- Wstajesz?!
- Jeszcze chwila! –
odkrzyknąłem i wyciągnąłem rękę za głowę, by wyczuć leżący na biurku zegarek.
Znalazłem go i spojrzałem na godzinę. Na złotej tarczy lśniły dwie wskazówki. Krótsza
wskazywała na siódmą, a dłuższa mijała właśnie dwunastą. Odłożyłem pamiątkę po
dziadku i przekręciłem się na lewy bok zakrywając się kołdrą po szyje. Nie
miałem najmniejszej ochoty wychodzić z łóżka. Za zamkniętymi powiekami
przewijały się obrazy Marty, Weroniki, Starbuck’sa i kobiety z parku. Musiałem
coś z tym zrobić. Miałem wrażenie, że duch staruszki, pomimo przebywania w zaświatach,
wciąż nawiedza moje myśli. Może zostałem opętany, pomyślałem, albo to tylko
sumienie. Schowałem twarz w poduszkę. Chwile później poczułem naglą falę zimna
przeszywającą mój kark. Z krzykiem zerwałem się do pionu. Ujrzałem stojącą nad
łóżkiem siostrę ze skrzyżowanymi rękami na piersi. W jednej z nich trzymała
opróżnioną szklankę. Zdążyła już się umalować, ubrać i wyszykować. Moje nozdrza przeszyła dusząca
fala oparów jakimi się oblewała.
- Kompletnie oszalałaś?! – zapytałem
zrzucając krople wody z włosów.
- Czas do szkoły młody – położyła szklankę na
biurku i bez słowa wyszła, zamykając za sobą drzwi. Wywlokłem swoje
nierozbudzone ciało spod mokrej kołdry i podszedłem do lustra służącego
jednocześnie jako drzwi szafy z ubraniami. Ujrzałem przed sobą wrak człowieka
ubrany w czarny t-shirt i białe bokserki. Jego spojrzenie było wciąż nieobecne.
Parę zielonych oczu bez jakiegokolwiek wyrazu, podkreślały dwa łuki odchodzące
w dół od wewnętrznych kącików oczu. Czarne, krótko strzyżone włosy przypominały
gniazdo ptaka. Po dłuższej chwili wpatrywania się w swoje godne pożałowania
odbicie, stwierdziłem po raz pierwszy w liceum, że nie mam najmniejszej ochoty
iść do szkoły. Chwilę później, gdy już znalazłem się w łazience, najwyraźniej mój
mózg zdołał się zalogować do systemu myślenia, bo uświadomiłem sobie, że
przesiedzenie w domu dnia, nawet pod pretekstem choroby nie przejdzie przez
czujny radar mamy. Ona wiedziała kiedy kłamię. Nie wiem jak. Pewnie stosowała
swój instynkt rodzicielski. Sam fakt, że zorientowałaby się, że wcale nie
zachorowałem, nie był tak straszny, jak jej późniejsze podejrzenia dotyczące
szkoły. Zaczęłaby się martwić, czy z nauką wszystko w porządku, czy nikt mnie
nie prześladuje, nie biorę narkotyków lub nie należę do osiedlowego gangu.
Mogłoby się nawet skończyć telefonem do wychowawcy i wizytą u pedagoga. To nie
była przesada. Trzy lata wcześniej, kiedy poznałem Martę i Aleksa byłem
przeszczęśliwy. W poprzedniej szkole nie potrafiłem znaleźć sobie bratniej
duszy, a oni zaakceptowali mnie takiego jakim jestem. Szczególnie Marta. Po pierwszym
tygodniu września byłem przemęczony wszelkimi wrażeniami. Po powrocie do domu
nie chciało mi się z nikim rozmawiać. Nawet z Wiktorem. Siedziałem cicho w
swoim pokoju słuchając muzyki. W którymś momencie mama nie wytrzymała tego
niepokojącego milczenia, więc zaczęła mnie wypytywać jak sobie radzę w nowej
szkole. Odpowiedziałem jej że dobrze i korzystając z okazji poprosiłem o
doładowanie karty SIM. Chciałem móc pisać z Martą po lekcjach. Mama wtedy
zapytała dlaczego, a ja odpowiedziałem, że brakuje mi kasy na smsy do znajomych.
Nie chciałem mówić do których, bo wydawało mi się fajniejsze, mówienie o nich w
sposób nieokreślony. Mama zobaczyła moje nieprzytomne oczy, dodała do tego
nietypową nieobecność i nowych nieznanych przez nią przyjaciół i wywnioskowała,
że najprawdopodobniej jestem pod wpływem środków odurzających. Z początku
myślałem, że żartuje, ale tak nie było. Chciała kupić test sprawdzający rzekome
zażycie. Powstrzymała ją przed tym babcia, stwierdzając że jest kompletną
histeryczką. Pamiętam z tamtego dnia jeszcze, że Kamila miała wtedy ze mnie
niezły ubaw. Tak czy inaczej musiałem wyjść z domu. Po niedługim namyśle postanowiłem, że to właśnie dziś, upiję całe piwo jakie sobie naważyłem. Teraz albo nigdy!
Z początku nie wiedziałem od czego zacząć.
Nie znałem adresu tej całej Milczek. Ze złudną nadzieją, wpisałem jej nazwisko
w Google. Znalazłem dziennikarkę o tym nazwisku, sprzedawczynię fajek wodnych
oraz trzy profile Facebook. Pierwszy należał do czternastolatki, której zdjęcie
profilowe przedstawiało, najpewniej, ją samą palącą skręta w menelskiej czapce
z jakimś znanym logo i pomalowanymi ustami a’la Merlin Monroe. Całość
podkreślały gigantyczne okulary w czarnej oprawie dodające dziewczynie
pospolitego wyglądu. Drugi zaś, należał do dwudziesto jedno letniej studentki,
mieszkającej w Tokio ze swoim skośnookim chłopakiem. Na trzecim profilu,
dominowały w tle wizerunki Hello Kitty, a samo zdjęcie profilowe przedstawiało
początkującą dziesięcioletnią baletnicę w różowej sukieneczce i w białych
pończoszkach. Wyglądała niemal jak lalka Barbie, ale z pewnością, jak i dwa
pozostałe, nie miała nic wspólnego z wyniszczoną alkoholiczką, sadystką.
Drugim moim pomysłem, było pójście do parku Łazienkowskiego. Najwyraźniej, to tam kobieta spędzała najwięcej czasu, skoro i
po śmierci siedziała na tamtejszej ławce, karmiąc gołębie. Była więc możliwość,
że inni stali bywalcy znali kobietę a nawet jej sytuację rodzinną.
W parku, w godzinach porannych było niewielu
ludzi. Głównie obsługa sprzątająca alejki lub sportowcy wykonujący poranny
jogging. Park, od ostatniej mojej wizyty dużo się nie zmienił. Ostatnie liście
spadły i gniły pod niewielką warstwą błota. Wszędzie panowała wszechogarniająca
szarość, smutek i samotność. Jeszcze trzy tygodnie wcześniej, kiedy wraz z
Martą i Aleksem wracałem przez ten park ze szkoły, każda alejka emanowała
złotymi kolorami. Słońce przebijało się przez bujne korony drzew, rzucając na
spacerujących ostatnie promienie jesiennego słońca. Z lotu ptaka ten, dość duży,
zadrzewiony teren musiał wyglądać niesamowicie. Teraz było szaro i mgliście, a
hulający wiatr uderzał w twarze przechodniów. Wchodząc do parku ogarnęła mnie
myśl, że raźniej by mi było z Martą u boku, ale szybko ją odrzuciłem. Musiałem
sobie sam poradzić. W końcu byłem Celnikiem… cokolwiek to znaczyło. Chodziło o
to, że chyba chciałem sobie coś udowodnić… Że jestem pewny siebie, zdecydowany
i potrafię sam podjąć pewne działanie.
Naprzeciw ławki ducha
kobiety siedział starszy mężczyzna czytający książkę. Był ubrany w szary
płaszcz, czarne spodnie i eleganckie skórzane buty. Miał on na głowie kapelusz
zakrywający siwiznę i okulary zsunięte na czubek nosa. Lewą rękę miał położoną
na oparciu ławki a drugą trzymał książkę, opierając ją o prawą nogę założoną na
lewą. Wyglądał na takiego, co lubi
czytać w parku- jeżeli to robił przy takiej pogodzie. Podszedłem do niego,
usiadłem obok, zrzuciłem plecak z książkami, co odwróciło jego uwagę od lektury
i zapytałem:
- Dzień dobry! Przepraszam pana bardzo, ale
czy nie widział pan kiedyś takiej starszej kobiety siedzącej na tamtej ławce? –
wskazałem głową przed siebie. Mężczyzna ściągnął okulary, wzrokiem powędrował we
wskazanym kierunku i pokręcił głową.
- Przykro mi – dodał i założył ponownie szkła
wracając do czytania.
- Czasem ta kobieta prosiła o pieniądze… -
dodałem, lecz moje słowa nie zrobiły na nim wrażenia. Wziąłem torbę i ruszyłem
dalej. Skręciłem w inną alejkę. Kilkadziesiąt kroków dalej zaczepiłem kolejnego
mężczyznę, tym razem mówiącego do samego siebie. Również nic nie widział.
Zapytałem kolejno pięć napotkanych osób i żadna nie udzieliła mi wystarczającej
odpowiedzi. Po dwudziestominutowym spacerze, przemarznięty, ruszyłem ku wyjściu.
Jeszcze raz spojrzałem na czytającego mężczyznę. Skończył swoją lekturę.
Spojrzał się na mnie, ale ja nie miałem ochoty na dłuższy kontakt wzrokowy.
Byłem na siebie zły, za to, że w tak nie skuteczny sposób marnowałem swój czas,
zamiast siedzieć w o wiele cieplejszej szkole. Po kilku kolejnych krokach usłyszałem
jak mężczyzna mnie woła. Zatrzymałem się, choć nie byłem pewien czy jego słowa
są kierowane do mnie.
- Proszę pana!- ponownie zawołał.
Odwróciłem się i podszedłem do niego.
- Tutaj nikt nie żebrze. Jeżeli chce pan
znaleźć kogoś takiego, proszę iść na Szucha- jego ton głosu był życzliwy,
jednak to co powiedział wydało mi się z początku żartem.- Pan z Pomocy
Społecznej? – spytał, jakby dla potwierdzenia swoich przepuszczeń.
- Tak – odpowiedziałem bez większego
entuzjazmu. Podziękowałem i odszedłem.
Nie wierzyłem specjalnie by chodziło o tą
sama kobietę, ale i tak nie miałem zbyt wiele do stracenia. Ulica Szucha była
prawie po drodze do mojego domu. Musiałem jedynie przejść na sam początek parku
do placu Na Rozdrożu, przejść dwa razy przez jezdnię i już. Wkroczyłem w ulicę
Szucha. Nie charakteryzowała się niczym specjalnym. Po lewo znajdowało się
kilka kamienic mieszkalnych, a po prawej budynki państwowe. Jedynym charakterystycznym obiektem na tej ulicy był gmach Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Niegdyś siedziba hitlerowców, gdzie przesłuchiwano i przetrzymywano polskich więźniów.
Miejsce otoczone ponurą aurą. Zaraz przy wejściu do ministerstwa po lewej
stronie stworzono muzeum upamiętniające ofiary tamtych czasów. Podobno wnętrze było niezwykle klimatyczne. Można było zobaczyć cele, w których więźniowie przebywali.
Nigdy tam nie byłem. Za bardzo się bałem tego, co mógłbym zobaczyć, a czego
inni nie widzieli… W Warszawie było mnóstwo miejsc przesiąkniętych cierpieniem
i krwią pomordowanych w czasie ll wojny światowej. Miejsc, które nigdy nie
zostały poświęcone, oczyszczone przez jakiegokolwiek kapłana. Przez to wiele
dusz wciąż było niespokojnych.
Przeszedłem tą ulicą cztery razy, lecz nic mi nie wskazywało na obecność żebrzącej kobiety. Żadnej obskurnej
kamienicy, pijaka, czy zwyczajnego bezdomnego. Ludzie, których mijałem byli
ubrani elegancko, w garnitury, płaszcze, kożuchy. W końcu znajdowałem się niemalże w
centrum miasta. W okolicy ministerstw, siedziby premiera, belwederu... Nie było
tu miejsca dla żebraków. Skoro Milczek codziennie tu przebywała, to musiała
gdzieś w pobliżu mieszkać. Zapytałem kilka osób o nią, ale wszyscy byli
zabiegani, albo z góry zakładali, że chcę wyciągnąć od nich hajs, więc udawali,
ze mnie nie widzą. Tym bardziej nie rozumiałem, dlaczego ktoś chciałby tutaj prosić o pieniądze.
Przeszedłem wzdłuż jednego z bloków na ulicy prostopadłej do Szucha, bo zainteresował mnie kontener ze śmieciami wystawiony tuż przy jezdni. Gdy się zbliżyłem ujrzałem postać w fioletowej kurtce i pstrokatej czapce na głowie, zanurzoną po łokcie w śmieciach. Przez chwilę się zawahałem, ale w końcu kto mógł wiedzieć więcej o nędzarzach, niż sam nędzarz. Podszedłem niepewnie. Nieznana postać najwyraźniej usłyszała moje kroki, bo wyłoniła się gwałtownie z kontenera obrzucając mnie podejrzliwym spojrzeniem. W pierwszym momencie nie mogłem rozpoznać czy to mężczyzna czy kobieta. Twarz miała wyniszczoną, zapadniętą i pociemniałą od brudu. Z dolnej szczęki wystawał jej jeden ząb. Patrzyła się na mnie wrogimi brązowawym oczami. W ostateczności, po wystających włosach spod jaskrawo ciemno różowej czapki, stwierdziłem że to kobieta.
Przeszedłem wzdłuż jednego z bloków na ulicy prostopadłej do Szucha, bo zainteresował mnie kontener ze śmieciami wystawiony tuż przy jezdni. Gdy się zbliżyłem ujrzałem postać w fioletowej kurtce i pstrokatej czapce na głowie, zanurzoną po łokcie w śmieciach. Przez chwilę się zawahałem, ale w końcu kto mógł wiedzieć więcej o nędzarzach, niż sam nędzarz. Podszedłem niepewnie. Nieznana postać najwyraźniej usłyszała moje kroki, bo wyłoniła się gwałtownie z kontenera obrzucając mnie podejrzliwym spojrzeniem. W pierwszym momencie nie mogłem rozpoznać czy to mężczyzna czy kobieta. Twarz miała wyniszczoną, zapadniętą i pociemniałą od brudu. Z dolnej szczęki wystawał jej jeden ząb. Patrzyła się na mnie wrogimi brązowawym oczami. W ostateczności, po wystających włosach spod jaskrawo ciemno różowej czapki, stwierdziłem że to kobieta.
- Dzień dobry! Mam pytanie. Czy zna pani
kobietę która, dłuższy czas przychodziła gdzieś w tej okolicy żebrać na alkohol
dla córki?
- A co cię to gówniarzu obchodzi? – warknęła charkliwym,
sepleniącym głosem.
- Szukam jej córki. Obiecałem tej kobiecie,
ze jej pomogę, gdy ona sama nie będzie mogła jej pomóc – bezdomna popatrzyła
chwilę na mnie, po czym chrząknęła coś pod nosem o zawracaniu dupy i ruszyła
przed siebie. Zirytował mnie jej lekceważący stosunek, ale mimo to, musiałem spróbować ten ostatni raz.
- Zapłacę! – krzyknąłem, co gwałtownie
zatrzymało kobietę. Spojrzała się na mnie.
- Ile?! - Zajrzałem do portfela i zobaczyłem
trzy banknoty z nominałami dziesiątki, dwudziestki i pięćdziesiątki.
- Dwadzieścia- rzekłem, wyjmując papierek.
Kobieta najwyraźniej dostrzegła ile miałem w rzeczywistości, bo odparła:
- Osiemdziesiąt – bez zastanowienia wyjąłem
pięćdziesiąt i wyciągnąłem dłoń przed siebie.
– Więcej nie dam – oświadczyłem stanowczo.
Kobieta wyszarpnęła banknot i schowała do kieszeni kurtki. Po chwili wahania zaczęła
mówić wciąż ochrypłym i nieprzyjemnym dla ucha głosem.
- Była taka jedna, co to w domu siedzieć nie
mogła, bo ją córka na ulicę wywalała i mówiła, że jak nie zdobędzie kasy to ją
zabije jak psa. Więc ta stała i nawet na kolanach żebrała, jak nikt nic nie
chciał dać. Szkoda baby, ale co
poradzić, jak ofermą była i dla córeczki na środku chodnika ostatnie
tchnienie dała
- Gdzie mieszkała? – zapytałem. Kobieta
najwyraźniej poczuła się zbyt pewnie, bo przejechała dłonią po zaciśniętych
ustach i wzruszyła ramionami uśmiechając się szyderczo. Wyciągnąłem dychę z
portfela i wcisnąłem jej w łapę. Skinęła głową w stronę budynku, przy którym
staliśmy.
- Tutaj?- spojrzałem się na pięciopiętrowe blok.
- Nie pomyślałbyś, co? – zaśmiała się
bezdomna chwytając niebieską torbę, zapewne przepełnioną gratami na skup.
Podszedłem do jednego z wejść do budynku. Poszukałem
nazwiska Milczek na domofonie i znalazłem. Rzeczywiście tam było! Z walącym
szalenie sercem wcisnąłem odpowiedni guzik i przytrzymałem. Miałem wrażenie, że
krew przestała dopływać do moich kończyn.
- Halo?! – usłyszałem kobiecy nie koniecznie
sympatyczny głos. Może była on na kacu?
- Dzień dobry! Ja w sprawie pani matki –
powiedziałem bez wahania.
- Matki? Nie żyje prawie od roku – usłyszałem
zdziwienie po drugiej stronie i głębokie westchnięcie. – Proszę wejść – dodała
po czym drzwi zapiszczały. Z lekkim zaskoczeniem otworzyłem je i wszedłem do
środka. Łatwo poszło, pomyślałem i zacząłem wspinać się po schodach. Była
winda, ale nie wiedziałem które to piętro. Miałem jedynie nadzieję, że nie
ostatnie.
Klatka schodowa również
była zadbana a nawet świeżo odmalowana. Dochodząc na trzecie piętro ujrzałem
kobietę. Była ona nieco inna, niż się spodziewałem. Była szatynką. Włosy miała
związane gumką w krótki kucyk. Twarz była zniszczona, lecz wydawało mi się, że
nie tyle od alkoholu co od stresu. Miała zmarszczone ciemno niebieskie oczy,
usta wykrzywione w dół i szramę na prawym poliku. Była dosyć drobnej postury.
Miała na sobie szarą bluzkę pod wełnianym swetrem, którym okrywała cieńsze
warstwy, zapewne dla większego ciepła. Miała również długą zieloną spódnicę,
która odkrywała jedynie stopy kobiety w szarych skarpetkach. Wyglądała na
zaniepokojoną. Nic dziwnego. Też pewnie tak bym się czuł na jej miejscu.
- Kim jesteś? – spytała oschle.
- Dzień dobry. Nazywam się Wojtek Sosnowski.
Mam dla pani wiadomość od pani matki – kobieta na te słowa zmarszczyła brwi.
- Żarty se robisz? Czego chcesz? – poczułem
bijącą od niej antypatię. Z początku nie wiedziałem co powiedzieć.
- Chciałaby się upewnić, czy wszystko z panią
dobrze? – nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Kobieta parsknęła.
- Kiepskie poczucie humoru – oznajmiła i na
jej twarzy przemknął delikatny uśmiech. – Jesteś z opieki? Nie wiedziałam, ze
zatrudniają takich młodych? Wchodź- skinęła głową w zapraszającym geście i
weszła do środka. Niepewnie ruszyłem za nią.
Na samym wejściu zaczął
mnie dusić obezwładniający smród papierosów. Przedpokój był niewielki. Zaraz po
przekroczeniu progu ujrzałem wejścia do trzech pomieszczeń. Jedno było
zamknięte. Dwa pozostałe przysłaniały opary dymu. Powietrze było ciężkie, jakby
nikt nie otwierał w tym domu okien przez dobry miesiąc.
- Nie musisz zdejmować butów – oświadczyła
kobieta wchodząc do pomieszczenia na lewo od wejścia. Nie zamierzałem nawet
tego robić. Rozejrzałem się naokoło i popatrzyłem na leżące pod drzwiami dwie
pary męskich i jedną parę damskich butów. Wszystkie były czarne, brudne od
błota i mocno zniszczone. Wszedłem do pokoju w którym zniknęła gospodyni.
Ujrzałem niedużą
przestrzeń odciętą od światła dziennego przez szczelnie zasłonięte okna i drzwi
balkonu. Pomieszczenie było oświetlane jedynie przez stojącą czarną lampę koło
siwo zielonej kanapy, która znajdowała się po prawej stronie pokoju naprzeciw
ciemno brązowego rzędu półek z książkami między którymi stał średniej wielkości
czarny telewizor kineskopowy. Na środku pomieszczenia znajdowała się
prostokątna ława, a na niej prezentowało się pięć pustych butelek po piwie, butelka
wody i biała okrągła popielniczka pełna zużytych fajek. Anna Milczek siedziała
na kanapie patrząc się nieobecnym wzrokiem w wyłączony ekran telewizora. Obok
ławy stał jeden drewniany taboret. Usiadłem na nim i patrząc się na puste butelki
zapytałem.
- Wciąż pani pije? – Kobieta ponownie parsknęła i spojrzała się na mnie.
- Co? Przyszedłeś mi wygarnąć, jaką to jestem
podłą córką? Że to ja ją zabiłam? – patrzyła się na mnie wzrokiem pełnym
pogardy i rozpaczy zmieszanej z nutą szaleństwa. Mimo zaskoczenia jej reakcja,
automatycznie odparłem łamiącym się głosem:
- A nie? – Odchrząknąłem. Na moment zapadła
cisza. Kobieta ponownie skierowała swoje spojrzenie na telewizor.
- Nie. Właśnie, wcale to nie była moja wina.
Potrzebowałam jej pomocy, a ona nie chciała mi jej dać
- Nie chciała dać pani na wódkę?
- Nie chciała mi pomóc! – kobieta wrzasnęła
chowając twarz w dłonie. – Gdybym jej nie zagroziła, nic by dla mnie nie
zrobiła – dodała wstając i podchodząc do jednej z szafek. Wyjęła pudełko z
jakimiś tabletkami, wysypała kilka na rękę i połknęła, popijając wodą z butelki.
- Kazała jej pani żebrać na ulicy, bo inaczej
by ją pani zabiła jak psa… Pani się nad nią znęcała! – stwierdziłem czując do
niej obrzydzenie. – I wszystko po to, by mieć na kolejną wódkę – nagle
spojrzała się na mnie z niekrytą wściekłością.
- Za kogo ty się gnoju uważasz?! Ośmielasz
się wchodzić do mojego domu i zarzucać mi takie rzeczy? Nic nie wiesz o mnie i
o mojej matce! Nigdy nie byłam alkoholiczką – mówiąc to zbliżała się w moją
stronę. Jej słowa rozbrzmiewały
przekonaniem i oburzeniem. Wstałem, stwierdzając że lepiej będzie się
ewakuować. Kobieta chwyciła leżącego na starej wykładzinie buta i rzuciła nim
we mnie. – Wynoś się! – bez namysłu skierowałem się ku wyjściu. Zbiegając po
schodach usłyszałem jak kobieta wykrzykuje:
- Nie potrzebuje waszej pomocy!- a następnie wybuchła
płaczem. Schodząc po schodach minąłem wysokiego barczystego mężczyznę o
spojrzeniu typowego zbira. Był łysy. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę.
Niósł w siatce jakieś szkło. Zapewne alkohol. Wymieniliśmy się nieprzyjaznymi
spojrzeniami i zobaczyłem jak mężczyzna słysząc płacz, wbiega po schodach na górę,
wpada do mieszkania Milczek i zatrzaskuje za sobą drzwi. Płacz kobiety umilkł
na dosłownie cztery sekundy, by móc się przemienić w przeraźliwy stłumiony ryk.
Nieznajomy mężczyzna krzyczał coś o zdradzie, puszczaniu się, kolejnym
kochanku, a potem było słychać jedynie głośny rozpaczliwy płacz kobiety, dwa
huki i cisza. Powoli wszystko ucichło. Trwało to może z minutę, półtorej. Zszedłem
szybko na parter, chcąc zadzwonić po policję, ale kiedy to zrobiłem ujrzałem straszą
kobietę w kożuchu z małym jamnikiem na smyczy stojąca tuż przed drzwiami do pierwszego z mieszkań.
- Ona nie pije. To ten bydlak – oznajmiła
kobieta przekonanym tonem. Najwyraźniej musiała usłyszeć moją wcześniejszą
rozmowę z Anną Milczek. – To dla niego zmuszała panią Janinę do stania na ulicy.
Ona tego nie chciała. Groził jej, że zabije ją i jej matkę. Bała się nawet
uciec. Jej już nikt nie pomoże – stwierdziła po czym otworzyła drzwi do swojego
mieszkania i weszła pozostawiając mnie samego w korytarzu. Ruszyłem martwo po
ostatnich trzech schodach do wyjścia. Kiedy wyszedłem na ulicę z początku nie
wiedziałem co się wokół mnie dzieje. Musiałem ogarnąć myśli. Nie mogłem tego
tak zostawić. Odchodząc stamtąd tak po prostu odszedłbym z kolejną dręczącą
moje sumienie myślą. Zadzwoniłem po policję i zgłosiłem sprawę. Chaotycznie
opisałem zaistniała sytuację i kazałem im jak najszybciej przyjechać. Zrobili to. Po piętnastu minutach
przyjechali i od razu wbiegli do mieszkania pani Milczek. Wpatrywałem się w
okno, które teoretycznie należało do kobiety szukając jakichkolwiek oznak życia.
Pięć minut później, dwaj funkcjonariusze wyszli z domu prowadząc pijanego
mężczyznę. Wsiedli do samochodu i odjechali. Kazali mi potem przyjechać, aby
złożyć zeznania. Spojrzałem się jeszcze raz w okno pani Milczek i ujrzałem ją
stojącą za firanką ze złożonymi rękoma na piersi. Mimo niedokładnego obrazu, widziałem w jej twarzy przejęcie,
smutek, gniew i… być może ulgę… Chciałem, żeby tak było.
- Nie wszystko jest takie jakie nam się
wydaje – usłyszałem kobiecy głos tuż obok mnie. Poczułem dotyk dłoni na prawym
ramieniu. – Są rzeczy na które Celnik nie ma wpływu
- Dlatego nie może obiecywać? - dodałem odwracając
się do niej. Przytaknęła subtelnie głową, jakby chciała powiedzieć „niestety”.
- Nawaliłem. Nie wykonałem swojego zadania.
Co teraz się stanie z tą staruszką?
- Nic. Ona wie, że się starałeś –
odpowiedziała Weronika. Pokiwałem głową ponownie wpatrując się w okno pani Milczek,
ale jej już tam nie było. Tylko firanka lekko falowała.
-
Wiesz co – stwierdziłem urywając w pół zdania. - to chyba nie dla mnie –
westchnąłem ciężko. – Może lepiej poszukaj innego egzorcysty – ruszyłem wolnym
krokiem w stronę przystanku nie nawiązując nawet kontaktu wzrokowego z Weroniką.
- Ale ty nie jesteś egzorcystą, tylko
Celnikiem!- zawołała za mną.- Tego tytułu się nie dostaje. Z nim się człowiek
rodzi. To jak przeznaczenie, lub jak wolisz fatum. Nie możesz tego porzucić! –
zatrzymałem się. Jej słowa wywołały u mnie falę wściekłości.
- Chyba mam prawo robić co chcę – odwróciłem
się do niej mówiąc wciąż opanowanym tonem, ale zamiast Weroniki ujrzałem
speszoną małą dziewczynka na różowej hulajnodze. Popatrzyła się na mnie
wystraszonym spojrzeniem skarconego dziecka i w popłochu odjechała w przeciwnym
kierunku.
Jeszcze tego samego dnia
poszedłem do Łazienek, by postawić znicz przy ławce pani Janiny Milczek. Było
już ciemno. Nikogo nie było w prawie nieoświetlonym parku. Nie wiedziałem co
powiedzieć, modląc się za duszę kobiety. W końcu pomyślałem „Niech spoczywa w
pokoju”, a chwilę potem głuchym szeptem dodałem – Przepraszam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz