Spis treści

czwartek, 20 sierpnia 2015

Czwartek, 1 listopada


Całą noc zajęło mi rozmyślanie o nieznajomej dziewczynie napotkanej przed domem. To, kim była, było intrygujące. A raczej niewiedza na ten temat. Kiedy wreszcie zasnąłem koło trzeciej, przyśniła mi się. Wyglądała tak samo, jak poprzedniego wieczoru. Stała tuż przede mną. Z początku miała opuszczoną głowę, ale chwilę później uniosła ją i zobaczyłem jej niezwykłe oczy. Potem zniknęła i spałem dalej.
            Kiedy się obudziłem, promienie słoneczne przebijające się przez jasno pomarańczowe zasłonki, oślepiły mnie, zmuszając do przymrużenia oczu. Czułem ciepłą kołdrę i to, jak zimne palce u stóp rozgrzewały się pod nią. Leniwie odwróciłem się na drugi bok i zapadłem w dalszy sen. Niestety, garnki i talerze uderzające o siebie w kuchni nie dawały mi spać. Wstałem i powlokłem  swoje ciało niechętnie do źródła dźwięku. Minąłem pokój Kamili oraz łazienkę. Po drodze poczułem zapach jajecznicy.
W niewielkiej kuchni stał ciemny dębowy stół, a przy nim cztery dopasowane pod kolor krzesła. Zaraz obok była lodówka, a naprzeciwko kuchenka, zlew i szafki. Mama, ubrana w ciemno bordową sukienkę, stała przy parującej od gorąca patelni. Przy stole siedzieli Kamila i Wiktor, czekając na śniadanie. Wiktor jeździł swoim czerwonym BMW po stole, a Kamila gapiła się w ekran telefonu, pisząc zapewne z Klaudiuszem.
            - Proszę, proszę! – rzuciła donośnie siostra, odwracając głowę w moim kierunku. – Któż to wstał?! Co robiłeś w nocy, że masz takie wory pod oczami? – uśmiechnęła się złośliwie, odkładając komórkę tak, aby w razie czego mogła pierwsza zauważyć przychodzącego smsa.
            - Byłem na festynie – rzuciłem obojętnie nie zwracając na nią uwagi. Usiadłem przy stole i wziąłem sztućce.
            - No i jak było? – spytała mama kładąc talerz jajecznicy dla Wiktora.
            - Dobrze – odpowiedziałem ospale, leniwie przecierając oczy.
            - Ta! – parsknęła Kamila wodząc wzrokiem za stawianym przed nią posiłkiem. – Widziałam jak o mało co, nie zwiałeś, gdy wywoływali duchy
            - Wywoływanie duchów? – zastygła mama w bezruchu, kierując na mnie niezadowolone spojrzenie.
            - Tak, ale od razu poszedłem. Nie chciałem na tym być. Nuda i tandeta – odparłem bez zastanowienia.
            - Nie wciskaj kitów! – zaśmiała się Kamila, ponownie patrząc na mnie tym swoim wrednowatym wzrokiem. – Oboje widzieliśmy, co się działo! Zgasły światła, ludzie zwiewali we wszystkich kierunkach, a okna dookoła zaczęły walić jak opętane!
            - Chryste Panie! – zawołała mama spoglądając w górę. – Co wyście poszaleli?! Mówiłam wam, jakie mogą być skutki takiego wywoływania duchów! Chcecie, aby coś was opętało?! - zaczęła krzyczeć wrzucając przy tym brudną patelnię do zlewu z takim impetem, jakby chciała ją roztrzaskać. Myślałem, że zabiję Kamilę. Zawsze musiała robić mi na złość. Nie zważając nawet na to, że i ona dostawała po łapach.
            - Wojtka, to chyba już coś opętało – westchnęła zdrajczyni, zabierając się za jajecznicę.
            - O czym ty mówisz? – spytała jeszcze bardziej zaniepokojona mama, siadając obok Wiktora, mnie i naprzeciwko Kamili.
            - Widziałam, jak szłam do Klaudiusza, że Wojtuś gadał z kimś, kogo nie było – mama utkwiła wzrok w swój talerz, nie ruszając jego zawartości. Wymieniłem z Kamilą cięte spojrzenia. Chciałem ją wzrokiem zadusić za to, co powiedziała. Po chwili milczenia, mama niezwykle opanowanym głosem zapytała:
            - Wojtek, znowu to samo? – spojrzałem na nią bezsilnie. Chodziło o sprawy duchów. Parę lat wcześniej, kiedy usiłowałem ją przekonać do swoich umiejętności, zapisała mnie na terapię psychiatryczną, a potem jeszcze sprowadziła egzorcystę do domu. To było dość… nie fajne. Brak zaufania, zamartwianie się moim stanem zdrowia, próbujący mi wciskać kity lekarze oraz dar, który wciąż dawał o sobie znać.
            - Mamo – zacząłem powoli i z opamiętaniem. Widziałem jej zmartwione oczy. – Ona kłamie. Z nikim nie rozmawiałem…. tylko z Martą, przez telefon, kiedy wchodziłem do domu – wcisnąłem kłamstwo, godne zachowania Kamili.
 – Gdybyś zajęła się swoimi sprawami, a nie podglądaniem mnie wracającego do domu, to by nie było problemu! A tak… Po co ta cała szopka?! – skierowałem pytanie w stronę Kamili, wstając od stołu i dziękując pod nosem mamie za posiłek. Mama zdumiona zaistniałą sytuacją, jedynie powiodła za mną wzrokiem.
            Po śniadaniu, całą rodziną wraz babcią, pojechaliśmy na cmentarz do dziadka. Co roku odwiedzaliśmy go w listopadzie, w grudniu oraz w kwietniu, kiedy były najważniejsze święta. Babcia oczywiście jeździła do niego częściej. Z początku, kiedy zmarł, robiła to, co drugi dzień. Potem mówiła nam, że tylko raz w miesiącu, ale my i tak wiedzieliśmy swoje. Nie potrafiła się pogodzić z jego odejściem. Byli jedną z tych par, które przeżyły nie jeden kryzys, a mimo to wytrwały ze sobą aż do późnej starości.
            Na cmentarzu było mnóstwo ludzi. Jak co roku we Wszystkich Świętych. Nigdzie nie można było zaparkować. Wszędzie paliły się znicze. Widziałem jak wielu zmarłych stało lub siedziało przed swoimi żyjącymi krewnymi, milczącymi i smutnymi. Zastanawiałem się, czy dusze, do których się modlimy, słyszą nasze ciche myśli, tęsknotę. Ja zawsze przychodząc na grób dziadka, widziałem go i utrzymywałem z nim kontakt wzrokowy. Był jedyną duszą, z którą nawiązywałem jakąkolwiek więź. Był również jedyną, której widok w ogóle lubiłem. Wcześniej, kiedy miałem pięć czy siedem lat, dziadek kładł swoją dłoń na moim ramieniu, kiedy przychodziłem do niego na grób. Jak trochę podrosłem nabrał do mnie jakby dystansu… Tym razem, również tak było. Wszyscy staliśmy przed nim. Mieliśmy złożone ręce i zapatrzone w jego grób spojrzenia. Babcia płakała, mama ją obejmowała, a siostra głaskała Wiktora po głowie. W oddali słyszałem jakieś dziecko żywo pytające swoich rodziców, czy to ten grób. Kiedy mieliśmy już odchodzić, poprosiłem mamę abym mógł jeszcze sam zostać chwilę. Ona tylko przytaknęła i odeszła wraz z resztą rodziny. Usiadłem na ławeczce przed dziadkiem i westchnąłem.
            - Czemu tak wcześnie odszedłeś? Nawet nie wiesz jak bardzo ciebie potrzebujemy – zacząłem roztkliwiać, nie patrząc na jego nijaki wyraz twarzy. - Wczoraj zdarzyła się rzecz, o której nawet byś nie pomyślał – uśmiechnąłem się sarkastycznie, miętoląc swoją czapkę w zmarzniętych dloniach.
            -  A to dlaczego? – usłyszałem.
            - Bo to było niemożliwe… - odpowiedziałem unosząc głowę i kierując wzrok na niego. W jednej chwili uświadomiłem sobie, że to on do mnie przemówił. – Co? – spytałem, czując nagłą suchość w gardle.
            - Nie trać czasu na zbędne pytania – odpowiedział obojętnym tonem dziadek.
            - Dlaczego… Czy ty właśnie….. Dlaczego ty mówisz?! – zadałem kolejne pytanie nie zważając na jego zalecenie.
            - Słuchaj, nie będę marnował czasu na wywody, czemu to właśnie teraz uraczyłem cię swoim głosem! – odrzekł nagle zirytowany.
            - Co? O co ci chodzi? To ty po dziesięciu latach grobowego milczenia przemawiasz ni stąd ni zowąd! – uniosłem się, wstając z ławki i zdezorientowany podszedłem do niego bliżej. Nie mogłem w to uwierzyć. Byłem jednocześnie zdziwiony i wkurzony. Facet, z którym rozmawiałem, ani trochę nie przypominał mojego dziadka. Był dziwny. Traktował mnie z buta, jak nieznajomego, a nawet gorzej…
            - Już? Uspokoiłeś się? – spytał nadal surowym tonem mężczna, po chwili milczenia. – Wiem, co widziałeś wczoraj wieczorem, jasne? – oznajmił. – Dlatego też, postanowiłem z tobą porozmawiać.
            - Phi… - parsknąłem. Jego słowa brzmiały w moim przekonaniu komicznie. A może to było z nerwów? Dopiero wywoływanie duchów musiało skłonić go do porozmawiania z własnym wnukiem.
            - Zauważ, że teoretycznie, nie powinienem z tobą w ogóle rozmawiać – spostrzegł znów obojętnym, ale milszym dla ucha głosem. – Jestem duchem, pamiętasz?
            - A ja mam dar kontaktu z duchami, wiesz? – odpowiedziałem opryskliwie.
- Widzę, że wraca ci język do gęby – zaśmiał się drwiąco mężczyzna, spoglądając to raz na mnie, to raz w inną stronę. – Jesteś bardzo podobny do swojej matki. To, że widzisz duchy, słyszysz je i czujesz to nie przypadek. – stwierdził, zatrzymując wzrok na mnie.
            - To by było zbyt proste – wymamrotałem pod nosem.
            - Znasz przypowieść o Świętym Piotrze? – spytał dziadek wsuwając ręce w garniturowe kieszenie.
            Wyglądał tak jak, w czasie pogrzebu. Garnitur, czarna muszka, lakierki, przylizane włosy do tyłu i gęsta broda.
- A co to ma ze mną wspólnego? – zmarszczyłem brwi, wyczekując dalszych wyjaśnień.
- „Dam ci klucze Królestwa Niebios, i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie”
- Ale ja nie jestem Świętym Piotrem, ani chociaż zwykłym księdzem – wtrąciłem wyrywając dziadka z namysłu.
            - Bez wątpienia – parsknął staruszek. – Ale według wierzeń Święty Piotr przepuszczał duszę do nieba, a ty masz podobne zadanie.
            - Przepuszczać ludzi do nieba? – uśmiechnąłem się, czując drżenie warg.
            - Nie. W dalszą drogę – wyjaśnił dziadek ruszając w moim kierunku. Kiedy się do mnie zbliżył, położył swoją dłoń na moim policzku. Czułem lęk, ale się nie cofnąłem. Ten gest był pierwszym, odkąd skończyłem dziesięć lat. – Jesteś Celnikiem dla dusz ludzkich. Ty możesz przepuszczać ludzi w dalszą drogę na sąd ostateczny – powiedział, po czym zniknął. Jego dotyk rozpłynął się w jednej chwili. Już go nie widziałem, ani nie słyszałem. „Co to było?”, pomyślałem, wpatrując się w zdjęcie na nagrobku mężczyzny, który jeszcze przed chwilą ze mną rozmawiał. „Totalnie ci odbiło”, powiedziałem pod nosem i w tym momencie usłyszałem.
            - Wojtek! Idziesz?! – zawołała Kamila z oddali, nie zwracając uwagi na to, w jakim miejscu się znajduje. Paru ludzi spojrzało się na nią ostentacyjnie, a ja jedynie ze wstydem i w oszołomieniu ruszyłem w jej kierunku. Kiedy wsiadłem do samochodu, mama zaczęła mówić o tym, jak bardzo ludzie zaniedbują groby swoich bliskich. Przestałem jej słuchać po minucie. Oglądałem mijane przez nas budynki oraz ludzi, bądź duszę idące w nieznane. Trudno było stwierdzić, kto był kim. Byłem zbyt wstrząśnięty minioną rozmową. Co to miało znaczyć? Czy ja naprawdę rozmawiałem ze swoim dziadkiem? Co on mówił? Nazwał mnie… Celnikiem? O co mu chodziło? Całą drogę analizowałem sytuację z cmentarza. Po powrocie do domu, zamknąłem się we własnym pokoju i słuchałem muzyki na słuchawkach. Z każdym utworem nowe myśli zakłócały mój spokój. Świadomość, że w przeciągu dwóch dni rozmawiałem z dwoma duchami, w tym oba miały do mnie interes i jeden z nich chciał uświadomić mnie o moim przeznaczeniu, była niewiarygodna. Czułem się jak bohater jakiegoś tandetnego filmu czy…. snu. Łudząc się przez chwilę, że wszystko, to jedynie koszmar, uszczypnąłem się w rękę zaciskając jednocześnie zęby z bólu. Chciałem, aby uszczypnięcie podziałało. W końcu puściłem zaczerwieniony od wbijanych paznokci kawałek skóry i wziąłem telefon do ręki. Chciałem zadzwonić i przeprosić Martę. Dopiero teraz poczułem brak przyjaciół u swego boku. Zwykle nie mijała noc, a znowu się widzieliśmy, śmialiśmy i rozmawialiśmy. Na dłuższy brak kontaktu nie było szans, chyba, że któreś z nas wyjechało na kompletne odludzie ze swoją rodziną, gdzie nie było zasięgu.
Marta nie odbierała. Jedynie odzywała się jej poczta głosowa mówiąca, „Cześć tu Marta! Sorry, że nie odbieram. Najwyraźniej mam powód. Oddzwoń, lub dobijaj się dalej!”. Jej pogodny nagrany glos brzmiał tak sarkastycznie w moim odczuciu, że nie chciałem dzwonić więcej. Słowa „Najwyraźniej mam powód” mówiły wszystko. Ona jest na mnie obrażona i nie mam, co liczyć na przebaczenie, a co dopiero słowa wsparcia. I tak nie mógłbym jej powiedzieć o mojej rozmowie po latach z dziadkiem. To byłoby zbyt trudne…
            Wieczorem, po wielu wahaniach, poszedłem na umówione spotkanie z nieznajomą dziewczyną. Nie liczyłem na nic wielkiego. Chciałem, aby przynajmniej odpowiedziała mi na jedno, ważne dla mnie, pytanie: Czy jest duchem? Były dwie możliwości. Gdyby przytaknęła, zapewne wpadłbym w dziwną euforię i zacząłbym jej zadawać mnóstwo pytań. Jednak gdyby zaprzeczyła lub zaczęła twierdzić, że mam nie równo pod sufitem, olałbym ją i kazał zostawić mnie w spokoju. Chyba… Tak czy inaczej, poszedłem na ulicę Krzywe Koło, tak jak się umówiliśmy. Mało kto, tamtędy o tej porze chodził. Czasem przewinęła się grupka studentów lub pary wracające z romantycznej kolacji, ale prócz nich, nikt. Cisza. Było słychać jedynie muzykę z oddali, lub włączony telewizor, gdzieś, w którymś z mieszkań.  Stanąłem przy ulicy Kamienne Schodki, która jak nazwa wskazywała składała się ze schodów pomiędzy dwoma domami, prowadzącymi w dół do równoległej ulicy Brzozowej. Opierałem się o ceglany mur budynku, w którym znajdowała się ukraińska restauracja „Kamienne Schodki”- dobra nazwa do zapamiętania, powtarzając w duchu „Co ty robisz? Co ty tutaj robisz?! Mało ci problemów?!”. Słyszałem donośne śmiechy i okrzyki z sali za murem i poczułem zapach pieczeni. Może to był kurczak. Ewidentnie zaczął mi dokuczać głód. Po godzinnym marznięciu, postanowiłem wrócić do domu. Było późno, mama się denerwowała, a ja miałem pusty żołądek. Kiedy oddaliłem się od schodów dobre dwadzieścia metrów i już miałem skręcić w prostopadłą uliczkę usłyszałem za sobą wołający mnie glos:
            - Hej, Wojtek! – odwróciłem się. Głos był wyrazisty, ale zarazem delikatny i szepczący. Należał ewidentnie do kobiety. Od razu domyśliłem się, kto to. Kiedy odwróciłem się za siebie, ujrzałem charakterystyczne blond kosmyki powiewające zza wąskiej uliczki, gdzie znajdowały się wcześniej oblegane przeze mnie schody. Ruszyłem biegiem. Kiedy do nich dotarłem, dziewczyny nie było. Dostrzegłem za to znikającą postać, na dole schodów, za zakrętem. Zbiegłem więc na dół. Przestałem myśleć. Serce waliło mi potwornie. Czułem mega adrenalinę. Gdy dotarłem na sam środek ulicy Brzozowej, potykając się po drodze o własne nogi, rozejrzałem się dookoła i nic. Nikogo nie było. Żadnych śladów żywej lub martwej duszy.
            - Szybki jesteś – usłyszałem głos za sobą. Podskoczyłem ze strachu, a następnie się odwróciłem. – Spokojnie, to tylko ja! – zaśmiała się nieznajoma.
            - Widzę – oznajmiłem, niekoniecznie w wesoły sposób.
            - Wyglądasz, jakbyś dopiero co zobaczył ducha – stwierdziła dziewczyna wzdychając lekko.
            - Słuchaj – zacząłem. – Nie wiem, kim jesteś i czego chcesz, ale wiedz, że jesteś pierwszą z dwóch dusz, z którymi rozmawiałem w przeciągu ostatnich szesnastu lat! – oświadczyłem zirytowany.
            - Z dwóch? A kto jest tą drugą? – spytała zaskoczona dziewczyna, tak jakby sam fakt, że z nikim podobnym wcześniej nie rozmawiałem, nie był dość dziwny.
            - Mój dziadek – odpowiedziałem. Nieznajoma zamilkła, analizując najwyraźniej w myślach usłyszaną odpowiedź. – A co? – zapytałem.
            - Nic. Mówił ci coś?
            - Tak, że jestem celnikiem i coś o Św. Piotrze, ale nic nie zrozumiałem.
            - Czyli ty nic nie wiesz – parsknęła zawiedzionym głosem dziewczyna, tak jakby ostatnia deska ratunku okazała się bezwartościową belką.
            - Czego nie wiem? Czy ktoś w końcu może mi to wytłumaczyć?! – spytałem unosząc błagalnie ręce.
- Jesteś celnikiem, czyli prócz rozmawiania, czucia i słyszenia zmarłych, możesz im pomagać w przedostaniu się na tamten świat. Nigdy nie słyszałeś, dlaczego duchy chodzą po ziemi? Bo mają niezałatwione sprawy. Coś, co ich tu trzyma. Nie mogą wyruszyć w dalszą drogę. Ty, jako Celnik, możesz im pomóc – wyjaśniła powoli dziewczyna.
- Moim zadaniem jest pomaganie duchom? Jestem egzorcystą? – spytałem trochę rozbawionym głosem. – Gdzieś to już słyszałem – zaśmiałem się sarkastycznie.
- Nie tylko – odparła nieznajoma. – Możesz też wiele innych rzeczy. Nie jesteś tym, za kogo się uważasz… To skomplikowane – stwierdziła trochę podłamana.
- Dobrze. Czego chcesz? – spytałem po raz kolejny, tracąc cierpliwość.
-  Tego, czego inne dusze. Pomocy – odpowiedziała.
- Ok – zaśmiałem się znowu – Masz moje błogosławieństwo! – oświadczyłem i ominąłem ducha, wchodząc po schodach na górę.
- Czekaj! – zawołała. – Nie wierzysz mi, to chodź. Pokażę ci świat, któremu jesteś potrzebny! – Odwróciłem się na pięcie z miną dorosłego mówiącego do dziecka, „Daj sobie spokój”. Jej słowa wydawały się wtedy aktem desperacji, ale sam nie wiem, dlaczego, po dłużej chwili postanowiłem, że muszę dać jej szansę. Zrobiłem krok w dół schodów ku niej.
- Jak chcesz to zrobić? – zapytałem.
- Chodź – powiedziała łapiąc mnie za rękę i ciągnąc za sobą. Jej dłoń była przyjemnie ciepła. Biegła, a ja wraz z nią. Słychać było stukanie naszych butów o kamienny chodnik. Czułem się jak w jakimś transie. O niczym nie myślałem, obserwując jedynie szybko mijane uliczki. Nawet nie zwracałem uwagi jakie one były. W końcu zatrzymaliśmy się przed jakąś bramą. Weronika weszła w nią pewnym krokiem, zerkając przez ramię na moją pełna wątpliwości twarz. Ruszyłem za nią. Zatrzymaliśmy się przy schodkach u boku bramy, prowadzących do zwyczajnych drewnianych drzwi.
            - Jesteś pewien, że tego chcesz? – spytała kryjąc podekscytowanie.
            - Nie, to tobie na tym zależy – uświadomiłem ją, z naciskiem na wyraz „tobie”.
- No tak – potwierdziła Weronika przełykając nerwowo ślinę i wymuszając lekki uśmiech. – To raczej nie masz wyboru – stwierdziła i zeszła dwa stopnie po schodkach, aby dostać się do drzwi. Chwyciła za żelazną klamkę przyozdobioną liściastymi wzorami, nacisnęła i popchnęła drzwi ku wnętrzu. Wchodząc za nią poczułem duszący zapach tytoniu połączony z aromatem piwa. W środku było całkiem klimatycznie. Czułem się jak na planie filmowym. Wszyscy byli ubrani nietypowo, w stylu Weroniki, a wystrój wnętrz był niesamowicie stylowy, wręcz przed wojenny.
Koronkowe, białe obrusy na małych, okrągłych stolikach, a na każdym z nich stała płonąca świeczka, rzucająca na twarze gości ciepłą poświatę. Kobiety siedzące przy stolikach po prawej stronie, z ubranymi w garnitury mężczyznami, wyglądały niezwykle poważnie. Mocno umalowane, miały na sobie eleganckie ubrania, skórzane torebki i drogo wyglądające buty. Nieco głębiej siedziała jedna roześmiana para. Młoda kobieta z kręconymi blond lokami w czerwonej sukience oraz mężczyzna w białej koszuli, który ewidentnie starał się o jej względy. Obserwując ich zwróciłem uwagę na muzykę, jaka rozbrzmiewała w sali. Ściszone dźwięki trąbki w stylu jazzowym, przypominały mi muzykę Louis’a Amstrong’a, ale wątpię, by to on wtedy grał. Na lewo stał potężny, dębowy bar, a przy nim paru umundurowanych panów zalewających swoje smutki w alkoholu. Jeden z nich patrzył upitym wzrokiem na trzymaną przez siebie szklankę z brandy lub innym trunkiem, kiwając lekko głową do przodu i do tyłu, jak osierocone dziecko. Barman podający pijaczynom wódkę był w średnim wieku. Miał lekką łysinę, krzaczaste brwi, gęstą brodę i był ubrany w białą koszulę z muszką w kratę i szelki podtrzymujące jego, zapewne rozciągnięte, spodnie. Miał pokaźny brzuszek, ale ogólnie wydawał się być miły. Całe pomieszczenie wypełniał dym z cygar i papierosów. Zakrztusiłem się nim, po czym powiodłem wzrokiem za podchodzącą do baru Weroniką. Usiadła przy barze na skórzanym stołku i zdjęła beret rozpuszczając swoje blond, falowane włosy. Podszedłem nie pewnie bliżej.
-  Dzisiaj lata trzydieste? – zawołała Weronika do odwróconego do niej plecami kelnera. Mężczyzna machinalnie spojrzał na nią i wybuchł śmiechem.
-  Kogo moje oczy widzą?! Czego się napijesz? – zapytał, po czym chwycił za szklankę i przetarł ją biała ścierką.
- Nie jestem dzisiaj sama – oznajmiła dziewczyna subtelnie wskazując w moją stronę. Uznałem to za dobry moment by dosiąść się do niej. Mężczyźnie na mój widok zrzędła mina.
- Co ty wyrabiasz? – spojrzał na nią ostentacyjnie. – Zapraszasz tu ludzi? – spytał intensywnym szeptem. Na jego twarzy i łysinie pojawiły się krople potu.
- To nie człowiek, tylko Celnik – oznajmiła Weronika niewzruszona reakcją barmana. Zachowywała przy tym pokerową twarz. Mężczyzna popatrzył z niedowierzeniem na mnie. Wcale mu się nie dziwiłem. Byłem zdezorientowany. Musiałem wyglądać niewiarygodnie. Nerwowo odwróciłem się za siebie, mając złudną nadzieję, że mężczyzna spogląda na kogoś innego.
- Naprawdę? – zwrócił się do mnie, kładąc na blacie dwie szklanki z whisky.
- Chyba tak – odpowiedziałem niepewnie, patrząc na postawiony przede mną trunek. Mężczyzna chrząknął i kiwnął lekko głowa na znak zrozumienia.
- Dopiero się dowiedział – doinformowała go Weronika, biorąc łyk alkoholu. – Przyprowadziłam go tu, aby mu udowodnić, że świat duchów istnieje.
- To tylko płycizna – parsknął barman krztusząc się a następnie odwracając ponownie do baru.
- Wiem, ale przecież nie pokażę mu od razu wszystkiego?! – uśmiechnęła się drwiąco dziewczyna takim tonem, jakby to było oczywiste. Mniej więcej od tamtego momentu uświadomiłem sobie, że ma ona wobec mnie pewne zamiary i z pewnością wie, czego chce. Ta niepewność co do niej wzbudzała we mnie lęk, ale mimo to nie chciałem odejść.
- Jak się nazywasz? – spytał mężczyzna wciąż odwrócony plecami do nas.
- Wojtek, a pan? – odparłem bez zastanowienia.
- A czy to coś zmieni? – odrzekł, siadając na nie wysokim taborecie naprzeciw Weroniki. Zapadła chwilowa cisza, w czasie której piwnooki barman przeszywał mnie swoim spojrzeniem niczym intruza, opierając się o ladę. W Końcu zebrałem się na kontratak.
- Nie wie pan, że każdy człowiek, którego spotykamy na swojej drodze, ma wpływ na nasze życie? – wycedziłem, czując jednocześnie bicie serca, które zdawało się zaraz wyskoczyć. Rzadko kiedy wdawałem się w tak intensywną dyskusję. Weronika spojrzała na mnie ze zdumieniem, a on zamilkł przenosząc wzrok na klaszczącą dziewczynę.
- Proszę, proszę! – uśmiechnęła się Weronika. – Mamy tu filozofa. Ciekawe… – zamyśliła się biorąc kolejny łyk whisky. Poczułem oblewającą mnie falę potu. Tak naprawdę, ten tekst wymyśliłem pół roku wcześniej, kiedy na obozie letnim chciałem zagadać do jednej dziewczyny. Odpowiedziała mi wtedy tak samo jak ten barman. Załamany nieudanym zaznajomieniem się, wymyśliłem odpowiedź na przyszłość, gdyby jeszcze spotkała mnie podobna sytuacja.
- Praktycznie, ja nie żyję. Więc nie mów o tym co ma wpływ na moje „życie”… I tak ci nie powiem imienia– zarzekł się mężczyzna, z determinacją godną trzylatka.
- Rozumiem – odpowiedziałem, choć wcale nie rozumiałem. Weronika wstała wzdychając cicho i oznajmiła:
- Idę do toalety – i jak gdyby nigdy nic oddaliła się znikając w głąb tytoniowego dymu.
Przez chwilę przemknęła mi myśl, czy duchy w ogóle mają potrzeby fizjologiczne, ale zaraz potem barman zapytał..
- Co chciałbyś wiedzieć?  - zaskoczony propozycją udzielenia informacji, poczułem pustkę w głowie. Chciałem jednocześnie zapytać o tyle rzeczy, ale nie wiedziałem od czego zacząć.
- Wszystko! Co mam robić?! Co mogę robić?! I czego wy wszyscy ode mnie chcecie?! – w jednej chwili byłem podekscytowany, a intensywne bicie serca powróciło.
- Po kolei – skinął ręką mężczyzna, na znak żebym ochłonął -  Jesteś celnikiem. To oznacza, że potrafisz gadać z duchami itp. – zamilkł na chwilę, gromadząc myśli. To, co mówił, wydawało się oczywiste, choć wcale dla mnie nie było. -  Dla ciebie dusze są niczym ludzie, z taką różnicą, że wcale nimi nie są. Ich celem jest jedynie przedostanie się na tamten świat i spoczynek wieczny – Zbyt wiele mi to nie mówiło. Starałem się jednak nie okazywać braku zrozumienia. Kiwałem lekko głowa i utrzymywałem z nim kontakt wzrokowy. – Nikt po śmierci nie jest taki sam jak zza życia, a szczególnie kiedy jedną nogą wciąż jest na tym świecie. Każdy, kogo wcześniej znałeś, po śmierci będzie inny. I tu jest twoja rola. Musisz pomóc takiej duszy przedostać się na tamten świat
- W jaki sposób? – zapytałem, marszcząc brwi.
- Każdy ma powód, który go tu trzyma – odpowiedział mężczyzna z nutą żalu w głosie. Nalał ponownie alkohol do swojej szklanki. – Posiadasz specjalne umiejętności. Nie wiem jakie, ale z czasem na pewno je odkryjesz
- Dzięki – spojrzałem wprost na niego. – Miło jest się dowiedzieć czegoś o sobie po szesnastu latach życia
- Może nie jesteś taki, na jakiego wyglądasz- stwierdził barman. Zarumieniłem się, choć do końca nie wiedziałem czy uznać to za komplement czy za obrazę.
- No! – zawołała Weronika wyłaniając się zza smugi dymu. – Wierzysz mi już na słowo, czy chcesz jeszcze zostać?
- A ten lokal? – zapytałem, wskazując na nietypowe wnętrze.
-  Jak widzisz, jesteśmy w latach trzydziestych, znaczy bar żyje tym okresem. Bywają też lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte. Wszystko po to, aby każda duszyczka mogła poczuć się jak w domu – oświadczyła Weronika sarkastycznym tonem, zwracając na siebie uwagę gości.
- A co z innymi epokami? Oświeceniem? Średniowieczem? – zapytałem.
- Też są – odpowiedział barman wycierając szklanki.
- Ale mnie zwykle wtedy nie ma- wtrąciła Weronika. – Jakoś nie kręcą mnie klimaty grubych oblechów rzucających mięsem i bronią po trzeciej beczce wina. 
- Mówi o polskiej szlachcie- wyjaśnił barman. Pokiwałem głowa na znak zrozumienia. Zauważyłem, że goście z lokalu nie przestali się na nas patrzeć od momentu, gdy Weronika rzuciła swój tekst o duszyczkach.
- Może faktycznie już pójdziemy? – zaproponowałem. – Późno już
- Nie martw się królewno – uśmiechnęła się dziewczyna. – Czas to  dyktator życia ludzkiego, a nie zmarłego. Tutaj pojęcie czasu nie istnieje
- Żyjecie chwilą? – zdziwiłem się.
- Chwila, to niesprecyzowane określenie czasu, a więc nie. To coś innego – zaprzeczyła jasnowłosa rzucając spojrzenie na barmana.
- Wiesz już, co powinieneś – oznajmił mężczyzna.
-  W tym sęk, że nie
- Ona ci pomoże – spojrzał na Weronikę.
- Oczywiście! Przecież po to go tu przyprowadziłam, nie? Jest na mnie skazany – zażartowała, choć w jej słowach czułem prawdę. – No dobrze. Jest już prawie północ
- Co?! – krzyknąłem.
- Spokojnie kopciuszku – zaśmiała się zawadiacko. – Złap mnie za ręce i pomyśl o swym domu – wyciągnęła dłonie, po czym spełniłem jej polecenie. – A teraz, jak w bajce o dżinie, cudownym sposobem przeniosę cię do twojego łóżeczka – skrzywiłem się na te słowa, ale za nim zapytałem o co jej właściwie chodzi, stałem we własnym pokoju.
- Jak to zrobiłaś? –  puściłem jej dłonie.
- Niedługo sam będziesz potrafił takie sztuczki, a na razie kolorowych snów – odpowiedziała Weronika wciąż się uśmiechając.
- Chwila! – zawołałem czując, że zaraz odejdzie. – Do czego ci jestem potrzebny? Jakie masz wobec mnie plany? – dziewczyna na te sowa wzięła głęboki wdech i odpowiedziała.
– Pomożesz mi w swoim czasie, a teraz śpij dobrze, póki możesz – po tych słowach zniknęła w jednej chwili.
- Wojtek?! Jesteś już?! – usłyszałem zdumiony głos mamy.
- No! – odpowiedziałem, zaraz dodając. – Już od dawna, tylko nie zauważyłaś! – ucieszyłem się wzdychając w duchu z ulgi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz