Odkąd
poznałem Weronikę, myślałem, że wszystko co się dzieje wokół mnie to jakiś
żart. Rozmawiając z dziadkiem nie byłem sobą. Zawsze, gdy chodziło o duchy,
stawałem się kimś innym. Starałem się o tym zbyt dużo nie myśleć, bo gdy myślałem
dochodziłem do wniosku, że to wszystko zakrawa o szaleństwo. Najgorsze było to,
że do pewnego momentu byłem całkiem sam ze swoimi myślami. Nikomu nie
potrafiłem zaufać, zwierzyć się czy poradzić. Może dlatego moje nowe oblicze w
końcu zaczęło mi się wydawać czymś lepszym, innym, ciekawszym.
Zmierzając
po długim weekendzie do szkoły, wciąż zastanawiałem się jak w odpowiedni sposób
zacząć rozmowę z Martą. „Przepraszam, że chciałem, w wydający się dla mnie,
najłagodniejszy sposób umknąć z imprezy, na której źle się czułem”, a może
„Zachowałem się jak dupek i skończony idiota. Jeśli nie zechcesz odezwać się do
mnie nigdy więcej, zrozumiem”. Druga możliwość bardziej pasowała do chłopaka w
związku, który nawalił i nie zjawił się na umówionej randce. Jednak znając
Martę trzy lata i jej wrażliwość, a raczej humorzastość w pewnych kwestiach,
tylko tak mogłem załagodzić całą sytuację. Mijając kałuże nuciłem sobie pod
nosem „Cold”, Aqualung
i Lucy Schwartz. Piosenka opowiada o miłości nie do przebaczenia. Jest smutna,
ale lubię ją ponieważ brzmi jak kołysanka i świetnie pasuje do deszczowej
pogody. Często idąc samemu nuciłem sobie piosenki oddające mój nastrój bądź
pogodę. Mijając innych przechodniów milkłem, a potem kontynuowałem. W szkole
byłem uważany za cichego, odsuniętego od reszty, bo zwykle tak było. Trudno
nawiązywałem nowe znajomości. Na imprezy byłem zapraszany, kiedy działo się coś
większego, czyli wtedy, gdy cała klasa brała w tym udział. Marta zawsze mnie
wyciągała na zabawy. Ulegałem jej, choć niechętnie. Miałam szczerą nadzieje, że mi szybko
wybaczy. Była moja jedyną przyjaciółka, a choć nie mogłem się jej zwierzyć z minionych
wydarzeń, to jej towarzystwo wystarczało w zupełności.
- Hej! Gdzie jest Marta? – zapytałem Aleksa przy
wejściu do szkoły. Był na szlugu. Jednak Marty z nim nie było. Ona nie paliła.
Popalała. Kiedyś miała okres buntu przeciwko rodzicom, wtedy też pierwszy raz
zapaliła. Popadła w nałóg, ale szybko z niego wyszła. Częściowo. Paliła raz na
dzień, a Aleks potrafił wypalić całą paczkę. Wiem, że to jej nie
usprawiedliwia, ale tak się przyjęło. Nie jest palaczką.
- Nie wiem. Po minionym tygodniu nie jest zbyt
rozmowna – mówiąc to, Aleks nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego. To
znaczyło, że on również solidarnie jest na mnie obrażony. Takie zachowanie mnie
nie dziwiło. Kiwnąłem tylko głową na znak zrozumienia i wszedłem do szkoły.
Przed salą biologiczną, czekając na lekcję,
usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn z mojej klasy, Olgi i Ady. Oby dwie
były punkówami. Czasem z nimi
rozmawiałem. Również były uważane za dziwne, a niektórzy twierdzili, że są
lesbijkami, ale w rzeczywistości były hetero, otwartymi na nowe znajomości.
Mówiły coś o jakiejś nowej dziewczynie w naszej klasie. Nie wiedziałem o co im
chodzi. Nikt nic wcześniej nie mówił o nowym uczniu. Wchodząc do klasy,
specjalnie przeszedłem obok ławki Ady, aby jeszcze coś usłyszeć. Nie przyniosło to jednak oczekiwanego efektu.
Gdy do klasy weszła pani Krecińska, wszyscy wstali, ale nie z jej powodu, a
przez wchodzącą za nią panią dyrektor z nieznajomą dziewczyną. Wściekle
rudowłosa kobieta, rozejrzała się po klasie i uroczystym tonem powiedziała.
- Drodzy uczniowie, przedstawiam wam, waszą nową
koleżankę z wymiany zagranicznej – No tak! Krzyknąłem w duchu. Na początku roku
były zapisy na wymianę zagraniczną. Nie mogłem wziąć w niej udziału, gdyż mama
twierdziła, że jak obcy i z zagranicy, to nas okradnie.
– Rebekah jest z pochodzenia Polką. Mieszka w
Londynie. Dzięki swoim rodzicom, zna podstawy języka polskiego, jednak mam
nadzieję, że będziecie się z nią porozumiewać po angielsku. – dyrektorka
spojrzała się ostentacyjnie po klasie i zwróciła się do biolożki.
- Pani Krecinska z pewnością zapozna cię z klasą i
materiałem, jaki przerabiają – Pani Krecińska uśmiechnęła się przytakując i
wskazała na miejsce obok Kuby, chłopaka siedzącego przede mną.
- Rebekah, proszę zajmij miejsce. Będziesz musiała
nadrobić część materiału, ale z pewnością będziesz mogła liczyć na moją pomoc
oraz pomoc twoich nowych kolegów.
Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie, zagarniając za
ucho swoje długie, ciemne włosy. Przez chwilę nasze spojrzenia się zetknęły.
Miała niezwykły niebieski, oceaniczny kolor oczu. Było widać, że się denerwuje.
Starając się nie narobić hałasu, podniosła krzesło i usiadła powoli wsuwając je
pod ławkę. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Z resztą nie tylko ja. „Nowa”
wzbudziła zainteresowanie w klasie. Prawie wszyscy na nią spoglądali, a ona sama
starała się nie zwracać na to uwagi. Nerwowo bawiła się swoimi lokami i
grzecznie słuchała wykładu o genetyce człowieka.
Po lekcji wybrałem się do biblioteki. Chciałem
znaleźć w Internecie coś na temat widywania duchów lub „Celników”. O Celnikach
dusz ludzkich nic nie znalazłem, prócz fragmentów Pisma Świętego i artykułów na
stronach katolickich, które nijak nawiązywały do mojego problemu. Natomiast na
nie jednym forum widziałem rozwlekłe dyskusje na temat duchów. Nie jeden
twierdził, że widział ducha, choć raz w życiu. Ale ciekawe czy tak naprawdę,
czy tylko mu się zdawało? A może wśród tych wszystkich spekulantów i świrów
było jakieś dziecko, które nie wie, dlaczego widzi rzeczy których inni nie
dostrzegają. Siedząc przy komputerze i czytając kolejne niezwykłe zwierzenia
ludzi po traumatycznych przejściach, poczułem jak coś muska moje plecy.
Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem lekko wystraszoną ciemnowłosą Rebekę.
- Sorry, byłam ciekawa co tak czytasz– uśmiechnęła
się nerwowo zagarniając włosy za ucho.
- Nie ma sprawy. Takie tam… z ciekawości…. – odparłem. Czułem się dziwnie, jak
trzynastolatek przyłapany na oglądaniu porno.
- Interesujesz się duchami? – zapytała dziewczyna z
charakterystycznym brytyjskim akcentem.
- A znasz jakiegoś? – zażartowałem, starając się
rozluźnić.
-Mojego brata – odpowiedziała.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć, choć
miałem przez moment ochotę zapytać, czy na serio go widuje.
- Oh… Bardzo mi przykro- w końcu odparłem z pełną
powagą.
- Nie! Nie to miałam na myśli! Mój brat, w Anglii,
bardzo lubi zabawę i rzadko go widuję… jak ducha. Takie porównanie- zaśmiała
się nerwowo.
- Aaa – uśmiechnąłem się, czując się nieco
zmieszany. Jak można w taki sposób określać brata. Może to tylko ja byłem na to
wyczulony?
- A ty masz rodzeństwo? – spytała dziewczyna.
- Mam, siostrę i brata
- Żywych? – zapytała z uśmiechem.
- Raczej tak… – odpowiedziałem, czując jak poziom
żenady sięga zenitu. Chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. – Przepraszam, ale
muszę już lecieć. Jestem umówiony
- Z tym blondynem, Aleksem? – spytała, kiedy ja
pakowałem książki do plecaka. – I tą rudą….
- Martą – dopowiedziałem. - Skąd o nich wiesz?
- Dyrekcja mi opowiadała o wszystkich w klasie,
żebym łatwiej mogła się wkręcić
- Aha – odpowiedziałem, stwierdzając w myślach, że
to dość nietypowa metoda integracji. Jeden wie wszystko o wszystkich, a nikt
nie wie nic o nim. – To na razie! – zarzuciłem ruszając ku wyjściu.
- Do jutra – odpowiedziała dziewczyna. Nie
odwracając się wyszedłem z biblioteki.
Po południu, siedząc nad lekcjami zajadałem się
zupką chińską i dzwoniłem co jakiś czas do Marty. W pewnym momencie przyszło mi
do głowy, aby pójść pod jej dom i stać tam tak długo, póki ze mną nie
porozmawia. Wtedy pojawiła się ona:
- Jak ci minął dzień w szkole? – wystraszony nagłym
pytaniem, wylałem na siebie pół miski zupy i przekląłem pod nosem, co mi się
rzadko zdarzało.
- Mogłabyś chociaż pukać? – zapytałem zbierając
chusteczką makaron ze spodni.
- Jasne! W drzwi czy w okno? – uśmiechnęła się
siadając na rogu niebieskiej kanapy. Założyła nogę na nogę.
- Po co przyszłaś? – zapytałem z nieskrywaną
irytacją.
- Oj, chyba komuś ktoś zalazł za skórę – zauważyła
spostrzegawczo.
- Od paru dni jestem skłócony z moimi przyjaciółmi.
Trudno żebym był szczęśliwy – odparłem wycierając miskę po zupie. Zapadła
chwilowa cisza. Wydawało mi się, ze Weronika szuka odpowiednich słów na
pocieszenie, ale się myliłem. Pokiwała chwilę głową i rzekła.
- Nie ma co się dołować! Robota czeka! – wstała i
wtedy moją uwagę przykuł jej strój. Miała rozpuszczone włosy, beżową sukienkę
do kolan i buty na niewysokim obcasie. Nie było śladu po brązowym płaszczu czy
skórzanych rękawiczkach.
- Duchy mogą zmieniać stroje? – zapytałem.
- A czemu by nie? – wzruszyła ramionami. – Ty też
mógłbyś się przebrać- wskazała na pomidorową plamę „zdobiącą’ mój t- shift.
Wyjąłem z szafy pierwszą lepsza koszulkę i odwracając się do Weroniki plecami,
zdjąłem mokre ubranie.
- Nie masz
się czego wstydzić- zawołała dziewczyna.- Większe termofory widziałam
- Idziemy? – zapytałem nie zwracając uwagi na jej
docinki
- Wojtek! Gdzie idziesz?! – usłyszałem mamę z
kuchni.
- Idę z… - w ostatniej chwili przypomniałem sobie,
kim była Weronika. – Umówiłem się z Martą!
- Tylko wróć przed kolacją!
- Dobrze! – odkrzyknąłem i wyszedłem z domu,
zabierając ze sobą kurtkę.
- Fajną masz mamę – stwierdziła Weronika, kiedy już
byliśmy na zewnątrz.
- Dzięki. Jest trochę nadopiekuńcza – stwierdziłem,
wkładając ręce do kieszeni. Było naprawdę zimno. – A twoi rodzice? – zapytałem
odruchowo. Posmutniała. – Przepraszam, jeżeli nie chcesz…
- Nie, nie ma problemu. Moi rodzice umarli nim
skończyłam siedemnaście lat – odpowiedziała, choć było widać, że nie był to dla
niej łatwy temat.
- Miałaś mniej więcej tyle lat co ja… -
stwierdziłem. – To ile lat masz teraz? – znów spytałem bez przemyslenia.
- Nie pyta się kobiet o wiek – uśmiechnęła się
szeroko. Zmierzaliśmy w stronę barbakanu. – Pytasz ile miałam lat jak umarłam,
czy ile mam lat od dnia narodzin?
- Nie wiem. Jedno i drugie
- Nie żyję od siedemnastego roku życia, a w sumie
mam… - na chwilę zamilkła, by policzyć. – osiemdziesiąt pięć lat
- Całkiem nieźle się trzymasz jak na ten wiek –
zażartowałem zaskoczony liczbą.
- Dzięki
- A gdzie my w ogóle idziemy? – zapytałem,
uświadamiając sobie, że z niewiadomych przyczyn ufałem Weronice na tyle, by iść
za nią bez zastanowienia.
- Musimy popracować nad twoimi umiejętnościami. Bez
praktyki nie staniesz się dobrym Celnikiem.
Weronika zaprowadziła mnie aż do samego parku
łazienkowskiego. Było już ciemno. Nikt, prócz nas nie spacerował zawiłymi
alejkami wzdłuż gęstych krzewów, wysokich drzew i poszczególnych budowli
królewskich. Usiedliśmy na jednej z ciemnozielonych ławek. W milczeniu czekałem
na jakiś zwrot akcji, ale nic. Weronika również umilkła, jakby czegoś
wyczekiwała. Czułem, jak adrenalina płynie w moich żyłach. Bałem się ciemności
i co chwilę odwracałem się nerwowo, mając wrażenie, że jakiś psychopata
wyskoczy zza krzaków i zarżnie mnie siekierą. Weronika oczywiście była oazą
spokoju, bo co w końcu mogło ją spotkać gorszego, niż śmierć. Być może
prawdziwy egzorcysta. W końcu bez jakiegokolwiek wyrazu emocji, patrząc się
przed siebie, zapytała:
- Widzisz tamtą kobietę? – na nikogo nie wskazywała.
Rozejrzałem się dookoła i ujrzałem po lewej stronie staruszkę siedzącą trzy
ławki dalej. Wcześniej jej nie zauważyłem.
- Tak. To duch, prawda? – zapytałem, znając
odpowiedź. Weronika kierując swoje spojrzenie na mnie, pokiwała głową.
- Jak mam jej pomóc?
- Dowiedz się – na te słowa brzmiące niczym rozkaz,
serce zabiło mi podwójnie szybciej.
Chciałem zapytać jak mam to zrobić, ale domyśliłem się. Po chwili zastanowienia
i wahania, wstałem i czekając jeszcze chwilę ruszyłem w stronę sąsiedniej
ławki. Oddech mi przyspieszył. W końcu, kiedy stanąłem obok siedzącej kobiety,
oniemiałem, zastanawiając się, co powinienem zrobić. Nigdy nie rozmawiałem z
duchem ulicznym. Zawsze myślałem, że one mnie nie widzą.
- Dzień dobry pani – przywitałem się spoglądając na
czarną czapkę z daszkiem staruszki, zakrywającą jej twarz. Kobieta miała na sobie szary płaszcz i
torebkę przepasaną przez ramię. Nieznajoma trzymała w rękach kromkę chleba,
którą rozdzielała na coraz mniejsze kawałki i rzucała przed siebie na
wyasfaltowany chodnik.
- Chciałbym
pani pomóc, tylko nie wiem jak – kobieta wciąż milczała. Spojrzawszy z
rezygnacją na siedzącą trzy ławki dalej Weronikę, usłyszałem ochrypnięty
schorowany głos:
- Nie potrzebuję ciepłego posiłku, ani nowych ubrań
– zaskoczony odpowiedzią, odparłem.
- Ale ja nie w tej sprawie. Chciałbym… Chciałbym
pani pomóc przejść na tamten świat – kobieta słysząc moja gwałtowną odpowiedź
podniosła powoli głowę rzucając na mnie swoje puste spojrzenie.
- Nie jestem gotowa mój Panie – rzekła szeptem jakby
do kogoś innego.
- Co panią tutaj trzyma? – zapytałem kucając przed
nią i dobrotliwym uśmiechem starając się zdobyć jej zaufanie. Staruszka po
chwili odpłynięcia zerknęła na mnie jakby sobie przypomniała, że przy niej
jestem.
-Tylko jej zależało na pieniądzach. Ja musiałam… -
kobieta przymknęła oczy marszcząc brwi na znak bólu, tak jak niektórzy starzy
ludzie robią, kiedy dotknie ich wewnętrzne cierpienie. Po zmarszczonych
policzkach popłynęły łzy. – Ja musiałam stać i żebrać dla niej na kolejną butelkę,
bo inaczej… Groziła, że mnie zabije jak psa. Bezużytecznego kundla – kobieta
trzęsącą dłonią zasłoniła oczy, z drugiej wypuszczając ostatni kawałek chleba.
Jej zachowanie wyprowadziło mnie z równowagi. Nie wiedząc, co robić chwyciłem
jej zimną rękę, mimo że sam się trzęsłem z zimna… a może z nerwów.
- O kim pani mówi? – spytałem .
- O mojej córce. Ona… nie jest zła. To przez chorobę
taka się stała – mówiła to patrząc mi się prosto w oczy. Widziałem w jej
spojrzeniu błysk, który pragnął abym uwierzył w jej słowa.
- To przez nią pani nie żyje?
- Nie, ja jestem przy niej. Ona mnie potrzebuje.
Potrzebuje mnie chłopcze. Ty nie rozumiesz… Ja muszę dla niej zdobyć te
pieniądze – zamilkłem. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Opadłem bezsilnie powoli
na ziemię i patrzyłem się na kobietę jak na walący się wieżowiec, którego już
nikt nie podniesie. Nagle stłumionym głosem powiedziałem.
- Pani jest wolna. Córka na pewno sobie poradzi.
Obiecuję to pani. – myślę, że nigdy wcześniej jak wtedy, mój głos nie był
bardziej stanowczy i tak spokojny zarazem. – Jeżeli pani chce…. – przez chwilę
się zawahałem. – Odnajdę pani córkę i upewnię się, że da sobie radę
- Naprawdę mógłbyś, chłopcze? – w załamanym
spojrzeniu kobiety ujrzałem nadzieję i radość.
- Tak, przyrzekam, że to zrobię. Jak ona ma na imię?
- Anna Milczek – wypowiedziała te słowa z
namaszczeniem. Powoli wstała. Ja również. Swoją prawą ręką chwyciła moją lewą
dłoń. Zrobiłem to samo wobec niej. Nagle poczułem jak dłonie kobiety z zimnych
stają się przyjemnie ciepłe. Patrząc w jej oczy wyrażające radość i
wdzięczność, nie zauważyłem, kiedy dotyk dłoni się rozpłynął. Odeszła. Przeszła
na drugą stronę.
Po dłuższej chwili przypomniałem sobie o czekającej
na mnie Weronice. Poczułem satysfakcję i szczęście. Udało mi się pomóc duszy.
Uśmiechnąłem się odwracając do mojej mentorki, ale nie widziałem u niej równego
entuzjazmu. Podeszła do mnie.
- Chyba mi się udało. Nie cieszysz się? – zapytałem,
marszcząc brwi ze zdziwienia. Teraz, kiedy się do mnie zbliżyła, mimo mroku,
ujrzałem jej poważny wyraz twarzy. Weronika otworzyła usta, wahając się przed
odpowiedzią. Słowami jakimi mnie obdarzyła, zmyła wszelką radość.
- Pierwsza zasada w tej branży: Nigdy nikomu nic nie
obiecuj!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz