Całą noc zajęło mi rozmyślanie o nieznajomej dziewczynie napotkanej przed domem. To, kim była, było intrygujące. A raczej niewiedza na ten temat. Kiedy wreszcie zasnąłem koło trzeciej, przyśniła mi się. Wyglądała tak samo, jak poprzedniego wieczoru. Stała tuż przede mną. Z początku miała opuszczoną głowę, ale chwilę później uniosła ją i zobaczyłem jej niezwykłe oczy. Potem zniknęła i spałem dalej.
Kiedy
się obudziłem, promienie słoneczne przebijające się przez jasno pomarańczowe
zasłonki, oślepiły mnie, zmuszając do przymrużenia oczu. Czułem ciepłą kołdrę i
to, jak zimne palce u stóp rozgrzewały się pod nią. Leniwie odwróciłem się na
drugi bok i zapadłem w dalszy sen. Niestety, garnki i talerze uderzające o
siebie w kuchni nie dawały mi spać. Wstałem i powlokłem swoje ciało niechętnie do źródła dźwięku.
Minąłem pokój Kamili oraz łazienkę. Po drodze poczułem zapach jajecznicy.
W
niewielkiej kuchni stał ciemny dębowy stół, a przy nim cztery dopasowane pod
kolor krzesła. Zaraz obok była lodówka, a naprzeciwko kuchenka, zlew i szafki.
Mama, ubrana w ciemno bordową sukienkę, stała przy parującej od gorąca patelni.
Przy stole siedzieli Kamila i Wiktor, czekając na śniadanie. Wiktor jeździł
swoim czerwonym BMW po stole, a Kamila gapiła się w ekran telefonu, pisząc
zapewne z Klaudiuszem.
-
Proszę, proszę! – rzuciła donośnie siostra, odwracając głowę w moim kierunku. –
Któż to wstał?! Co robiłeś w nocy, że masz takie wory pod oczami? – uśmiechnęła
się złośliwie, odkładając komórkę tak, aby w razie czego mogła pierwsza
zauważyć przychodzącego smsa.
-
Byłem na festynie – rzuciłem obojętnie nie zwracając na nią uwagi. Usiadłem
przy stole i wziąłem sztućce.
-
No i jak było? – spytała mama kładąc talerz jajecznicy dla Wiktora.
-
Dobrze – odpowiedziałem ospale, leniwie przecierając oczy.
-
Ta! – parsknęła Kamila wodząc wzrokiem za stawianym przed nią posiłkiem. –
Widziałam jak o mało co, nie zwiałeś, gdy wywoływali duchy
-
Wywoływanie duchów? – zastygła mama w bezruchu, kierując na mnie niezadowolone
spojrzenie.
-
Tak, ale od razu poszedłem. Nie chciałem na tym być. Nuda i tandeta – odparłem
bez zastanowienia.
-
Nie wciskaj kitów! – zaśmiała się Kamila, ponownie patrząc na mnie tym swoim
wrednowatym wzrokiem. – Oboje widzieliśmy, co się działo! Zgasły światła,
ludzie zwiewali we wszystkich kierunkach, a okna dookoła zaczęły walić jak
opętane!
-
Chryste Panie! – zawołała mama spoglądając w górę. – Co wyście poszaleli?!
Mówiłam wam, jakie mogą być skutki takiego wywoływania duchów! Chcecie, aby coś
was opętało?! - zaczęła krzyczeć wrzucając przy tym brudną patelnię do zlewu z
takim impetem, jakby chciała ją roztrzaskać. Myślałem, że zabiję Kamilę. Zawsze
musiała robić mi na złość. Nie zważając nawet na to, że i ona dostawała po
łapach.
-
Wojtka, to chyba już coś opętało – westchnęła zdrajczyni, zabierając się za
jajecznicę.
-
O czym ty mówisz? – spytała jeszcze bardziej zaniepokojona mama, siadając obok
Wiktora, mnie i naprzeciwko Kamili.
-
Widziałam, jak szłam do Klaudiusza, że Wojtuś gadał z kimś, kogo nie było –
mama utkwiła wzrok w swój talerz, nie ruszając jego zawartości. Wymieniłem z
Kamilą cięte spojrzenia. Chciałem ją wzrokiem zadusić za to, co powiedziała. Po
chwili milczenia, mama niezwykle opanowanym głosem zapytała:
-
Wojtek, znowu to samo? – spojrzałem na nią bezsilnie. Chodziło o sprawy duchów.
Parę lat wcześniej, kiedy usiłowałem ją przekonać do swoich umiejętności,
zapisała mnie na terapię psychiatryczną, a potem jeszcze sprowadziła egzorcystę
do domu. To było dość… nie fajne. Brak zaufania, zamartwianie się moim stanem
zdrowia, próbujący mi wciskać kity lekarze oraz dar, który wciąż dawał o sobie
znać.
-
Mamo – zacząłem powoli i z opamiętaniem. Widziałem jej zmartwione oczy. – Ona
kłamie. Z nikim nie rozmawiałem…. tylko z Martą, przez telefon, kiedy
wchodziłem do domu – wcisnąłem kłamstwo, godne zachowania Kamili.
– Gdybyś zajęła się swoimi sprawami, a nie
podglądaniem mnie wracającego do domu, to by nie było problemu! A tak… Po co ta
cała szopka?! – skierowałem pytanie w stronę Kamili, wstając od stołu i
dziękując pod nosem mamie za posiłek. Mama zdumiona zaistniałą sytuacją,
jedynie powiodła za mną wzrokiem.
Po
śniadaniu, całą rodziną wraz babcią, pojechaliśmy na cmentarz do dziadka. Co
roku odwiedzaliśmy go w listopadzie, w grudniu oraz w kwietniu, kiedy były
najważniejsze święta. Babcia oczywiście jeździła do niego częściej. Z początku,
kiedy zmarł, robiła to, co drugi dzień. Potem mówiła nam, że tylko raz w
miesiącu, ale my i tak wiedzieliśmy swoje. Nie potrafiła się pogodzić z jego
odejściem. Byli jedną z tych par, które przeżyły nie jeden kryzys, a mimo to
wytrwały ze sobą aż do późnej starości.
Na
cmentarzu było mnóstwo ludzi. Jak co roku we Wszystkich Świętych. Nigdzie nie
można było zaparkować. Wszędzie paliły się znicze. Widziałem jak wielu zmarłych
stało lub siedziało przed swoimi żyjącymi krewnymi, milczącymi i smutnymi.
Zastanawiałem się, czy dusze, do których się modlimy, słyszą nasze ciche myśli,
tęsknotę. Ja zawsze przychodząc na grób dziadka, widziałem go i utrzymywałem z
nim kontakt wzrokowy. Był jedyną duszą, z którą nawiązywałem jakąkolwiek więź.
Był również jedyną, której widok w ogóle lubiłem. Wcześniej, kiedy miałem pięć
czy siedem lat, dziadek kładł swoją dłoń na moim ramieniu, kiedy przychodziłem do
niego na grób. Jak trochę podrosłem nabrał do mnie jakby dystansu… Tym razem,
również tak było. Wszyscy staliśmy przed nim. Mieliśmy złożone ręce i
zapatrzone w jego grób spojrzenia. Babcia płakała, mama ją obejmowała, a
siostra głaskała Wiktora po głowie. W oddali słyszałem jakieś dziecko żywo
pytające swoich rodziców, czy to ten grób. Kiedy mieliśmy już odchodzić,
poprosiłem mamę abym mógł jeszcze sam zostać chwilę. Ona tylko przytaknęła i
odeszła wraz z resztą rodziny. Usiadłem na ławeczce przed dziadkiem i
westchnąłem.
-
Czemu tak wcześnie odszedłeś? Nawet nie wiesz jak bardzo ciebie potrzebujemy –
zacząłem roztkliwiać, nie patrząc na jego nijaki wyraz twarzy. - Wczoraj
zdarzyła się rzecz, o której nawet byś nie pomyślał – uśmiechnąłem się
sarkastycznie, miętoląc swoją czapkę w zmarzniętych dloniach.
- A to dlaczego? – usłyszałem.
-
Bo to było niemożliwe… - odpowiedziałem unosząc głowę i kierując wzrok na
niego. W jednej chwili uświadomiłem sobie, że to on do mnie przemówił. – Co? –
spytałem, czując nagłą suchość w gardle.
-
Nie trać czasu na zbędne pytania – odpowiedział obojętnym tonem dziadek.
-
Dlaczego… Czy ty właśnie….. Dlaczego ty mówisz?! – zadałem kolejne pytanie nie
zważając na jego zalecenie.
-
Słuchaj, nie będę marnował czasu na wywody, czemu to właśnie teraz uraczyłem
cię swoim głosem! – odrzekł nagle zirytowany.
-
Co? O co ci chodzi? To ty po dziesięciu latach grobowego milczenia przemawiasz
ni stąd ni zowąd! – uniosłem się, wstając z ławki i zdezorientowany podszedłem
do niego bliżej. Nie mogłem w to uwierzyć. Byłem jednocześnie zdziwiony i
wkurzony. Facet, z którym rozmawiałem, ani trochę nie przypominał mojego
dziadka. Był dziwny. Traktował mnie z buta, jak nieznajomego, a nawet gorzej…
-
Już? Uspokoiłeś się? – spytał nadal surowym tonem mężczna, po chwili milczenia.
– Wiem, co widziałeś wczoraj wieczorem, jasne? – oznajmił. – Dlatego też,
postanowiłem z tobą porozmawiać.
-
Phi… - parsknąłem. Jego słowa brzmiały w moim przekonaniu komicznie. A może to
było z nerwów? Dopiero wywoływanie duchów musiało skłonić go do porozmawiania z
własnym wnukiem.
-
Zauważ, że teoretycznie, nie powinienem z tobą w ogóle rozmawiać – spostrzegł
znów obojętnym, ale milszym dla ucha głosem. – Jestem duchem, pamiętasz?
-
A ja mam dar kontaktu z duchami, wiesz? – odpowiedziałem opryskliwie.
- Widzę, że
wraca ci język do gęby – zaśmiał się drwiąco mężczyzna, spoglądając to raz na
mnie, to raz w inną stronę. – Jesteś bardzo podobny do swojej matki. To, że
widzisz duchy, słyszysz je i czujesz to nie przypadek. – stwierdził,
zatrzymując wzrok na mnie.
-
To by było zbyt proste – wymamrotałem pod nosem.
-
Znasz przypowieść o Świętym Piotrze? – spytał dziadek wsuwając ręce w
garniturowe kieszenie.
Wyglądał
tak jak, w czasie pogrzebu. Garnitur, czarna muszka, lakierki, przylizane włosy
do tyłu i gęsta broda.
- A co to
ma ze mną wspólnego? – zmarszczyłem brwi, wyczekując dalszych wyjaśnień.
- „Dam ci klucze Królestwa Niebios, i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie
związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w
niebie”
- Ale ja nie jestem Świętym Piotrem, ani chociaż zwykłym księdzem –
wtrąciłem wyrywając dziadka z namysłu.
-
Bez wątpienia – parsknął staruszek. – Ale według wierzeń Święty Piotr
przepuszczał duszę do nieba, a ty masz podobne zadanie.
- Przepuszczać
ludzi do nieba? – uśmiechnąłem się, czując drżenie warg.
-
Nie. W dalszą drogę – wyjaśnił dziadek ruszając w moim kierunku. Kiedy się do
mnie zbliżył, położył swoją dłoń na moim policzku. Czułem lęk, ale się nie
cofnąłem. Ten gest był pierwszym, odkąd skończyłem dziesięć lat. – Jesteś
Celnikiem dla dusz ludzkich. Ty możesz przepuszczać ludzi w dalszą drogę na sąd
ostateczny – powiedział, po czym zniknął. Jego dotyk rozpłynął się w jednej
chwili. Już go nie widziałem, ani nie słyszałem. „Co to było?”, pomyślałem,
wpatrując się w zdjęcie na nagrobku mężczyzny, który jeszcze przed chwilą ze
mną rozmawiał. „Totalnie ci odbiło”, powiedziałem pod nosem i w tym momencie
usłyszałem.
-
Wojtek! Idziesz?! – zawołała Kamila z oddali, nie zwracając uwagi na to, w
jakim miejscu się znajduje. Paru ludzi spojrzało się na nią ostentacyjnie, a ja
jedynie ze wstydem i w oszołomieniu ruszyłem w jej kierunku. Kiedy wsiadłem do
samochodu, mama zaczęła mówić o tym, jak bardzo ludzie zaniedbują groby swoich
bliskich. Przestałem jej słuchać po minucie. Oglądałem mijane przez nas budynki
oraz ludzi, bądź duszę idące w nieznane. Trudno było stwierdzić, kto był kim.
Byłem zbyt wstrząśnięty minioną rozmową. Co to miało znaczyć? Czy ja naprawdę
rozmawiałem ze swoim dziadkiem? Co on mówił? Nazwał mnie… Celnikiem? O co mu
chodziło? Całą drogę analizowałem sytuację z cmentarza. Po powrocie do domu,
zamknąłem się we własnym pokoju i słuchałem muzyki na słuchawkach. Z każdym
utworem nowe myśli zakłócały mój spokój. Świadomość, że w przeciągu dwóch dni
rozmawiałem z dwoma duchami, w tym oba miały do mnie interes i jeden z nich
chciał uświadomić mnie o moim przeznaczeniu, była niewiarygodna. Czułem się jak
bohater jakiegoś tandetnego filmu czy…. snu. Łudząc się przez chwilę, że
wszystko, to jedynie koszmar, uszczypnąłem się w rękę zaciskając jednocześnie
zęby z bólu. Chciałem, aby uszczypnięcie podziałało. W końcu puściłem
zaczerwieniony od wbijanych paznokci kawałek skóry i wziąłem telefon do ręki.
Chciałem zadzwonić i przeprosić Martę. Dopiero teraz poczułem brak przyjaciół u
swego boku. Zwykle nie mijała noc, a znowu się widzieliśmy, śmialiśmy i
rozmawialiśmy. Na dłuższy brak kontaktu nie było szans, chyba, że któreś z nas
wyjechało na kompletne odludzie ze swoją rodziną, gdzie nie było zasięgu.
Marta nie odbierała. Jedynie
odzywała się jej poczta głosowa mówiąca, „Cześć tu Marta! Sorry, że nie
odbieram. Najwyraźniej mam powód. Oddzwoń, lub dobijaj się dalej!”. Jej pogodny
nagrany glos brzmiał tak sarkastycznie w moim odczuciu, że nie chciałem dzwonić
więcej. Słowa „Najwyraźniej mam powód” mówiły wszystko. Ona jest na mnie
obrażona i nie mam, co liczyć na przebaczenie, a co dopiero słowa wsparcia. I tak
nie mógłbym jej powiedzieć o mojej rozmowie po latach z dziadkiem. To byłoby
zbyt trudne…
Wieczorem,
po wielu wahaniach, poszedłem na umówione spotkanie z nieznajomą dziewczyną.
Nie liczyłem na nic wielkiego. Chciałem, aby przynajmniej odpowiedziała mi na
jedno, ważne dla mnie, pytanie: Czy jest duchem? Były dwie możliwości. Gdyby
przytaknęła, zapewne wpadłbym w dziwną euforię i zacząłbym jej zadawać mnóstwo
pytań. Jednak gdyby zaprzeczyła lub zaczęła twierdzić, że mam nie równo pod
sufitem, olałbym ją i kazał zostawić mnie w spokoju. Chyba… Tak czy inaczej,
poszedłem na ulicę Krzywe Koło, tak jak się umówiliśmy. Mało kto, tamtędy o tej
porze chodził. Czasem przewinęła się grupka studentów lub pary wracające z
romantycznej kolacji, ale prócz nich, nikt. Cisza. Było słychać jedynie muzykę
z oddali, lub włączony telewizor, gdzieś, w którymś z mieszkań. Stanąłem przy ulicy Kamienne Schodki, która
jak nazwa wskazywała składała się ze schodów pomiędzy dwoma domami, prowadzącymi
w dół do równoległej ulicy Brzozowej. Opierałem się o ceglany mur budynku, w
którym znajdowała się ukraińska restauracja „Kamienne Schodki”- dobra nazwa do
zapamiętania, powtarzając w duchu „Co ty robisz? Co ty tutaj robisz?! Mało ci
problemów?!”. Słyszałem donośne śmiechy i okrzyki z sali za murem i poczułem
zapach pieczeni. Może to był kurczak. Ewidentnie zaczął mi dokuczać głód. Po
godzinnym marznięciu, postanowiłem wrócić do domu. Było późno, mama się
denerwowała, a ja miałem pusty żołądek. Kiedy oddaliłem się od schodów dobre
dwadzieścia metrów i już miałem skręcić w prostopadłą uliczkę usłyszałem za
sobą wołający mnie glos:
-
Hej, Wojtek! – odwróciłem się. Głos był wyrazisty, ale zarazem delikatny i
szepczący. Należał ewidentnie do kobiety. Od razu domyśliłem się, kto to. Kiedy
odwróciłem się za siebie, ujrzałem charakterystyczne blond kosmyki powiewające
zza wąskiej uliczki, gdzie znajdowały się wcześniej oblegane przeze mnie
schody. Ruszyłem biegiem. Kiedy do nich dotarłem, dziewczyny nie było.
Dostrzegłem za to znikającą postać, na dole schodów, za zakrętem. Zbiegłem więc
na dół. Przestałem myśleć. Serce waliło mi potwornie. Czułem mega adrenalinę.
Gdy dotarłem na sam środek ulicy Brzozowej, potykając się po drodze o własne
nogi, rozejrzałem się dookoła i nic. Nikogo nie było. Żadnych śladów żywej lub
martwej duszy.
-
Szybki jesteś – usłyszałem głos za sobą. Podskoczyłem ze strachu, a następnie
się odwróciłem. – Spokojnie, to tylko ja! – zaśmiała się nieznajoma.
-
Widzę – oznajmiłem, niekoniecznie w wesoły sposób.
-
Wyglądasz, jakbyś dopiero co zobaczył ducha – stwierdziła dziewczyna wzdychając
lekko.
-
Słuchaj – zacząłem. – Nie wiem, kim jesteś i czego chcesz, ale wiedz, że jesteś
pierwszą z dwóch dusz, z którymi rozmawiałem w przeciągu ostatnich szesnastu
lat! – oświadczyłem zirytowany.
-
Z dwóch? A kto jest tą drugą? – spytała zaskoczona dziewczyna, tak jakby sam
fakt, że z nikim podobnym wcześniej nie rozmawiałem, nie był dość dziwny.
-
Mój dziadek – odpowiedziałem. Nieznajoma zamilkła, analizując najwyraźniej w
myślach usłyszaną odpowiedź. – A co? – zapytałem.
-
Nic. Mówił ci coś?
-
Tak, że jestem celnikiem i coś o Św. Piotrze, ale nic nie zrozumiałem.
-
Czyli ty nic nie wiesz – parsknęła zawiedzionym głosem dziewczyna, tak jakby
ostatnia deska ratunku okazała się bezwartościową belką.
-
Czego nie wiem? Czy ktoś w końcu może mi to wytłumaczyć?! – spytałem unosząc
błagalnie ręce.
- Jesteś celnikiem, czyli prócz
rozmawiania, czucia i słyszenia zmarłych, możesz im pomagać w przedostaniu się
na tamten świat. Nigdy nie słyszałeś, dlaczego duchy chodzą po ziemi? Bo mają
niezałatwione sprawy. Coś, co ich tu trzyma. Nie mogą wyruszyć w dalszą drogę.
Ty, jako Celnik, możesz im pomóc – wyjaśniła powoli dziewczyna.
- Moim
zadaniem jest pomaganie duchom? Jestem egzorcystą? – spytałem trochę
rozbawionym głosem. – Gdzieś to już słyszałem – zaśmiałem się sarkastycznie.
- Nie tylko
– odparła nieznajoma. – Możesz też wiele innych rzeczy. Nie jesteś tym, za kogo
się uważasz… To skomplikowane – stwierdziła trochę podłamana.
- Dobrze.
Czego chcesz? – spytałem po raz kolejny, tracąc cierpliwość.
- Tego, czego inne dusze. Pomocy –
odpowiedziała.
- Ok –
zaśmiałem się znowu – Masz moje błogosławieństwo! – oświadczyłem i ominąłem
ducha, wchodząc po schodach na górę.
- Czekaj! –
zawołała. – Nie wierzysz mi, to chodź. Pokażę ci świat, któremu jesteś
potrzebny! – Odwróciłem się na pięcie z miną dorosłego mówiącego do dziecka,
„Daj sobie spokój”. Jej słowa wydawały się wtedy aktem desperacji, ale sam nie
wiem, dlaczego, po dłużej chwili postanowiłem, że muszę dać jej szansę.
Zrobiłem krok w dół schodów ku niej.
- Jak
chcesz to zrobić? – zapytałem.
- Chodź –
powiedziała łapiąc mnie za rękę i ciągnąc za sobą. Jej dłoń była przyjemnie
ciepła. Biegła, a ja wraz z nią. Słychać było stukanie naszych butów o kamienny
chodnik. Czułem się jak w jakimś transie. O niczym nie myślałem, obserwując
jedynie szybko mijane uliczki. Nawet nie zwracałem uwagi jakie one były. W
końcu zatrzymaliśmy się przed jakąś bramą. Weronika weszła w nią pewnym
krokiem, zerkając przez ramię na moją pełna wątpliwości twarz. Ruszyłem za nią.
Zatrzymaliśmy się przy schodkach u boku bramy, prowadzących do zwyczajnych
drewnianych drzwi.
- Jesteś pewien, że tego chcesz? –
spytała kryjąc podekscytowanie.
- Nie, to tobie na tym zależy –
uświadomiłem ją, z naciskiem na wyraz „tobie”.
- No tak –
potwierdziła Weronika przełykając nerwowo ślinę i wymuszając lekki uśmiech. –
To raczej nie masz wyboru – stwierdziła i zeszła dwa stopnie po schodkach, aby
dostać się do drzwi. Chwyciła za żelazną klamkę przyozdobioną liściastymi
wzorami, nacisnęła i popchnęła drzwi ku wnętrzu. Wchodząc za nią poczułem
duszący zapach tytoniu połączony z aromatem piwa. W środku było całkiem
klimatycznie. Czułem się jak na planie filmowym. Wszyscy byli ubrani nietypowo,
w stylu Weroniki, a wystrój wnętrz był niesamowicie stylowy, wręcz przed
wojenny.
Koronkowe,
białe obrusy na małych, okrągłych stolikach, a na każdym z nich stała płonąca
świeczka, rzucająca na twarze gości ciepłą poświatę. Kobiety siedzące przy
stolikach po prawej stronie, z ubranymi w garnitury mężczyznami, wyglądały
niezwykle poważnie. Mocno umalowane, miały na sobie eleganckie ubrania, skórzane
torebki i drogo wyglądające buty. Nieco głębiej siedziała jedna roześmiana
para. Młoda kobieta z kręconymi blond lokami w czerwonej sukience oraz
mężczyzna w białej koszuli, który ewidentnie starał się o jej względy.
Obserwując ich zwróciłem uwagę na muzykę, jaka rozbrzmiewała w sali. Ściszone
dźwięki trąbki w stylu jazzowym, przypominały mi muzykę Louis’a Amstrong’a, ale
wątpię, by to on wtedy grał. Na lewo stał potężny, dębowy bar, a przy nim paru
umundurowanych panów zalewających swoje smutki w alkoholu. Jeden z nich patrzył
upitym wzrokiem na trzymaną przez siebie szklankę z brandy lub innym trunkiem,
kiwając lekko głową do przodu i do tyłu, jak osierocone dziecko. Barman
podający pijaczynom wódkę był w średnim wieku. Miał lekką łysinę, krzaczaste
brwi, gęstą brodę i był ubrany w białą koszulę z muszką w kratę i szelki
podtrzymujące jego, zapewne rozciągnięte, spodnie. Miał pokaźny brzuszek, ale
ogólnie wydawał się być miły. Całe pomieszczenie wypełniał dym z cygar i
papierosów. Zakrztusiłem się nim, po czym powiodłem wzrokiem za podchodzącą do
baru Weroniką. Usiadła przy barze na skórzanym stołku i zdjęła beret
rozpuszczając swoje blond, falowane włosy. Podszedłem nie pewnie bliżej.
- Dzisiaj lata trzydieste? – zawołała Weronika
do odwróconego do niej plecami kelnera. Mężczyzna machinalnie spojrzał na nią i
wybuchł śmiechem.
- Kogo moje oczy widzą?! Czego się napijesz? –
zapytał, po czym chwycił za szklankę i przetarł ją biała ścierką.
- Nie
jestem dzisiaj sama – oznajmiła dziewczyna subtelnie wskazując w moją stronę.
Uznałem to za dobry moment by dosiąść się do niej. Mężczyźnie na mój widok
zrzędła mina.
- Co ty
wyrabiasz? – spojrzał na nią ostentacyjnie. – Zapraszasz tu ludzi? – spytał
intensywnym szeptem. Na jego twarzy i łysinie pojawiły się krople potu.
- To nie
człowiek, tylko Celnik – oznajmiła Weronika niewzruszona reakcją barmana.
Zachowywała przy tym pokerową twarz. Mężczyzna popatrzył z niedowierzeniem na
mnie. Wcale mu się nie dziwiłem. Byłem zdezorientowany. Musiałem wyglądać
niewiarygodnie. Nerwowo odwróciłem się za siebie, mając złudną nadzieję, że
mężczyzna spogląda na kogoś innego.
- Naprawdę?
– zwrócił się do mnie, kładąc na blacie dwie szklanki z whisky.
- Chyba tak
– odpowiedziałem niepewnie, patrząc na postawiony przede mną trunek. Mężczyzna
chrząknął i kiwnął lekko głowa na znak zrozumienia.
- Dopiero
się dowiedział – doinformowała go Weronika, biorąc łyk alkoholu. –
Przyprowadziłam go tu, aby mu udowodnić, że świat duchów istnieje.
- To tylko
płycizna – parsknął barman krztusząc się a następnie odwracając ponownie do
baru.
- Wiem, ale
przecież nie pokażę mu od razu wszystkiego?! – uśmiechnęła się drwiąco
dziewczyna takim tonem, jakby to było oczywiste. Mniej więcej od tamtego
momentu uświadomiłem sobie, że ma ona wobec mnie pewne zamiary i z pewnością
wie, czego chce. Ta niepewność co do niej wzbudzała we mnie lęk, ale mimo to
nie chciałem odejść.
- Jak się
nazywasz? – spytał mężczyzna wciąż odwrócony plecami do nas.
- Wojtek, a
pan? – odparłem bez zastanowienia.
- A czy to
coś zmieni? – odrzekł, siadając na nie wysokim taborecie naprzeciw Weroniki.
Zapadła chwilowa cisza, w czasie której piwnooki barman przeszywał mnie swoim
spojrzeniem niczym intruza, opierając się o ladę. W Końcu zebrałem się na
kontratak.
- Nie wie
pan, że każdy człowiek, którego spotykamy na swojej drodze, ma wpływ na nasze
życie? – wycedziłem, czując jednocześnie bicie serca, które zdawało się zaraz
wyskoczyć. Rzadko kiedy wdawałem się w tak intensywną dyskusję. Weronika
spojrzała na mnie ze zdumieniem, a on zamilkł przenosząc wzrok na klaszczącą
dziewczynę.
- Proszę,
proszę! – uśmiechnęła się Weronika. – Mamy tu filozofa. Ciekawe… – zamyśliła
się biorąc kolejny łyk whisky. Poczułem oblewającą mnie falę potu. Tak
naprawdę, ten tekst wymyśliłem pół roku wcześniej, kiedy na obozie letnim
chciałem zagadać do jednej dziewczyny. Odpowiedziała mi wtedy tak samo jak ten
barman. Załamany nieudanym zaznajomieniem się, wymyśliłem odpowiedź na
przyszłość, gdyby jeszcze spotkała mnie podobna sytuacja.
- Praktycznie,
ja nie żyję. Więc nie mów o tym co ma wpływ na moje „życie”… I tak ci nie
powiem imienia– zarzekł się mężczyzna, z determinacją godną trzylatka.
- Rozumiem
– odpowiedziałem, choć wcale nie rozumiałem. Weronika wstała wzdychając cicho i
oznajmiła:
- Idę do
toalety – i jak gdyby nigdy nic oddaliła się znikając w głąb tytoniowego dymu.
Przez
chwilę przemknęła mi myśl, czy duchy w ogóle mają potrzeby fizjologiczne, ale
zaraz potem barman zapytał..
- Co
chciałbyś wiedzieć? - zaskoczony
propozycją udzielenia informacji, poczułem pustkę w głowie. Chciałem
jednocześnie zapytać o tyle rzeczy, ale nie wiedziałem od czego zacząć.
- Wszystko!
Co mam robić?! Co mogę robić?! I czego wy wszyscy ode mnie chcecie?! – w jednej
chwili byłem podekscytowany, a intensywne bicie serca powróciło.
- Po kolei
– skinął ręką mężczyzna, na znak żebym ochłonął - Jesteś celnikiem. To oznacza, że potrafisz
gadać z duchami itp. – zamilkł na chwilę, gromadząc myśli. To, co mówił,
wydawało się oczywiste, choć wcale dla mnie nie było. - Dla ciebie dusze są niczym ludzie, z taką
różnicą, że wcale nimi nie są. Ich celem jest jedynie przedostanie się na
tamten świat i spoczynek wieczny – Zbyt wiele mi to nie mówiło. Starałem się
jednak nie okazywać braku zrozumienia. Kiwałem lekko głowa i utrzymywałem z nim
kontakt wzrokowy. – Nikt po śmierci nie jest taki sam jak zza życia, a
szczególnie kiedy jedną nogą wciąż jest na tym świecie. Każdy, kogo wcześniej
znałeś, po śmierci będzie inny. I tu jest twoja rola. Musisz pomóc takiej duszy
przedostać się na tamten świat
- W jaki
sposób? – zapytałem, marszcząc brwi.
- Każdy ma
powód, który go tu trzyma – odpowiedział mężczyzna z nutą żalu w głosie. Nalał
ponownie alkohol do swojej szklanki. – Posiadasz specjalne umiejętności. Nie
wiem jakie, ale z czasem na pewno je odkryjesz
- Dzięki –
spojrzałem wprost na niego. – Miło jest się dowiedzieć czegoś o sobie po
szesnastu latach życia
- Może nie
jesteś taki, na jakiego wyglądasz- stwierdził barman. Zarumieniłem się, choć do
końca nie wiedziałem czy uznać to za komplement czy za obrazę.
- No! –
zawołała Weronika wyłaniając się zza smugi dymu. – Wierzysz mi już na słowo,
czy chcesz jeszcze zostać?
- A ten
lokal? – zapytałem, wskazując na nietypowe wnętrze.
- Jak widzisz, jesteśmy w latach trzydziestych,
znaczy bar żyje tym okresem. Bywają też lata osiemdziesiąte i
dziewięćdziesiąte. Wszystko po to, aby każda duszyczka mogła poczuć się jak w
domu – oświadczyła Weronika sarkastycznym tonem, zwracając na siebie uwagę
gości.
- A co z
innymi epokami? Oświeceniem? Średniowieczem? – zapytałem.
- Też są –
odpowiedział barman wycierając szklanki.
- Ale mnie
zwykle wtedy nie ma- wtrąciła Weronika. – Jakoś nie kręcą mnie klimaty grubych
oblechów rzucających mięsem i bronią po trzeciej beczce wina.
- Mówi o
polskiej szlachcie- wyjaśnił barman. Pokiwałem głowa na znak zrozumienia.
Zauważyłem, że goście z lokalu nie przestali się na nas patrzeć od momentu, gdy
Weronika rzuciła swój tekst o duszyczkach.
- Może
faktycznie już pójdziemy? – zaproponowałem. – Późno już
- Nie martw
się królewno – uśmiechnęła się dziewczyna. – Czas to dyktator życia ludzkiego, a nie zmarłego.
Tutaj pojęcie czasu nie istnieje
- Żyjecie
chwilą? – zdziwiłem się.
- Chwila,
to niesprecyzowane określenie czasu, a więc nie. To coś innego – zaprzeczyła
jasnowłosa rzucając spojrzenie na barmana.
- Wiesz
już, co powinieneś – oznajmił mężczyzna.
- W tym sęk, że nie
- Ona ci
pomoże – spojrzał na Weronikę.
-
Oczywiście! Przecież po to go tu przyprowadziłam, nie? Jest na mnie skazany –
zażartowała, choć w jej słowach czułem prawdę. – No dobrze. Jest już prawie
północ
- Co?! –
krzyknąłem.
- Spokojnie
kopciuszku – zaśmiała się zawadiacko. – Złap mnie za ręce i pomyśl o swym domu
– wyciągnęła dłonie, po czym spełniłem jej polecenie. – A teraz, jak w bajce o
dżinie, cudownym sposobem przeniosę cię do twojego łóżeczka – skrzywiłem się na
te słowa, ale za nim zapytałem o co jej właściwie chodzi, stałem we własnym
pokoju.
- Jak to
zrobiłaś? – puściłem jej dłonie.
- Niedługo
sam będziesz potrafił takie sztuczki, a na razie kolorowych snów –
odpowiedziała Weronika wciąż się uśmiechając.
- Chwila! –
zawołałem czując, że zaraz odejdzie. – Do czego ci jestem potrzebny? Jakie masz
wobec mnie plany? – dziewczyna na te sowa wzięła głęboki wdech i odpowiedziała.
– Pomożesz
mi w swoim czasie, a teraz śpij dobrze, póki możesz – po tych słowach zniknęła
w jednej chwili.
- Wojtek?!
Jesteś już?! – usłyszałem zdumiony głos mamy.
- No! –
odpowiedziałem, zaraz dodając. – Już od dawna, tylko nie zauważyłaś! –
ucieszyłem się wzdychając w duchu z ulgi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz