny. Usiadłem na ławeczce przed dziadkiem i westchnąłem.
            - Czemu tak wcześnie odszedłeś? Nawet nie wiesz jak bardzo ciebie potrzebujemy – zacząłem roztkliwiać, nie patrząc na jego nijaki wyraz twarzy. - Wczoraj zdarzyła się rzecz, o której nawet byś nie pomyślał – uśmiechnąłem się sarkastycznie, miętoląc swoją czapkę w zmarzniętych dloniach.
            -  A to dlaczego? – usłyszałem.
            - Bo to było niemożliwe… - odpowiedziałem unosząc głowę i kierując wzrok na niego. W jednej chwili uświadomiłem sobie, że to on do mnie przemówił. – Co? – spytałem, czując nagłą suchość w gardle.
            - Nie trać czasu na zbędne pytania – odpowiedział obojętnym tonem dziadek.
            - Dlaczego… Czy ty właśnie….. Dlaczego ty mówisz?! – zadałem kolejne pytanie nie zważając na jego zalecenie.
            - Słuchaj, nie będę marnował czasu na wywody, czemu to właśnie teraz uraczyłem cię swoim głosem! – odrzekł nagle zirytowany.
            - Co? O co ci chodzi? To ty po dziesięciu latach grobowego milczenia przemawiasz ni stąd ni zowąd! – uniosłem się, wstając z ławki i zdezorientowany podszedłem do niego bliżej. Nie mogłem w to uwierzyć. Byłem jednocześnie zdziwiony i wkurzony. Facet, z którym rozmawiałem, ani trochę nie przypominał mojego dziadka. Był dziwny. Traktował mnie z buta, jak nieznajomego, a nawet gorzej…
            - Już? Uspokoiłeś się? – spytał nadal surowym tonem mężczna, po chwili milczenia. – Wiem, co widziałeś wczoraj wieczorem, jasne? – oznajmił. – Dlatego też, postanowiłem z tobą porozmawiać.
            - Phi… - parsknąłem. Jego słowa brzmiały w moim przekonaniu komicznie. A może to było z nerwów? Dopiero wywoływanie duchów musiało skłonić go do porozmawiania z własnym wnukiem.
            - Zauważ, że teoretycznie, nie powinienem z tobą w ogóle rozmawiać – spostrzegł znów obojętnym, ale milszym dla ucha głosem. – Jestem duchem, pamiętasz?
            - A ja mam dar kontaktu z duchami, wiesz? – odpowiedziałem opryskliwie.
- Widzę, że wraca ci język do gęby – zaśmiał się drwiąco mężczyzna, spoglądając to raz na mnie, to raz w inną stronę. – Jesteś bardzo podobny do swojej matki. To, że widzisz duchy, słyszysz je i czujesz to nie przypadek. – stwierdził, zatrzymując wzrok na mnie.
            - To by było zbyt proste – wymamrotałem pod nosem.
            - Znasz przypowieść o Świętym Piotrze? – spytał dziadek wsuwając ręce w garniturowe kieszenie.
            Wyglądał tak jak, w czasie pogrzebu. Garnitur, czarna muszka, lakierki, przylizane włosy do tyłu i gęsta broda.
- A co to ma ze mną wspólnego? – zmarszczyłem brwi, wyczekując dalszych wyjaśnień.
- „Dam ci klucze Królestwa Niebios, i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie”
- Ale ja nie jestem Świętym Piotrem, ani chociaż zwykłym księdzem – wtrąciłem wyrywając dziadka z namysłu.
            - Bez wątpienia – parsknął staruszek. – Ale według wierzeń Święty Piotr przepuszczał duszę do nieba, a ty masz podobne zadanie.
            - Przepuszczać ludzi do nieba? – uśmiechnąłem się, czując drżenie warg.
            - Nie. W dalszą drogę – wyjaśnił dziadek ruszając w moim kierunku. Kiedy się do mnie zbliżył, położył swoją dłoń na moim policzku. Czułem lęk, ale się nie cofnąłem. Ten gest był pierwszym, odkąd skończyłem dziesięć lat. – Jesteś Celnikiem dla dusz ludzkich. Ty możesz przepuszczać ludzi w dalszą drogę na sąd ostateczny – powiedział, po czym zniknął. Jego dotyk rozpłynął się w jednej chwili. Już go nie widziałem, ani nie słyszałem. „Co to było?”, pomyślałem, wpatrując się w zdjęcie na nagrobku mężczyzny, który jeszcze przed chwilą ze mną rozmawiał. „Totalnie ci odbiło”, powiedziałem pod nosem i w tym momencie usłyszałem.
            - Wojtek! Idziesz?! – zawołała Kamila z oddali, nie zwracając uwagi na to, w jakim miejscu się znajduje. Paru ludzi spojrzało się na nią ostentacyjnie, a ja jedynie ze wstydem i w oszołomieniu ruszyłem w jej kierunku. Kiedy wsiadłem do samochodu, mama zaczęła mówić o tym, jak bardzo ludzie zaniedbują groby swoich bliskich. Przestałem jej słuchać po minucie. Oglądałem mijane przez nas budynki oraz ludzi, bądź duszę idące w nieznane. Trudno było stwierdzić, kto był kim. Byłem zbyt wstrząśnięty minioną rozmową. Co to miało znaczyć? Czy ja naprawdę rozmawiałem ze swoim dziadkiem? Co on mówił? Nazwał mnie… Celnikiem? O co mu chodziło? Całą drogę analizowałem sytuację z cmentarza. Po powrocie do domu, zamknąłem się we własnym pokoju i słuchałem muzyki na słuchawkach. Z każdym utworem nowe myśli zakłócały mój spokój. Świadomość, że w przeciągu dwóch dni rozmawiałem z dwoma duchami, w tym oba miały do mnie interes i jeden z nich chciał uświadomić mnie o moim przeznaczeniu, była niewiarygodna. Czułem się jak bohater jakiegoś tandetnego filmu czy…. snu. Łudząc się przez chwilę, że wszystko, to jedynie koszmar, uszczypnąłem się w rękę zaciskając jednocześnie zęby z bólu. Chciałem, aby uszczypnięcie podziałało. W końcu puściłem zaczerwieniony od wbijanych paznokci kawałek skóry i wziąłem telefon do ręki. Chciałem zadzwonić i przeprosić Martę. Dopiero teraz poczułem brak przyjaciół u swego boku. Zwykle nie mijała noc, a znowu się widzieliśmy, śmialiśmy i rozmawialiśmy. Na dłuższy brak kontaktu nie było szans, chyba, że któreś z nas wyjechało na kompletne odludzie ze swoją rodziną, gdzie nie było zasięgu.
Marta nie odbierała. Jedynie odzywała się jej poczta głosowa mówiąca, „Cześć tu Marta! Sorry, że nie odbieram. Najwyraźniej mam powód. Oddzwoń, lub dobijaj się dalej!”. Jej pogodny nagrany glos brzmiał tak sarkastycznie w moim odczuciu, że nie chciałem dzwonić więcej. Słowa „Najwyraźniej mam powód” mówiły wszystko. Ona jest na mnie obrażona i nie mam, co liczyć na przebaczenie, a co dopiero słowa wsparcia. I tak nie mógłbym jej powiedzieć o mojej rozmowie po latach z dziadkiem. To byłoby zbyt trudne…
            Wieczorem, po wielu wahaniach, poszedłem na umówione spotkanie z nieznajomą dziewczyną. Nie liczyłem na nic wielkiego. Chciałem, aby przynajmniej odpowiedziała mi na jedno, ważne dla mnie, pytanie: Czy jest duchem? Były dwie możliwości. Gdyby przytaknęła, zapewne wpadłbym w dziwną euforię i zacząłbym jej zadawać mnóstwo pytań. Jednak gdyby zaprzeczyła lub zaczęła twierdzić, że mam nie równo pod sufitem, olałbym ją i kazał zostawić mnie w spokoju. Chyba… Tak czy inaczej, poszedłem na ulicę Krzywe Koło, tak jak się umówiliśmy. Mało kto, tamtędy o tej porze chodził. Czasem przewinęła się grupka studentów lub pary wracające z romantycznej kolacji, ale prócz nich, nikt. Cisza. Było słychać jedynie muzykę z oddali, lub włączony telewizor, gdzieś, w którymś z mieszkań.  Stanąłem przy ulicy Kamienne Schodki, która jak nazwa wskazywała składała się ze schodów pomiędzy dwoma domami, prowadzącymi w dół do równoległej ulicy Brzozowej. Opierałem się o ceglany mur budynku, w którym znajdowała się ukraińska restauracja „Kamienne Schodki”- dobra nazwa do zapamiętania, powtarzając w duchu „Co ty robisz? Co ty tutaj robisz?! Mało ci problemów?!”. Słyszałem donośne śmiechy i okrzyki z sali za murem i poczułem zapach pieczeni. Może to był kurczak. Ewidentnie zaczął mi dokuczać głód. Po godzinnym marznięciu, postanowiłem wrócić do domu. Było późno, mama się denerwowała, a ja miałem pusty żołądek. Kiedy oddaliłem się od schodów dobre dwadzieścia metrów i już miałem skręcić w prostopadłą uliczkę usłyszałem za sobą wołający mnie glos:
            - Hej, Wojtek! – odwróciłem się. Głos był wyrazisty, ale zarazem delikatny i szepczący. Należał ewidentnie do kobiety. Od razu domyśliłem się, kto to. Kiedy odwróciłem się za siebie, ujrzałem charakterystyczne blond kosmyki powiewające zza wąskiej uliczki, gdzie znajdowały się wcześniej oblegane przeze mnie schody. Ruszyłem biegiem. Kiedy do nich dotarłem, dziewczyny nie było. Dostrzegłem za to znikającą postać, na dole schodów, za zakrętem. Zbiegłem więc na dół. Przestałem myśleć. Serce waliło mi potwornie. Czułem mega adrenalinę. Gdy dotarłem na sam środek ulicy Brzozowej, potykając się po drodze o własne nogi, rozejrzałem się dookoła i nic. Nikogo nie było. Żadnych śladów żywej lub martwej duszy.
            - Szybki jesteś – usłyszałem głos za sobą. Podskoczyłem ze strachu, a następnie się odwróciłem. – Spokojnie, to tylko ja! – zaśmiała się nieznajoma.
            - Widzę – oznajmiłem, niekoniecznie w wesoły sposób.
            - Wyglądasz, jakbyś dopiero co zobaczył ducha – stwierdziła dziewczyna wzdychając lekko.
            - Słuchaj – zacząłem. – Nie wiem, kim jesteś i czego chcesz, ale wiedz, że jesteś pierwszą z dwóch dusz, z którymi rozmawiałem w przeciągu ostatnich szesnastu lat! – oświadczyłem zirytowany.
            - Z dwóch? A kto jest tą drugą? – spytała zaskoczona dziewczyna, tak jakby sam fakt, że z nikim podobnym wcześniej nie rozmawiałem, nie był dość dziwny.
            - Mój dziadek – odpowiedziałem. Nieznajoma zamilkła, analizując najwyraźniej w myślach usłyszaną odpowiedź. – A co? – zapytałem.
            - Nic. Mówił ci coś?
            - Tak, że jestem celnikiem i coś o Św. Piotrze, ale nic nie zrozumiałem.
            - Czyli ty nic nie wiesz – parsknęła zawiedzionym głosem dziewczyna, tak jakby ostatnia deska ratunku okazała się bezwartościową belką.
            - Czego nie wiem? Czy ktoś w końcu może mi to wytłumaczyć?! – spytałem unosząc błagalnie ręce.
- Jesteś celnikiem, czyli prócz rozmawiania, czucia i słyszenia zmarłych, możesz im pomagać w przedostaniu się na tamten świat. Nigdy nie słyszałeś, dlaczego duchy chodzą po ziemi? Bo mają niezałatwione sprawy. Coś, co ich tu trzyma. Nie mogą wyruszyć w dalszą drogę. Ty, jako Celnik, możesz im pomóc – wyjaśniła powoli dziewczyna.
- Moim zadaniem jest pomaganie duchom? Jestem egzorcystą? – spytałem trochę rozbawionym głosem. – Gdzieś to już słyszałem – zaśmiałem się sarkastycznie.
- Nie tylko – odparła nieznajoma. – Możesz też wiele innych rzeczy. Nie jesteś tym, za kogo się uważasz… To skomplikowane – stwierdziła trochę podłamana.
- Dobrze. Czego chcesz? – spytałem po raz kolejny, tracąc cierpliwość.
-  Tego, czego inne dusze. Pomocy – odpowiedziała.
- Ok – zaśmiałem się znowu – Masz moje błogosławieństwo! – oświadczyłem i ominąłem ducha, wchodząc po schodach na górę.
- Czekaj! – zawołała. – Nie wierzysz mi, to chodź. Pokażę ci świat, któremu jesteś potrzebny! – Odwróciłem się na pięcie z miną dorosłego mówiącego do dziecka, „Daj sobie spokój”. Jej słowa wydawały się wtedy aktem desperacji, ale sam nie wiem, dlaczego, po dłużej chwili postanowiłem, że muszę dać jej szansę. Zrobiłem krok w dół schodów ku niej.
- Jak chcesz to zrobić? – zapytałem.
- Chodź – powiedziała łapiąc mnie za rękę i ciągnąc za sobą. Jej dłoń była przyjemnie ciepła. Biegła, a ja wraz z nią. Słychać było stukanie naszych butów o kamienny chodnik. Czułem się jak w jakimś transie. O niczym nie myślałem, obserwując jedynie szybko mijane uliczki. Nawet nie zwracałem uwagi jakie one były. W końcu zatrzymaliśmy się przed jakąś bramą. Weronika weszła w nią pewnym krokiem, zerkając przez ramię na moją pełna wątpliwości twarz. Ruszyłem za nią. Zatrzymaliśmy się przy schodkach u boku bramy, prowadzących do zwyczajnych drewnianych drzwi.
            - Jesteś pewien, że tego chcesz? – spytała kryjąc podekscytowanie.
            - Nie, to tobie na tym zależy – uświadomiłem ją, z naciskiem na wyraz „tobie”.
- No tak – potwierdziła Weronika przełykając nerwowo ślinę i wymuszając lekki uśmiech. – To raczej nie masz wyboru – stwierdziła i zeszła dwa stopnie po schodkach, aby dostać się do drzwi. Chwyciła za żelazną klamkę przyozdobioną liściastymi wzorami, nacisnęła i popchnęła drzwi ku wnętrzu. Wchodząc za nią poczułem duszący zapach tytoniu połączony z aromatem piwa. W środku było całkiem klimatycznie. Czułem się jak na planie filmowym. Wszyscy byli ubrani nietypowo, w stylu Weroniki, a wystrój wnętrz był niesamowicie stylowy, wręcz przed wojenny.
Koronkowe, białe obrusy na małych, okrągłych stolikach, a na każdym z nich stała płonąca świeczka, rzucająca na twarze gości ciepłą poświatę. Kobiety siedzące przy stolikach po prawej stronie, z ubranymi w garnitury mężczyznami, wyglądały niezwykle poważnie. Mocno umalowane, miały na sobie eleganckie ubrania, skórzane torebki i drogo wyglądające buty. Nieco głębiej siedziała jedna roześmiana para. Młoda kobieta z kręconymi blond lokami w czerwonej sukience oraz mężczyzna w białej koszuli, który ewidentnie starał się o jej względy. Obserwując ich zwróciłem uwagę na muzykę, jaka rozbrzmiewała w sali. Ściszone dźwięki trąbki w stylu jazzowym, przypominały mi muzykę Louis’a Amstrong’a, ale wątpię, by to on wtedy grał. Na lewo stał potężny, dębowy bar, a przy nim paru umundurowanych panów zalewających swoje smutki w alkoholu. Jeden z nich patrzył upitym wzrokiem na trzymaną przez siebie szklankę z brandy lub innym trunkiem, kiwając lekko głową do przodu i do tyłu, jak osierocone dziecko. Barman podający pijaczynom wódkę był w średnim wieku. Miał lekką łysinę, krzaczaste brwi, gęstą brodę i był ubrany w białą koszulę z muszką w kratę i szelki podtrzymujące jego, zapewne rozciągnięte, spodnie. Miał pokaźny brzuszek, ale ogólnie wydawał się być miły. Całe pomieszczenie wypełniał dym z cygar i papierosów. Zakrztusiłem się nim, po czym powiodłem wzrokiem za podchodzącą do baru Weroniką. Usiadła przy barze na skórzanym stołku i zdjęła beret rozpuszczając swoje blond, falowane włosy. Podszedłem nie pewnie bliżej.
-  Dzisiaj lata trzydieste? – zawołała Weronika do odwróconego do niej plecami kelnera. Mężczyzna machinalnie spojrzał na nią i wybuchł śmiechem.
-  Kogo moje oczy widzą?! Czego się napijesz? – zapytał, po czym chwycił za szklankę i przetarł ją biała ścierką.
- Nie jestem dzisiaj sama – oznajmiła dziewczyna subtelnie wskazując w moją stronę. Uznałem to za dobry moment by dosiąść się do niej. Mężczyźnie na mój widok zrzędła mina.
- Co ty wyrabiasz? – spojrzał na nią ostentacyjnie. – Zapraszasz tu ludzi? – spytał intensywnym szeptem. Na jego twarzy i łysinie pojawiły się krople potu.
- To nie człowiek, tylko Celnik – oznajmiła Weronika niewzruszona reakcją barmana. Zachowywała przy tym pokerową twarz. Mężczyzna popatrzył z niedowierzeniem na mnie. Wcale mu się nie dziwiłem. Byłem zdezorientowany. Musiałem wyglądać niewiarygodnie. Nerwowo odwróciłem się za siebie, mając złudną nadzieję, że mężczyzna spogląda na kogoś innego.
- Naprawdę? – zwrócił się do mnie, kładąc na blacie dwie szklanki z whisky.
- Chyba tak – odpowiedziałem niepewnie, patrząc na postawiony przede mną trunek. Mężczyzna chrząknął i kiwnął lekko głowa na znak zrozumienia.
- Dopiero się dowiedział – doinformowała go Weronika, biorąc łyk alkoholu. – Przyprowadziłam go tu, aby mu udowodnić, że świat duchów istnieje.
- To tylko płycizna – parsknął barman krztusząc się a następnie odwracając ponownie do baru.
- Wiem, ale przecież nie pokażę mu od razu wszystkiego?! – uśmiechnęła się drwiąco dziewczyna takim tonem, jakby to było oczywiste. Mniej więcej od tamtego momentu uświadomiłem sobie, że ma ona wobec mnie pewne zamiary i z pewnością wie, czego chce. Ta niepewność co do niej wzbudzała we mnie lęk, ale mimo to nie chciałem odejść.
- Jak się nazywasz? – spytał mężczyzna wciąż odwrócony plecami do nas.
- Wojtek, a pan? – odparłem bez zastanowienia.
- A czy to coś zmieni? – odrzekł, siadając na nie wysokim taborecie naprzeciw Weroniki. Zapadła chwilowa cisza, w czasie której piwnooki barman przeszywał mnie swoim spojrzeniem niczym intruza, opierając się o ladę. W Końcu zebrałem się na kontratak.
- Nie wie pan, że każdy człowiek, którego spotykamy na swojej drodze, ma wpływ na nasze życie? – wycedziłem, czując jednocześnie bicie serca, które zdawało się zaraz wyskoczyć. Rzadko kiedy wdawałem się w tak intensywną dyskusję. Weronika spojrzała na mnie ze zdumieniem, a on zamilkł przenosząc wzrok na klaszczącą dziewczynę.
- Proszę, proszę! – uśmiechnęła się Weronika. – Mamy tu filozofa. Ciekawe… – zamyśliła się biorąc kolejny łyk whisky. Poczułem oblewającą mnie falę potu. Tak naprawdę, ten tekst wymyśliłem pół roku wcześniej, kiedy na obozie letnim chciałem zagadać do jednej dziewczyny. Odpowiedziała mi wtedy tak samo jak ten barman. Załamany nieudanym zaznajomieniem się, wymyśliłem odpowiedź na przyszłość, gdyby jeszcze spotkała mnie podobna sytuacja.
- Praktycznie, ja nie żyję. Więc nie mów o tym co ma wpływ na moje „życie”… I tak ci nie powiem imienia– zarzekł się mężczyzna, z determinacją godną trzylatka.
- Rozumiem – odpowiedziałem, choć wcale nie rozumiałem. Weronika wstała wzdychając cicho i oznajmiła:
- Idę do toalety – i jak gdyby nigdy nic oddaliła się znikając w głąb tytoniowego dymu.
Przez chwilę przemknęła mi myśl, czy duchy w ogóle mają potrzeby fizjologiczne, ale zaraz potem barman zapytał..
- Co chciałbyś wiedzieć?  - zaskoczony propozycją udzielenia informacji, poczułem pustkę w głowie. Chciałem jednocześnie zapytać o tyle rzeczy, ale nie wiedziałem od czego zacząć.
- Wszystko! Co mam robić?! Co mogę robić?! I czego wy wszyscy ode mnie chcecie?! – w jednej chwili byłem podekscytowany, a intensywne bicie serca powróciło.
- Po kolei – skinął ręką mężczyzna, na znak żebym ochłonął -  Jesteś celnikiem. To oznacza, że potrafisz gadać z duchami itp. – zamilkł na chwilę, gromadząc myśli. To, co mówił, wydawało się oczywiste, choć wcale dla mnie nie było. -  Dla ciebie dusze są niczym ludzie, z taką różnicą, że wcale nimi nie są. Ich celem jest jedynie przedostanie się na tamten świat i spoczynek wieczny – Zbyt wiele mi to nie mówiło. Starałem się jednak nie okazywać braku zrozumienia. Kiwałem lekko głowa i utrzymywałem z nim kontakt wzrokowy. – Nikt po śmierci nie jest taki sam jak zza życia, a szczególnie kiedy jedną nogą wciąż jest na tym świecie. Każdy, kogo wcześniej znałeś, po śmierci będzie inny. I tu jest twoja rola. Musisz pomóc takiej duszy przedostać się na tamten świat
- W jaki sposób? – zapytałem, marszcząc brwi.
- Każdy ma powód, który go tu trzyma – odpowiedział mężczyzna z nutą żalu w głosie. Nalał ponownie alkohol do swojej szklanki. – Posiadasz specjalne umiejętności. Nie wiem jakie, ale z czasem na pewno je odkryjesz
- Dzięki – spojrzałem wprost na niego. – Miło jest się dowiedzieć czegoś o sobie po szesnastu latach życia
- Może nie jesteś taki, na jakiego wyglądasz- stwierdził barman. Zarumieniłem się, choć do końca nie wiedziałem czy uznać to za komplement czy za obrazę.
- No! – zawołała Weronika wyłaniając się zza smugi dymu. – Wierzysz mi już na słowo, czy chcesz jeszcze zostać?
- A ten lokal? – zapytałem, wskazując na nietypowe wnętrze.
-  Jak widzisz, jesteśmy w latach trzydziestych, znaczy bar żyje tym okresem. Bywają też lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte. Wszystko po to, aby każda duszyczka mogła poczuć się jak w domu – oświadczyła Weronika sarkastycznym tonem, zwracając na siebie uwagę gości.
- A co z innymi epokami? Oświeceniem? Średniowieczem? – zapytałem.
- Też są – odpowiedział barman wycierając szklanki.
- Ale mnie zwykle wtedy nie ma- wtrąciła Weronika. – Jakoś nie kręcą mnie klimaty grubych oblechów rzucających mięsem i bronią po trzeciej beczce wina. 
- Mówi o polskiej szlachcie- wyjaśnił barman. Pokiwałem głowa na znak zrozumienia. Zauważyłem, że goście z lokalu nie przestali się na nas patrzeć od momentu, gdy Weronika rzuciła swój tekst o duszyczkach.
- Może faktycznie już pójdziemy? – zaproponowałem. – Późno już
- Nie martw się królewno – uśmiechnęła się dziewczyna. – Czas to  dyktator życia ludzkiego, a nie zmarłego. Tutaj pojęcie czasu nie istnieje
- Żyjecie chwilą? – zdziwiłem się.
- Chwila, to niesprecyzowane określenie czasu, a więc nie. To coś innego – zaprzeczyła jasnowłosa rzucając spojrzenie na barmana.
- Wiesz już, co powinieneś – oznajmił mężczyzna.
-  W tym sęk, że nie
- Ona ci pomoże – spojrzał na Weronikę.
- Oczywiście! Przecież po to go tu przyprowadziłam, nie? Jest na mnie skazany – zażartowała, choć w jej słowach czułem prawdę. – No dobrze. Jest już prawie północ
- Co?! – krzyknąłem.
- Spokojnie kopciuszku – zaśmiała się zawadiacko. – Złap mnie za ręce i pomyśl o swym domu – wyciągnęła dłonie, po czym spełniłem jej polecenie. – A teraz, jak w bajce o dżinie, cudownym sposobem przeniosę cię do twojego łóżeczka – skrzywiłem się na te słowa, ale za nim zapytałem o co jej właściwie chodzi, stałem we własnym pokoju.
- Jak to zrobiłaś? –  puściłem jej dłonie.
- Niedługo sam będziesz potrafił takie sztuczki, a na razie kolorowych snów – odpowiedziała Weronika wciąż się uśmiechając.
- Chwila! – zawołałem czując, że zaraz odejdzie. – Do czego ci jestem potrzebny? Jakie masz wobec mnie plany? – dziewczyna na te sowa wzięła głęboki wdech i odpowiedziała.
– Pomożesz mi w swoim czasie, a teraz śpij dobrze, póki możesz – po tych słowach zniknęła w jednej chwili.
- Wojtek?! Jesteś już?! – usłyszałem zdumiony głos mamy.
- No! – odpowiedziałem, zaraz dodając. – Już od dawna, tylko nie zauważyłaś! – ucieszyłem się wzdychając w duchu z ulgi.