Tego dnia wszystko się zmieniło. Naprawdę. Sam z początku w to nie wierzyłem. Zwyczajny poranek i równie nudne popołudnie. Była szkoła, dużo lekcji i przygotowania do Halloween. Właśnie. Od tego warto zacząć…
Marta, Aleks i ja po lekcjach poszliśmy kupić materiały do uszycia strojów Halloween’owych. Byłem do tego sceptycznie nastawiony i od początku mówiłem, że nic na siebie nie założę, ale mogę potowarzyszyć im w zakupach. Aleks również nie planował przebrania się za coś, co zburzyłoby jego wizerunek. Marta natomiast chciała stworzyć najbardziej niesamowity strój czarownicy, jaki tylko istniał na świecie. Kupiła mnóstwo dziwnych rzeczy. Począwszy od spinaczy, cekinów, kolorowych materiałów, aż po koronki i seksowne pończochy. Wyglądała jakby obrabowała sex shop i sklep papierniczy jednocześnie. Po zakupach rozstaliśmy się i umówiliśmy na siódmą u mnie pod domem. Mama nie była zachwycona moim planowanym wyjściem z przyjaciółmi. Miałem bardzo wierzącą rodziną. Halloween było u nas potępiane. Tłumaczyłem jej, że to tylko głupia zabawa, na którą namówiła mnie Marta. Z resztą, Kamila również tego dnia miała pójść na zabawę do swojego chłopaka Klaudiusza - czubka zdradzającego ją na każdym kroku. Nie lubiłem go za wygląd, charakter i głupie imię. Po długim wysłuchiwaniu umoralniających gadek mamy, w końcu wyszedłem z domu. Było ciemno. Mimo to ulice tętniły życiem. Wszędzie biegały dzieciaki w kolorowych, „przerażających” strojach dinozaurów, wampirów i zombie z pustymi, powiewającymi za nimi torebkami na cukierki. Byłem ubrany w czarną kurtkę i dżinsy, ze względu na to, że było zimno. Na twarzy, pod ustami miałam namalowaną sztuczną krew. Był to akcent mojego stroju, który miał dać znać Marcie, że podszedłem do sprawy całkowicie poważnie. Po dłuższym wyczekiwaniu, ujrzałem Aleksa i Martę wychodzących zza rogu.
- Cześć Wojtek! – powitała mnie radośnie czarownica, ściskając z całych sił. Próbowałem odpowiedzieć jej, ale zagapiłem się patrząc na jej strój. Wyglądała zdumiewająco pięknie. Jej kostium nie był śmieszny ani dziecinny. Wyglądała prze cudownie i tak… pociągająco. Usta jej były pomalowane na mocno czerwony kolor, skrywający namiętność i pokusę. Oczy, niezwykle uśmiechnięte, przypominały dwie perły, a fryzura ułożona na podobieństwo Marilyn Monroe dodawała wdzięku i blasku. Sukienka wcale nie przypominała tamtego materiału, ze sklepowej półki. Była niebieska, z tyłu dłuższa, z przodu krótsza, przyozdabiana cekinami. Odkrywała piękne nogi Marty, w ciemnych pończochach i czarnej koronce oraz dekolt. W jednej ręce trzymała różdżkę, a w drugiej niebieski woreczek, skrywający komórkę, szminkę i klucze.
- Cześć – odpowiedziałem z dużym opóźnieniem, kiedy Marta mnie puściła. Aleks chyba zauważył moje zdumienie, bo uśmiechnął się nie bez powodu.
- I jak wyglądam? – spytała obracając się, tym samym unosząc sukienkę do góry.
- Niesamowicie – stwierdziłem nie odrywając od niej wzroku. Martę chyba to zadowoliło, bo uśmiechnęła się jeszcze pewniej i pogodniej.
– To idziemy? – rzuciła ruszając w stronę kolorowych świateł, hałasu i zmierzającego w tym samym kierunku tłumu.
Na placu zamkowym było cudownie. Światła, radość i muzyka. Po środku stała ogromna scena, na której koncertowały różne zespoły. Wszędzie wznosiły się lampiony w kształcie dyni, a powietrze przechodził zapach gorącej kukurydzy, popcornu oraz orzeszków w karmelu. Całą trójką staliśmy prawie pod sceną. Jakiś amatorski zespół właśnie grał cover „The Big Bang”. Marta tańczyła w rytmie muzyki starając się mnie rozruszać, ale jej nie wychodziło. Ruszałem się drętwo, własnym rytmem. Przypatrywałem się jej zgrabnym ruchom. W końcu, kiedy nastał refren, Marta zaczęła podskakiwać, nie zwracając uwagi na unoszącą sie razem z nią sukienkę. Aleks i wielu innych ludzi również skakało. Większość była pomalowana na twarzy, ale bez rozmaitych kostiumów. Nie czułem się wśród nich swobodnie. Co chwilę o kogoś się obijałem. W końcu wyszedłem z tłumu, mówiąc przyjaciołom, ze idę się napić. Poszedłem do stoisk z jedzeniem i napojami stojącymi tuż przy schodach prowadzących w dół na trzy pasmową drogę. Stąd roztaczał się widok na most Śląsko- Dąbrowski, Wisłę i potężny rozświetlony w barwach ojczystych Stadion Narodowy. Kupiłem herbatę i usiadłem na pobliskim murku. Patrzyłem na tych wszystkich ludzi i uświadomiłem sobie, że prawie wcale nie było wśród nich duchów. Tak jakby wszyscy poszli do domu. Było to miłe, a zarazem niepokojące uczucie. Dmuchałem w kubek wywołując parę, grzejącą mój przemarznięty nos. Tuż obok mnie stał jeden ze straganów z figurkami, maskami oraz innymi pierdołami związanymi z Halooween. Do stoiska ciągnęła się kolejka dzieciaków z rodzicami, pragnących kupić jeden z tych niepowtarzalnych przedmiotów. Do wyboru były dynie w okularach i bez okularów, szkielety na szyję, świecące rogi diabła, wiedźma na miotle do powieszenia, na przykład nad łóżeczkiem dziecka, kapelusze czarnoksiężników i różdżki z filmu o Harrym Potterze. Ku mojemu zdziwieniu na końcu kolejki stała Marta z Aleksem. Najwyraźniej musieli wyjść niedługo po mnie. Kiedy jedno z nich popatrzyło w moim kierunku, pomachałem im. Wstałem i podszedłem do nich, wręczając Marcie kubek z herbatą.
- I co? Jest aż tak źle? – spytała biorąc łyk rozgrzewającego napoju.
- Nie. Wszystko jest fajne – oznajmiłem spoglądając na scenę. – Ta atmosfera i muzyka… - próbowałem coś powiedzieć. Nie wiedziałem jednak co, bo tak naprawdę nic mnie nie zachwycało w szczególny sposób. W głębi duszy bałem się nadchodzącego wywoływania duchów. Przez cały wieczór podświadomie o tym myślałem. Zastanawiałem się, co wymyśleć, aby mieć dobrą wymówkę na powrót do domu. Opieka nad bratem odpadała, bo mama miała wolne. Problemy z Kamilą również nie były dobrym pomysłem, ponieważ natychmiast troskliwa Marta pojechałaby ze mną, aby ratować moją zarzyganą od upicia siostrę. Chyba zwykłe przemęczenie mogło być dobrym rozwiązaniem, ale wtedy na to nie wpadłem. Godzinę później, kiedy dobijała dziesiąta, powiedziałem przyjaciołom, że mama zasłabła i muszę wracać. Wtedy Marta popatrzyła się na mnie ze zdziwieniem i powiedziała.
- Parę chwil temu dostałam sms-a od mamy, że jest w u twojej mamy i rozmawiają na różne tematy oraz żebyśmy się dobrze bawili. Więc nie wciskaj kitu, tylko powiedz, jeśli nie chcesz tutaj być – zezłoszczona zaczęła machać woreczkiem z akcesoriami na prawo i lewo.
- Uspokój się – powiedział Aleks zatrzymując rękę Marty. – Wojtek mówił, że nie chce na to iść. To ty na niego napierałaś. – dodał, stanowczym tonem patrząc się w jej oczy, które cały czas uciekały w moim kierunku. Pełne złości i zawodu.
- Chciałam tylko miło spędzić z wami ten wieczór – oznajmiła smutnym i stonowanym głosem, zabierając spojrzenie ze mnie i kierując się w stroną szerokiej alei domów. Żwawym i pewnym krokiem odeszła, pozostawiając za sobą odgłos obcasów uderzających w kamienny chodnik.
- Przepraszam! – krzyknąłem za nią.
- Ja z nią pogadam – powiedział Aleks, kładąc rękę na moim ramieniu i odbiegając w stronę wściekłej „wiedźmy”. Pokiwałem jedynie głowa, na znak zgody. Było mi przykro z tego powodu. Nie chciałem popsuć wieczoru mojej najlepszej przyjaciółce. Po chwili usłyszałem głos dochodzący ze sceny.
- Panie i panowie! Prosimy o uwagę! Nadszedł czas na gwóźdź programu! Wywoływanie duchów! – zapowiedział donośnym głosem prowadzący. „Świetnie!”, pomyślałem. „Teraz zamiast tego uniknąć, przeżyję to sam. Bez Marty, bez Aleksa”. Stałem w miejscu. Wszystko dobrze widziałem na ogromnym ekranie wiszącym nad sceną. Nie chciałem nawet podejść. Brzydziłem się tym. Ja w porównaniu do tych wszystkich naiwnych ludzi, widziałem te rozłoszczone dusze.
Po kilku zawołaniach prowadzącego typu „To jak?! Boicie się?! Nie słyszę!” i głośnym wiwacie widzów na scenę weszło kilku mężczyzn, ubranych w czarne peleryny i białe maski. Stanęli w kole i zaczęli mówić jakieś swoje zaklęcia, trzymając duże świece w rękach. Kiedy skończyli, nastała cisza. Usłyszałem głos płaczącego dziecka, a potem zaczęła grać ponura muzyka. Wybrzmiały efekty dźwiękowe w postaci odgłosów duchów oraz szumu wiatru. Reflektory rzuciły światło na niebo, tworząc kształt białej zjawy, poruszającej się w te i z powrotem. To było żałosne. Zaciągnąłem suwak od kurtki, poprawiłem czapkę i ruszyłem w stronę domu. Nagle, przed samym wejściem w ulicę wszystko ucichło. Muzyka, efekty dźwiękowe oraz wiwatujący tłum. Chwilę później zgasły światła. Ludzie zdezorientowani, zaczęli spoglądać na siebie, a potem w kierunku sceny. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Nikt, prócz mnie. „O nie”, pomyślałem. Ujrzałem ponownie zjawę na niebie, ale tym razem to nie były reflektory. Ludzie, z początku zachwyceni, zaczęli bić brawo i jeszcze głośniej wiwatować. Wszystkim wydawało się, że to było zaplanowane. Ekran ponownie się rozświetlił, aby na moment pokazać przerażoną twarz prowadzącego. On wiedział, że to nie było normalne. Wycofał się za kulisy i ekran ponownie zgasł, a chwilę później ukazała się na nim ogromna twarz kobiety. Blada niczym śnieg, o zielonych oczach i sinych ustach. Z jej twarzy można było wyczytać gniew. Najwyraźniej wszyscy widzieli obraz na ekranie, bo zwrócili ku niemu spojrzenia. Znowu przerażone, nic nie wiedzące, tępe miny. Tajemnicza twarz kobiety przeszywała wzrokiem każdego po kolei. Nie wiedziałem, co robić. Nie mogłem tym ludziom powiedzieć, że to prawdziwy duch i żeby uciekali. Musiałem cos zrobić. Nagle usłyszałem głośne skrzypienie bramy zamku królewskiego. Kiedy mosiężna brama ogromnego pomarańczowego budynku z zegarem na wieży naprzeciw sceny się otworzyła, ujrzałem stado duchów. To musiały być duchy. Wszyscy byli ubrani inaczej niż pozostali. Poza tym, każdy miał wściekły wyraz twarzy. Ponownie usłyszałem płacz dzieci. Ludzie zaczęli uciekać w kierunku Krakowskiego Przedmieścia wraz z wózkami i maluchami pod pachą W tym samym kierunku, co wcześniej Marta. Część jednak stała w bezruchu, czekając na jakiś niezwykły finał. Okna starych budynków w pobliżu zamku zaczęły się otwierać i zamykać, tworząc przy tym przerażający trzeszczący hałas. Nagle, wszystko ucichło. Okna się zamknęły, brama również, a twarz z ogromnego telebimu zniknęła. Zacząłem wypatrywać kolejnych oznak duchów, ale już nic nie było. Ani jednej duszy. Wszystko w jednej chwili ucichło. Po minucie światła ponownie się zapaliły, a prowadzący cały przerażony wyszedł na scenę i powiedział
- Tak proszę… proszę państwa. To był…. To był nasz pokaz! – oznajmił sztucznie się uśmiechając, choć w jego oczach było widać strach dziecka, a kąciki jego ust drżały jakby w tiku nerwowym. – Dziękujemy za przybycie i zapraszamy za rok! – zakończył i zszedł szybko ze sceny, a tuż po tym zgasło oświetlenie sceniczne. Ludzie w zdumieniu zaczęli się rozchodzić. Niektórzy zadawali sobie nawzajem pytania i wszyscy chcieli wiedzieć jedno. Czy to było zaplanowane? Ja nie chcąc stać dłużej w miejscu, ruszyłem w stronę domu, pustą ulicą Świętojańską. Im dalej byłem od placu tym bardziej słyszałem swoje kroki i bicie serce, które odbijały się o stare domy mieszkalne z ciemnymi okiennicami. Mrok rozświetlały lampy u drzwi wejściowych domów oraz niektóre szyldy restauracji. Mijając potężny śnieżno biały kościół św. Jana Chrzciciela, odwróciłem się, aby zobaczyć czy ktoś za mną idzie. A raczej, czy to duch, czy człowiek. Na szczęście była to tylko para zalanych studentów krzycząca w niebogłosy nie wiadomo co. Przyspieszyłem kroku. Mimo wszystko, bałem się ciemności, a szczególnie po tym, co zobaczyłem. Wychodząc na Stary Rynek, potknąłem się o wystający kamień. Podniosłem się szybko i rozejrzałem dookoła, czy przypadkiem nikt tego nie widział. Również tam, w oknach starych odmalowanych budynków nie było widać krzty życia. Za to wydawało mi się że po drugiej stronie placu, w równoległą uliczkę do mojej weszła jakaś dziewczyna, ale nie planowałem tego sprawdzać. Ruszyłem dalej przed siebie. Mijając kolejną przecznicę, zobaczyłem ponownie w oddali nieznajomą postać. „Kim ona jest?”, pomyślałem. Nie cierpiałem takich sytuacji. Czułem, że wpadam w obłęd. Przeszedłem przez ogromny barbakan wchodząc na Nowe Miasto jeszcze szybszym tempem. Ulica Freta była tuż przede mną. Nagle stanąłem w bezruchu. W jednym z wejść do kamienic stała dziewczyna. Niewielkie światło z latarni nad nieznajomą rozświetlało jej długie blond włosy, powiewające spod ciemnego kaptura. Postanowiłem udawać, że jej nie widzę i pójść dalej. Kiedy minąłem postać, kawiarnię oraz sklep z ubraniami, byłem przeszczęśliwy widząc tabliczkę z napisem „ul. Freta 30/32”. To był mój adres. Nerwowo zacząłem szukać kluczy, kiedy to niespodziewanie usłyszałem:
- Przepraszam bardzo. – na wypowiedziane słowa zamarłem, wstrzymując oddech i wypuszczając klucze z rąk na podest. Czułem oblewającą mnie falę potu. – Czy mógłby mi pan pomóc? – podnosząc sztywno klucze z ziemi, obróciłem się powoli i ujrzałem stojącą przede mną, niewielkiego wzrostu dziewczynę o bladej cerze i jasnych blond włosach. Nieznajoma była ubrana w brązowy płaszcz, czarne buty na płaskiej podeszwie, skórzane rękawiczki oraz dziwną, brązową czapkę, występującą zazwyczaj w filmach wojennych.
- Tak? – powiedziałem, nie pewnie przypatrując się jej oczom.
Były one szklano- niebieskie. Wyglądały jak oczy lalki. Takie niewinne i urocze. Dziewczyna miała zgrabny nos, sine, niewielkie, ale za to równie niezwykłe jak oczy, usta i zaróżowione z zimna policzki. Na pierwszy rzut oka, nieznajoma wydawała się intrygująca. Była piękna, ale miała w sobie coś, co wzbudzało we mnie lęk.
- Słyszałam, że możesz mi pomóc. – kontynuowała, lekko się uśmiechając.
- Pomóc? – spytałem zdziwiony. – Ale jak?
- Nazywam się Weronika – podała mi rękę zdejmując rękawiczkę.
- Wojtek. Miło mi – odpowiedziałem niepewnie chwytając za jej delikatną, zimną dłoń.
- No, więc? – spytała Weronika, tak jakbym to ja miał do niej sprawę. Czułem się, co najmniej zmieszany.
- No, więc co? – zapytałem, wzruszając ramionami.
- Czyli ty nic nie wiesz – stwierdziła dziewczyna chowając uśmiech i zastępując go pełną powagą. Po chwili zastanowienia dodała – Muszę wiedzieć, czy mogę Tobie zaufać
- Chwila. – wtrąciłem zamykając na moment oczy. – O co ci chodzi? Czego ty ode mnie chcesz? – Nieznajoma pokręciła głową i odpowiedziała.
– Teraz ci nie mogę wszystkiego powiedzieć. Powiedz tylko, czy mogę ci zaufać?
- Ale w jakiej sprawie?! Jesteś seryjnym mordercą, czy jak?! – zaśmiałem się nerwowo. Dziewczyna szybko zasłoniła mi usta lodowatą dłonią:
- Nie tak głośno, bo ludzie usłyszą – pouczyła mnie mówiąc pół tonu ciszej, ale za to bardziej stanowczo.
- To wyjaśnij mi o co Ci chodzi? – odparłem równie cichym szeptem.
- Teraz nie mogę. Dobrze. Jutro spotkamy się na Krzywym Kole o dziewiątej. Tylko się nie spóźnij. – oznajmiła i pobiegła w głąb ulicy, znikając za ciemną mgłą. Ja jedynie wiodłem za nią wzrokiem. Dziwnie się czułem. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, ani co się wydarzyło chwilę temu. Otworzyłem drzwi na klatkę schodową i poszedłem na górę. Nie mówiąc ani jednego słowa, zamknąłem się w swoim pokoju i rzuciłem na miękkie łóżko. W głowie miałem mnóstwo myśli i jeszcze więcej pytań. „Kim ona była?”, „Czego ode mnie chciała?”, „Czy to był… duch?”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz