Spis treści

piątek, 18 września 2015

Środa, 10 listopada



            - Wstajesz?!
            - Jeszcze chwila! – odkrzyknąłem i wyciągnąłem rękę za głowę, by wyczuć leżący na biurku zegarek. Znalazłem go i spojrzałem na godzinę. Na złotej tarczy lśniły dwie wskazówki. Krótsza wskazywała na siódmą, a dłuższa mijała właśnie dwunastą. Odłożyłem pamiątkę po dziadku i przekręciłem się na lewy bok zakrywając się kołdrą po szyje. Nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić z łóżka. Za zamkniętymi powiekami przewijały się obrazy Marty, Weroniki, Starbuck’sa i kobiety z parku. Musiałem coś z tym zrobić. Miałem wrażenie, że duch staruszki, pomimo przebywania w zaświatach, wciąż nawiedza moje myśli. Może zostałem opętany, pomyślałem, albo to tylko sumienie. Schowałem twarz w poduszkę. Chwile później poczułem naglą falę zimna przeszywającą mój kark. Z krzykiem zerwałem się do pionu. Ujrzałem stojącą nad łóżkiem siostrę ze skrzyżowanymi rękami na piersi. W jednej z nich trzymała opróżnioną szklankę. Zdążyła już się umalować, ubrać  i wyszykować. Moje nozdrza przeszyła dusząca fala oparów jakimi się oblewała.
- Kompletnie oszalałaś?! – zapytałem zrzucając krople wody z włosów.
- Czas do szkoły młody – położyła szklankę na biurku i bez słowa wyszła, zamykając za sobą drzwi. Wywlokłem swoje nierozbudzone ciało spod mokrej kołdry i podszedłem do lustra służącego jednocześnie jako drzwi szafy z ubraniami. Ujrzałem przed sobą wrak człowieka ubrany w czarny t-shirt i białe bokserki. Jego spojrzenie było wciąż nieobecne. Parę zielonych oczu bez jakiegokolwiek wyrazu, podkreślały dwa łuki odchodzące w dół od wewnętrznych kącików oczu. Czarne, krótko strzyżone włosy przypominały gniazdo ptaka. Po dłuższej chwili wpatrywania się w swoje godne pożałowania odbicie, stwierdziłem po raz pierwszy w liceum, że nie mam najmniejszej ochoty iść do szkoły. Chwilę później, gdy już znalazłem się w łazience, najwyraźniej mój mózg zdołał się zalogować do systemu myślenia, bo uświadomiłem sobie, że przesiedzenie w domu dnia, nawet pod pretekstem choroby nie przejdzie przez czujny radar mamy. Ona wiedziała kiedy kłamię. Nie wiem jak. Pewnie stosowała swój instynkt rodzicielski. Sam fakt, że zorientowałaby się, że wcale nie zachorowałem, nie był tak straszny, jak jej późniejsze podejrzenia dotyczące szkoły. Zaczęłaby się martwić, czy z nauką wszystko w porządku, czy nikt mnie nie prześladuje, nie biorę narkotyków lub nie należę do osiedlowego gangu. Mogłoby się nawet skończyć telefonem do wychowawcy i wizytą u pedagoga. To nie była przesada. Trzy lata wcześniej, kiedy poznałem Martę i Aleksa byłem przeszczęśliwy. W poprzedniej szkole nie potrafiłem znaleźć sobie bratniej duszy, a oni zaakceptowali mnie takiego jakim jestem. Szczególnie Marta. Po pierwszym tygodniu września byłem przemęczony wszelkimi wrażeniami. Po powrocie do domu nie chciało mi się z nikim rozmawiać. Nawet z Wiktorem. Siedziałem cicho w swoim pokoju słuchając muzyki. W którymś momencie mama nie wytrzymała tego niepokojącego milczenia, więc zaczęła mnie wypytywać jak sobie radzę w nowej szkole. Odpowiedziałem jej że dobrze i korzystając z okazji poprosiłem o doładowanie karty SIM. Chciałem móc pisać z Martą po lekcjach. Mama wtedy zapytała dlaczego, a ja odpowiedziałem, że brakuje mi kasy na smsy do znajomych. Nie chciałem mówić do których, bo wydawało mi się fajniejsze, mówienie o nich w sposób nieokreślony. Mama zobaczyła moje nieprzytomne oczy, dodała do tego nietypową nieobecność i nowych nieznanych przez nią przyjaciół i wywnioskowała, że najprawdopodobniej jestem pod wpływem środków odurzających. Z początku myślałem, że żartuje, ale tak nie było. Chciała kupić test sprawdzający rzekome zażycie. Powstrzymała ją przed tym babcia, stwierdzając że jest kompletną histeryczką. Pamiętam z tamtego dnia jeszcze, że Kamila miała wtedy ze mnie niezły ubaw. Tak czy inaczej musiałem wyjść z domu. Po niedługim namyśle postanowiłem, że to właśnie dziś, upiję całe piwo jakie sobie naważyłem. Teraz albo nigdy!
Z początku nie wiedziałem od czego zacząć. Nie znałem adresu tej całej Milczek. Ze złudną nadzieją, wpisałem jej nazwisko w Google. Znalazłem dziennikarkę o tym nazwisku, sprzedawczynię fajek wodnych oraz trzy profile Facebook. Pierwszy należał do czternastolatki, której zdjęcie profilowe przedstawiało, najpewniej, ją samą palącą skręta w menelskiej czapce z jakimś znanym logo i pomalowanymi ustami a’la Merlin Monroe. Całość podkreślały gigantyczne okulary w czarnej oprawie dodające dziewczynie pospolitego wyglądu. Drugi zaś, należał do dwudziesto jedno letniej studentki, mieszkającej w Tokio ze swoim skośnookim chłopakiem. Na trzecim profilu, dominowały w tle wizerunki Hello Kitty, a samo zdjęcie profilowe przedstawiało początkującą dziesięcioletnią baletnicę w różowej sukieneczce i w białych pończoszkach. Wyglądała niemal jak lalka Barbie, ale z pewnością, jak i dwa pozostałe, nie miała nic wspólnego z wyniszczoną alkoholiczką, sadystką.
Drugim moim pomysłem, było pójście do parku Łazienkowskiego. Najwyraźniej, to tam kobieta spędzała najwięcej czasu, skoro i po śmierci siedziała na tamtejszej ławce, karmiąc gołębie. Była więc możliwość, że inni stali bywalcy znali kobietę a nawet jej sytuację rodzinną.
W parku, w godzinach porannych było niewielu ludzi. Głównie obsługa sprzątająca alejki lub sportowcy wykonujący poranny jogging. Park, od ostatniej mojej wizyty dużo się nie zmienił. Ostatnie liście spadły i gniły pod niewielką warstwą błota. Wszędzie panowała wszechogarniająca szarość, smutek i samotność. Jeszcze trzy tygodnie wcześniej, kiedy wraz z Martą i Aleksem wracałem przez ten park ze szkoły, każda alejka emanowała złotymi kolorami. Słońce przebijało się przez bujne korony drzew, rzucając na spacerujących ostatnie promienie jesiennego słońca. Z lotu ptaka ten, dość duży, zadrzewiony teren musiał wyglądać niesamowicie. Teraz było szaro i mgliście, a hulający wiatr uderzał w twarze przechodniów. Wchodząc do parku ogarnęła mnie myśl, że raźniej by mi było z Martą u boku, ale szybko ją odrzuciłem. Musiałem sobie sam poradzić. W końcu byłem Celnikiem… cokolwiek to znaczyło. Chodziło o to, że chyba chciałem sobie coś udowodnić… Że jestem pewny siebie, zdecydowany i potrafię sam podjąć pewne działanie.
            Naprzeciw ławki ducha kobiety siedział starszy mężczyzna czytający książkę. Był ubrany w szary płaszcz, czarne spodnie i eleganckie skórzane buty. Miał on na głowie kapelusz zakrywający siwiznę i okulary zsunięte na czubek nosa. Lewą rękę miał położoną na oparciu ławki a drugą trzymał książkę, opierając ją o prawą nogę założoną na lewą.  Wyglądał na takiego, co lubi czytać w parku- jeżeli to robił przy takiej pogodzie. Podszedłem do niego, usiadłem obok, zrzuciłem plecak z książkami, co odwróciło jego uwagę od lektury i zapytałem:
- Dzień dobry! Przepraszam pana bardzo, ale czy nie widział pan kiedyś takiej starszej kobiety siedzącej na tamtej ławce? – wskazałem głową przed siebie. Mężczyzna ściągnął okulary, wzrokiem powędrował we wskazanym kierunku i pokręcił głową.
- Przykro mi – dodał i założył ponownie szkła wracając do czytania.
- Czasem ta kobieta prosiła o pieniądze… - dodałem, lecz moje słowa nie zrobiły na nim wrażenia. Wziąłem torbę i ruszyłem dalej. Skręciłem w inną alejkę. Kilkadziesiąt kroków dalej zaczepiłem kolejnego mężczyznę, tym razem mówiącego do samego siebie. Również nic nie widział. Zapytałem kolejno pięć napotkanych osób i żadna nie udzieliła mi wystarczającej odpowiedzi. Po dwudziestominutowym spacerze, przemarznięty, ruszyłem ku wyjściu. Jeszcze raz spojrzałem na czytającego mężczyznę. Skończył swoją lekturę. Spojrzał się na mnie, ale ja nie miałem ochoty na dłuższy kontakt wzrokowy. Byłem na siebie zły, za to, że w tak nie skuteczny sposób marnowałem swój czas, zamiast siedzieć w o wiele cieplejszej szkole. Po kilku kolejnych krokach usłyszałem jak mężczyzna mnie woła. Zatrzymałem się, choć nie byłem pewien czy jego słowa są kierowane do mnie.
-  Proszę pana!- ponownie zawołał.
Odwróciłem się i podszedłem do niego.
- Tutaj nikt nie żebrze. Jeżeli chce pan znaleźć kogoś takiego, proszę iść na Szucha- jego ton głosu był życzliwy, jednak to co powiedział wydało mi się z początku żartem.- Pan z Pomocy Społecznej? – spytał, jakby dla potwierdzenia swoich przepuszczeń.
- Tak – odpowiedziałem bez większego entuzjazmu. Podziękowałem i odszedłem.
Nie wierzyłem specjalnie by chodziło o tą sama kobietę, ale i tak nie miałem zbyt wiele do stracenia. Ulica Szucha była prawie po drodze do mojego domu. Musiałem jedynie przejść na sam początek parku do placu Na Rozdrożu, przejść dwa razy przez jezdnię i już. Wkroczyłem w ulicę Szucha. Nie charakteryzowała się niczym specjalnym. Po lewo znajdowało się kilka kamienic mieszkalnych, a po prawej budynki państwowe. Jedynym charakterystycznym obiektem na tej ulicy był gmach Ministerstwa Edukacji Narodowej. Niegdyś siedziba hitlerowców, gdzie przesłuchiwano i przetrzymywano polskich więźniów. Miejsce otoczone ponurą aurą. Zaraz przy wejściu do ministerstwa po lewej stronie stworzono muzeum upamiętniające ofiary tamtych czasów. Podobno wnętrze było niezwykle klimatyczne. Można było zobaczyć cele, w których więźniowie przebywali. Nigdy tam nie byłem. Za bardzo się bałem tego, co mógłbym zobaczyć, a czego inni nie widzieli… W Warszawie było mnóstwo miejsc przesiąkniętych cierpieniem i krwią pomordowanych w czasie ll wojny światowej. Miejsc, które nigdy nie zostały poświęcone, oczyszczone przez jakiegokolwiek kapłana. Przez to wiele dusz wciąż było niespokojnych.
Przeszedłem tą ulicą cztery razy, lecz nic mi nie wskazywało na obecność żebrzącej kobiety. Żadnej obskurnej kamienicy, pijaka, czy zwyczajnego bezdomnego. Ludzie, których mijałem byli ubrani elegancko, w garnitury, płaszcze, kożuchy. W końcu znajdowałem się niemalże w centrum miasta. W okolicy ministerstw, siedziby premiera, belwederu... Nie było tu miejsca dla żebraków. Skoro Milczek codziennie tu przebywała, to musiała gdzieś w pobliżu mieszkać. Zapytałem kilka osób o nią, ale wszyscy byli zabiegani, albo z góry zakładali, że chcę wyciągnąć od nich hajs, więc udawali, ze mnie nie widzą. Tym bardziej nie rozumiałem, dlaczego ktoś chciałby tutaj prosić o pieniądze. 
Przeszedłem wzdłuż jednego z bloków na ulicy prostopadłej do Szucha, bo zainteresował mnie kontener ze śmieciami wystawiony tuż przy jezdni. Gdy się zbliżyłem ujrzałem postać w fioletowej kurtce i pstrokatej czapce na głowie, zanurzoną po łokcie w śmieciach. Przez chwilę się zawahałem, ale w końcu kto mógł wiedzieć więcej o nędzarzach, niż sam nędzarz. Podszedłem niepewnie. Nieznana postać najwyraźniej usłyszała moje kroki, bo wyłoniła się gwałtownie z kontenera obrzucając mnie podejrzliwym spojrzeniem. W pierwszym momencie nie mogłem rozpoznać czy to mężczyzna czy kobieta. Twarz miała wyniszczoną, zapadniętą i pociemniałą od brudu. Z dolnej szczęki wystawał jej jeden ząb. Patrzyła się na mnie wrogimi brązowawym oczami. W ostateczności, po wystających włosach spod jaskrawo ciemno różowej czapki, stwierdziłem że to kobieta.
- Dzień dobry! Mam pytanie. Czy zna pani kobietę która, dłuższy czas przychodziła gdzieś w tej okolicy żebrać na alkohol dla córki?
- A co cię to gówniarzu obchodzi? – warknęła charkliwym, sepleniącym głosem.
- Szukam jej córki. Obiecałem tej kobiecie, ze jej pomogę, gdy ona sama nie będzie mogła jej pomóc – bezdomna popatrzyła chwilę na mnie, po czym chrząknęła coś pod nosem o zawracaniu dupy i ruszyła przed siebie. Zirytował mnie jej lekceważący stosunek, ale mimo to, musiałem spróbować ten ostatni raz.
- Zapłacę! – krzyknąłem, co gwałtownie zatrzymało kobietę. Spojrzała się na mnie.
- Ile?! - Zajrzałem do portfela i zobaczyłem trzy banknoty z nominałami dziesiątki, dwudziestki i pięćdziesiątki.
- Dwadzieścia- rzekłem, wyjmując papierek. Kobieta najwyraźniej dostrzegła ile miałem w rzeczywistości, bo odparła:
- Osiemdziesiąt – bez zastanowienia wyjąłem pięćdziesiąt i wyciągnąłem dłoń przed siebie.
– Więcej nie dam – oświadczyłem stanowczo. Kobieta wyszarpnęła banknot i schowała do kieszeni kurtki. Po chwili wahania zaczęła mówić wciąż ochrypłym i nieprzyjemnym dla ucha głosem.
- Była taka jedna, co to w domu siedzieć nie mogła, bo ją córka na ulicę wywalała i mówiła, że jak nie zdobędzie kasy to ją zabije jak psa. Więc ta stała i nawet na kolanach żebrała, jak nikt nic nie chciał dać. Szkoda baby, ale co  poradzić, jak ofermą była i dla córeczki na środku chodnika ostatnie tchnienie dała
- Gdzie mieszkała? – zapytałem. Kobieta najwyraźniej poczuła się zbyt pewnie, bo przejechała dłonią po zaciśniętych ustach i wzruszyła ramionami uśmiechając się szyderczo. Wyciągnąłem dychę z portfela i wcisnąłem jej w łapę. Skinęła głową w stronę budynku, przy którym staliśmy.
- Tutaj?- spojrzałem się na pięciopiętrowe blok.
- Nie pomyślałbyś, co? – zaśmiała się bezdomna chwytając niebieską torbę, zapewne przepełnioną gratami na skup.
Podszedłem do jednego z wejść do budynku. Poszukałem nazwiska Milczek na domofonie i znalazłem. Rzeczywiście tam było! Z walącym szalenie sercem wcisnąłem odpowiedni guzik i przytrzymałem. Miałem wrażenie, że krew przestała dopływać do moich kończyn.
- Halo?! – usłyszałem kobiecy nie koniecznie sympatyczny głos. Może była on na kacu?
- Dzień dobry! Ja w sprawie pani matki – powiedziałem bez wahania.
- Matki? Nie żyje prawie od roku – usłyszałem zdziwienie po drugiej stronie i głębokie westchnięcie. – Proszę wejść – dodała po czym drzwi zapiszczały. Z lekkim zaskoczeniem otworzyłem je i wszedłem do środka. Łatwo poszło, pomyślałem i zacząłem wspinać się po schodach. Była winda, ale nie wiedziałem które to piętro. Miałem jedynie nadzieję, że nie ostatnie.
            Klatka schodowa również była zadbana a nawet świeżo odmalowana. Dochodząc na trzecie piętro ujrzałem kobietę. Była ona nieco inna, niż się spodziewałem. Była szatynką. Włosy miała związane gumką w krótki kucyk. Twarz była zniszczona, lecz wydawało mi się, że nie tyle od alkoholu co od stresu. Miała zmarszczone ciemno niebieskie oczy, usta wykrzywione w dół i szramę na prawym poliku. Była dosyć drobnej postury. Miała na sobie szarą bluzkę pod wełnianym swetrem, którym okrywała cieńsze warstwy, zapewne dla większego ciepła. Miała również długą zieloną spódnicę, która odkrywała jedynie stopy kobiety w szarych skarpetkach. Wyglądała na zaniepokojoną. Nic dziwnego. Też pewnie tak bym się czuł na jej miejscu.
- Kim jesteś? – spytała oschle.
- Dzień dobry. Nazywam się Wojtek Sosnowski. Mam dla pani wiadomość od pani matki – kobieta na te słowa zmarszczyła brwi.
- Żarty se robisz? Czego chcesz? – poczułem bijącą od niej antypatię. Z początku nie wiedziałem co powiedzieć.
- Chciałaby się upewnić, czy wszystko z panią dobrze? – nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Kobieta parsknęła.
- Kiepskie poczucie humoru – oznajmiła i na jej twarzy przemknął delikatny uśmiech. – Jesteś z opieki? Nie wiedziałam, ze zatrudniają takich młodych? Wchodź- skinęła głową w zapraszającym geście i weszła do środka. Niepewnie ruszyłem za nią.
            Na samym wejściu zaczął mnie dusić obezwładniający smród papierosów. Przedpokój był niewielki. Zaraz po przekroczeniu progu ujrzałem wejścia do trzech pomieszczeń. Jedno było zamknięte. Dwa pozostałe przysłaniały opary dymu. Powietrze było ciężkie, jakby nikt nie otwierał w tym domu okien przez dobry miesiąc.
- Nie musisz zdejmować butów – oświadczyła kobieta wchodząc do pomieszczenia na lewo od wejścia. Nie zamierzałem nawet tego robić. Rozejrzałem się naokoło i popatrzyłem na leżące pod drzwiami dwie pary męskich i jedną parę damskich butów. Wszystkie były czarne, brudne od błota i mocno zniszczone. Wszedłem do pokoju w którym zniknęła gospodyni.
            Ujrzałem niedużą przestrzeń odciętą od światła dziennego przez szczelnie zasłonięte okna i drzwi balkonu. Pomieszczenie było oświetlane jedynie przez stojącą czarną lampę koło siwo zielonej kanapy, która znajdowała się po prawej stronie pokoju naprzeciw ciemno brązowego rzędu półek z książkami między którymi stał średniej wielkości czarny telewizor kineskopowy. Na środku pomieszczenia znajdowała się prostokątna ława, a na niej prezentowało się pięć pustych butelek po piwie, butelka wody i biała okrągła popielniczka pełna zużytych fajek. Anna Milczek siedziała na kanapie patrząc się nieobecnym wzrokiem w wyłączony ekran telewizora. Obok ławy stał jeden drewniany taboret. Usiadłem na nim i patrząc się na puste butelki zapytałem.
- Wciąż pani pije? –  Kobieta ponownie parsknęła i spojrzała się na mnie.
- Co? Przyszedłeś mi wygarnąć, jaką to jestem podłą córką? Że to ja ją zabiłam? – patrzyła się na mnie wzrokiem pełnym pogardy i rozpaczy zmieszanej z nutą szaleństwa. Mimo zaskoczenia jej reakcja, automatycznie odparłem łamiącym się głosem:
- A nie? – Odchrząknąłem. Na moment zapadła cisza. Kobieta ponownie skierowała swoje spojrzenie na telewizor.
- Nie. Właśnie, wcale to nie była moja wina. Potrzebowałam jej pomocy, a ona nie chciała mi jej dać
- Nie chciała dać pani na wódkę?
- Nie chciała mi pomóc! – kobieta wrzasnęła chowając twarz w dłonie. – Gdybym jej nie zagroziła, nic by dla mnie nie zrobiła – dodała wstając i podchodząc do jednej z szafek. Wyjęła pudełko z jakimiś tabletkami, wysypała kilka na rękę i połknęła, popijając wodą z butelki.
- Kazała jej pani żebrać na ulicy, bo inaczej by ją pani zabiła jak psa… Pani się nad nią znęcała! – stwierdziłem czując do niej obrzydzenie. – I wszystko po to, by mieć na kolejną wódkę – nagle spojrzała się na mnie z niekrytą wściekłością.
- Za kogo ty się gnoju uważasz?! Ośmielasz się wchodzić do mojego domu i zarzucać mi takie rzeczy? Nic nie wiesz o mnie i o mojej matce! Nigdy nie byłam alkoholiczką – mówiąc to zbliżała się w moją stronę. Jej słowa rozbrzmiewały  przekonaniem i oburzeniem. Wstałem, stwierdzając że lepiej będzie się ewakuować. Kobieta chwyciła leżącego na starej wykładzinie buta i rzuciła nim we mnie. – Wynoś się! – bez namysłu skierowałem się ku wyjściu. Zbiegając po schodach usłyszałem jak kobieta wykrzykuje:
- Nie potrzebuje waszej pomocy!- a następnie wybuchła płaczem. Schodząc po schodach minąłem wysokiego barczystego mężczyznę o spojrzeniu typowego zbira. Był łysy. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę. Niósł w siatce jakieś szkło. Zapewne alkohol. Wymieniliśmy się nieprzyjaznymi spojrzeniami i zobaczyłem jak mężczyzna słysząc płacz, wbiega po schodach na górę, wpada do mieszkania Milczek i zatrzaskuje za sobą drzwi. Płacz kobiety umilkł na dosłownie cztery sekundy, by móc się przemienić w przeraźliwy stłumiony ryk. Nieznajomy mężczyzna krzyczał coś o zdradzie, puszczaniu się, kolejnym kochanku, a potem było słychać jedynie głośny rozpaczliwy płacz kobiety, dwa huki i cisza. Powoli wszystko ucichło. Trwało to może z minutę, półtorej. Zszedłem szybko na parter, chcąc zadzwonić po policję, ale kiedy to zrobiłem ujrzałem straszą kobietę w kożuchu z małym jamnikiem na smyczy stojąca tuż przed drzwiami do pierwszego z mieszkań.
- Ona nie pije. To ten bydlak – oznajmiła kobieta przekonanym tonem. Najwyraźniej musiała usłyszeć moją wcześniejszą rozmowę z Anną Milczek. – To dla niego zmuszała panią Janinę do stania na ulicy. Ona tego nie chciała. Groził jej, że zabije ją i jej matkę. Bała się nawet uciec. Jej już nikt nie pomoże – stwierdziła po czym otworzyła drzwi do swojego mieszkania i weszła pozostawiając mnie samego w korytarzu. Ruszyłem martwo po ostatnich trzech schodach do wyjścia. Kiedy wyszedłem na ulicę z początku nie wiedziałem co się wokół mnie dzieje. Musiałem ogarnąć myśli. Nie mogłem tego tak zostawić. Odchodząc stamtąd tak po prostu odszedłbym z kolejną dręczącą moje sumienie myślą. Zadzwoniłem po policję i zgłosiłem sprawę. Chaotycznie opisałem zaistniała sytuację i kazałem im jak najszybciej  przyjechać. Zrobili to. Po piętnastu minutach przyjechali i od razu wbiegli do mieszkania pani Milczek. Wpatrywałem się w okno, które teoretycznie należało do kobiety szukając jakichkolwiek oznak życia. Pięć minut później, dwaj funkcjonariusze wyszli z domu prowadząc pijanego mężczyznę. Wsiedli do samochodu i odjechali. Kazali mi potem przyjechać, aby złożyć zeznania. Spojrzałem się jeszcze raz w okno pani Milczek i ujrzałem ją stojącą za firanką ze złożonymi rękoma na piersi. Mimo niedokładnego  obrazu, widziałem w jej twarzy przejęcie, smutek, gniew i… być może ulgę… Chciałem, żeby tak było.
- Nie wszystko jest takie jakie nam się wydaje – usłyszałem kobiecy głos tuż obok mnie. Poczułem dotyk dłoni na prawym ramieniu. – Są rzeczy na które Celnik nie ma wpływu
- Dlatego nie może obiecywać? - dodałem odwracając się do niej. Przytaknęła subtelnie głową, jakby chciała powiedzieć „niestety”.
- Nawaliłem. Nie wykonałem swojego zadania. Co teraz się stanie z tą staruszką?
- Nic. Ona wie, że się starałeś – odpowiedziała Weronika. Pokiwałem głową ponownie wpatrując się w okno pani Milczek, ale jej już tam nie było. Tylko firanka lekko falowała.
            - Wiesz co – stwierdziłem urywając w pół zdania. - to chyba nie dla mnie – westchnąłem ciężko. – Może lepiej poszukaj innego egzorcysty – ruszyłem wolnym krokiem w stronę przystanku nie nawiązując nawet kontaktu wzrokowego z Weroniką.
- Ale ty nie jesteś egzorcystą, tylko Celnikiem!- zawołała za mną.- Tego tytułu się nie dostaje. Z nim się człowiek rodzi. To jak przeznaczenie, lub jak wolisz fatum. Nie możesz tego porzucić! – zatrzymałem się. Jej słowa wywołały u mnie falę wściekłości.
- Chyba mam prawo robić co chcę – odwróciłem się do niej mówiąc wciąż opanowanym tonem, ale zamiast Weroniki ujrzałem speszoną małą dziewczynka na różowej hulajnodze. Popatrzyła się na mnie wystraszonym spojrzeniem skarconego dziecka i w popłochu odjechała w przeciwnym kierunku.
            Jeszcze tego samego dnia poszedłem do Łazienek, by postawić znicz przy ławce pani Janiny Milczek. Było już ciemno. Nikogo nie było w prawie nieoświetlonym parku. Nie wiedziałem co powiedzieć, modląc się za duszę kobiety. W końcu pomyślałem „Niech spoczywa w pokoju”, a chwilę potem głuchym szeptem dodałem  – Przepraszam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz