Spis treści

wtorek, 25 sierpnia 2015

Poniedziałek, 8 listopada



Odkąd poznałem Weronikę, myślałem, że wszystko co się dzieje wokół mnie to jakiś żart. Rozmawiając z dziadkiem nie byłem sobą. Zawsze, gdy chodziło o duchy, stawałem się kimś innym. Starałem się o tym zbyt dużo nie myśleć, bo gdy myślałem dochodziłem do wniosku, że to wszystko zakrawa o szaleństwo. Najgorsze było to, że do pewnego momentu byłem całkiem sam ze swoimi myślami. Nikomu nie potrafiłem zaufać, zwierzyć się czy poradzić. Może dlatego moje nowe oblicze w końcu zaczęło mi się wydawać czymś lepszym, innym, ciekawszym.
Zmierzając po długim weekendzie do szkoły, wciąż zastanawiałem się jak w odpowiedni sposób zacząć rozmowę z Martą. „Przepraszam, że chciałem, w wydający się dla mnie, najłagodniejszy sposób umknąć z imprezy, na której źle się czułem”, a może „Zachowałem się jak dupek i skończony idiota. Jeśli nie zechcesz odezwać się do mnie nigdy więcej, zrozumiem”. Druga możliwość bardziej pasowała do chłopaka w związku, który nawalił i nie zjawił się na umówionej randce. Jednak znając Martę trzy lata i jej wrażliwość, a raczej humorzastość w pewnych kwestiach, tylko tak mogłem załagodzić całą sytuację. Mijając kałuże nuciłem sobie pod nosem „Cold”, Aqualung i Lucy Schwartz. Piosenka opowiada o miłości nie do przebaczenia. Jest smutna, ale lubię ją ponieważ brzmi jak kołysanka i świetnie pasuje do deszczowej pogody. Często idąc samemu nuciłem sobie piosenki oddające mój nastrój bądź pogodę. Mijając innych przechodniów milkłem, a potem kontynuowałem. W szkole byłem uważany za cichego, odsuniętego od reszty, bo zwykle tak było. Trudno nawiązywałem nowe znajomości. Na imprezy byłem zapraszany, kiedy działo się coś większego, czyli wtedy, gdy cała klasa brała w tym udział. Marta zawsze mnie wyciągała na zabawy. Ulegałem jej, choć niechętnie.  Miałam szczerą nadzieje, że mi szybko wybaczy. Była moja jedyną przyjaciółka, a choć nie mogłem się jej zwierzyć z minionych wydarzeń, to jej towarzystwo wystarczało w zupełności.
- Hej! Gdzie jest Marta? – zapytałem Aleksa przy wejściu do szkoły. Był na szlugu. Jednak Marty z nim nie było. Ona nie paliła. Popalała. Kiedyś miała okres buntu przeciwko rodzicom, wtedy też pierwszy raz zapaliła. Popadła w nałóg, ale szybko z niego wyszła. Częściowo. Paliła raz na dzień, a Aleks potrafił wypalić całą paczkę. Wiem, że to jej nie usprawiedliwia, ale tak się przyjęło. Nie jest palaczką.
- Nie wiem. Po minionym tygodniu nie jest zbyt rozmowna – mówiąc to, Aleks nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego. To znaczyło, że on również solidarnie jest na mnie obrażony. Takie zachowanie mnie nie dziwiło. Kiwnąłem tylko głową na znak zrozumienia i wszedłem do szkoły.
Przed salą biologiczną, czekając na lekcję, usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn z mojej klasy, Olgi i Ady. Oby dwie były  punkówami. Czasem z nimi rozmawiałem. Również były uważane za dziwne, a niektórzy twierdzili, że są lesbijkami, ale w rzeczywistości były hetero, otwartymi na nowe znajomości. Mówiły coś o jakiejś nowej dziewczynie w naszej klasie. Nie wiedziałem o co im chodzi. Nikt nic wcześniej nie mówił o nowym uczniu. Wchodząc do klasy, specjalnie przeszedłem obok ławki Ady, aby jeszcze coś usłyszeć.  Nie przyniosło to jednak oczekiwanego efektu. Gdy do klasy weszła pani Krecińska, wszyscy wstali, ale nie z jej powodu, a przez wchodzącą za nią panią dyrektor z nieznajomą dziewczyną. Wściekle rudowłosa kobieta, rozejrzała się po klasie i uroczystym tonem powiedziała.
- Drodzy uczniowie, przedstawiam wam, waszą nową koleżankę z wymiany zagranicznej – No tak! Krzyknąłem w duchu. Na początku roku były zapisy na wymianę zagraniczną. Nie mogłem wziąć w niej udziału, gdyż mama twierdziła, że jak obcy i z zagranicy, to nas okradnie.
– Rebekah jest z pochodzenia Polką. Mieszka w Londynie. Dzięki swoim rodzicom, zna podstawy języka polskiego, jednak mam nadzieję, że będziecie się z nią porozumiewać po angielsku. – dyrektorka spojrzała się ostentacyjnie po klasie i zwróciła się do biolożki.
- Pani Krecinska z pewnością zapozna cię z klasą i materiałem, jaki przerabiają – Pani Krecińska uśmiechnęła się przytakując i wskazała na miejsce obok Kuby, chłopaka siedzącego przede mną.
- Rebekah, proszę zajmij miejsce. Będziesz musiała nadrobić część materiału, ale z pewnością będziesz mogła liczyć na moją pomoc oraz pomoc twoich nowych kolegów.
Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie, zagarniając za ucho swoje długie, ciemne włosy. Przez chwilę nasze spojrzenia się zetknęły. Miała niezwykły niebieski, oceaniczny kolor oczu. Było widać, że się denerwuje. Starając się nie narobić hałasu, podniosła krzesło i usiadła powoli wsuwając je pod ławkę. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Z resztą nie tylko ja. „Nowa” wzbudziła zainteresowanie w klasie. Prawie wszyscy na nią spoglądali, a ona sama starała się nie zwracać na to uwagi. Nerwowo bawiła się swoimi lokami i grzecznie słuchała wykładu o genetyce człowieka.
Po lekcji wybrałem się do biblioteki. Chciałem znaleźć w Internecie coś na temat widywania duchów lub „Celników”. O Celnikach dusz ludzkich nic nie znalazłem, prócz fragmentów Pisma Świętego i artykułów na stronach katolickich, które nijak nawiązywały do mojego problemu. Natomiast na nie jednym forum widziałem rozwlekłe dyskusje na temat duchów. Nie jeden twierdził, że widział ducha, choć raz w życiu. Ale ciekawe czy tak naprawdę, czy tylko mu się zdawało? A może wśród tych wszystkich spekulantów i świrów było jakieś dziecko, które nie wie, dlaczego widzi rzeczy których inni nie dostrzegają. Siedząc przy komputerze i czytając kolejne niezwykłe zwierzenia ludzi po traumatycznych przejściach, poczułem jak coś muska moje plecy. Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem lekko wystraszoną ciemnowłosą Rebekę.
- Sorry, byłam ciekawa co tak czytasz– uśmiechnęła się nerwowo zagarniając włosy za ucho.
- Nie ma sprawy. Takie tam… z ciekawości….  – odparłem. Czułem się dziwnie, jak trzynastolatek przyłapany na oglądaniu porno.
- Interesujesz się duchami? – zapytała dziewczyna z charakterystycznym brytyjskim akcentem.
- A znasz jakiegoś? – zażartowałem, starając się rozluźnić.
-Mojego brata – odpowiedziała.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałem, co powiedzieć, choć miałem przez moment ochotę zapytać, czy na serio go widuje.
- Oh… Bardzo mi przykro- w końcu odparłem z pełną powagą.
- Nie! Nie to miałam na myśli! Mój brat, w Anglii, bardzo lubi zabawę i rzadko go widuję… jak ducha. Takie porównanie- zaśmiała się nerwowo.
- Aaa – uśmiechnąłem się, czując się nieco zmieszany. Jak można w taki sposób określać brata. Może to tylko ja byłem na to wyczulony?
- A ty masz rodzeństwo? – spytała dziewczyna.
- Mam, siostrę i brata
- Żywych? – zapytała z uśmiechem.
- Raczej tak… – odpowiedziałem, czując jak poziom żenady sięga zenitu. Chciałem stamtąd jak najszybciej uciec. – Przepraszam, ale muszę już lecieć. Jestem umówiony
- Z tym blondynem, Aleksem? – spytała, kiedy ja pakowałem książki do plecaka. – I tą rudą….
- Martą – dopowiedziałem. - Skąd o nich wiesz?
- Dyrekcja mi opowiadała o wszystkich w klasie, żebym łatwiej mogła się wkręcić
- Aha – odpowiedziałem, stwierdzając w myślach, że to dość nietypowa metoda integracji. Jeden wie wszystko o wszystkich, a nikt nie wie nic o nim. – To na razie! – zarzuciłem ruszając ku wyjściu.
- Do jutra – odpowiedziała dziewczyna. Nie odwracając się wyszedłem z biblioteki.
Po południu, siedząc nad lekcjami zajadałem się zupką chińską i dzwoniłem co jakiś czas do Marty. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, aby pójść pod jej dom i stać tam tak długo, póki ze mną nie porozmawia. Wtedy pojawiła się ona:
- Jak ci minął dzień w szkole? – wystraszony nagłym pytaniem, wylałem na siebie pół miski zupy i przekląłem pod nosem, co mi się rzadko zdarzało.
- Mogłabyś chociaż pukać? – zapytałem zbierając chusteczką makaron ze spodni.
- Jasne! W drzwi czy w okno? – uśmiechnęła się siadając na rogu niebieskiej kanapy. Założyła nogę na nogę.
- Po co przyszłaś? – zapytałem z nieskrywaną irytacją.
- Oj, chyba komuś ktoś zalazł za skórę – zauważyła spostrzegawczo.
- Od paru dni jestem skłócony z moimi przyjaciółmi. Trudno żebym był szczęśliwy – odparłem wycierając miskę po zupie. Zapadła chwilowa cisza. Wydawało mi się, ze Weronika szuka odpowiednich słów na pocieszenie, ale się myliłem. Pokiwała chwilę głową i rzekła.
- Nie ma co się dołować! Robota czeka! – wstała i wtedy moją uwagę przykuł jej strój. Miała rozpuszczone włosy, beżową sukienkę do kolan i buty na niewysokim obcasie. Nie było śladu po brązowym płaszczu czy skórzanych rękawiczkach.
- Duchy mogą zmieniać stroje? – zapytałem.
- A czemu by nie? – wzruszyła ramionami. – Ty też mógłbyś się przebrać- wskazała na pomidorową plamę „zdobiącą’ mój t- shift. Wyjąłem z szafy pierwszą lepsza koszulkę i odwracając się do Weroniki plecami, zdjąłem mokre ubranie.
-  Nie masz się czego wstydzić- zawołała dziewczyna.- Większe termofory widziałam
- Idziemy? – zapytałem nie zwracając uwagi na jej docinki
- Wojtek! Gdzie idziesz?! – usłyszałem mamę z kuchni.
- Idę z… - w ostatniej chwili przypomniałem sobie, kim była Weronika. – Umówiłem się z Martą!
- Tylko wróć przed kolacją!
- Dobrze! – odkrzyknąłem i wyszedłem z domu, zabierając ze sobą kurtkę.
- Fajną masz mamę – stwierdziła Weronika, kiedy już byliśmy na zewnątrz.
- Dzięki. Jest trochę nadopiekuńcza – stwierdziłem, wkładając ręce do kieszeni. Było naprawdę zimno. – A twoi rodzice? – zapytałem odruchowo. Posmutniała. – Przepraszam, jeżeli nie chcesz…
- Nie, nie ma problemu. Moi rodzice umarli nim skończyłam siedemnaście lat – odpowiedziała, choć było widać, że nie był to dla niej łatwy temat.
- Miałaś mniej więcej tyle lat co ja… - stwierdziłem. – To ile lat masz teraz? – znów spytałem bez przemyslenia.
- Nie pyta się kobiet o wiek – uśmiechnęła się szeroko. Zmierzaliśmy w stronę barbakanu. – Pytasz ile miałam lat jak umarłam, czy ile mam lat od dnia narodzin?
- Nie wiem. Jedno i drugie
- Nie żyję od siedemnastego roku życia, a w sumie mam… - na chwilę zamilkła, by policzyć. – osiemdziesiąt pięć lat
- Całkiem nieźle się trzymasz jak na ten wiek – zażartowałem zaskoczony liczbą.
- Dzięki
- A gdzie my w ogóle idziemy? – zapytałem, uświadamiając sobie, że z niewiadomych przyczyn ufałem Weronice na tyle, by iść za nią bez zastanowienia.
- Musimy popracować nad twoimi umiejętnościami. Bez praktyki nie staniesz się dobrym Celnikiem.
Weronika zaprowadziła mnie aż do samego parku łazienkowskiego. Było już ciemno. Nikt, prócz nas nie spacerował zawiłymi alejkami wzdłuż gęstych krzewów, wysokich drzew i poszczególnych budowli królewskich. Usiedliśmy na jednej z ciemnozielonych ławek. W milczeniu czekałem na jakiś zwrot akcji, ale nic. Weronika również umilkła, jakby czegoś wyczekiwała. Czułem, jak adrenalina płynie w moich żyłach. Bałem się ciemności i co chwilę odwracałem się nerwowo, mając wrażenie, że jakiś psychopata wyskoczy zza krzaków i zarżnie mnie siekierą. Weronika oczywiście była oazą spokoju, bo co w końcu mogło ją spotkać gorszego, niż śmierć. Być może prawdziwy egzorcysta. W końcu bez jakiegokolwiek wyrazu emocji, patrząc się przed siebie, zapytała:
- Widzisz tamtą kobietę? – na nikogo nie wskazywała. Rozejrzałem się dookoła i ujrzałem po lewej stronie staruszkę siedzącą trzy ławki dalej. Wcześniej jej nie zauważyłem.
- Tak. To duch, prawda? – zapytałem, znając odpowiedź. Weronika kierując swoje spojrzenie na mnie, pokiwała głową.
- Jak mam jej pomóc?
- Dowiedz się – na te słowa brzmiące niczym rozkaz, serce zabiło mi  podwójnie szybciej. Chciałem zapytać jak mam to zrobić, ale domyśliłem się. Po chwili zastanowienia i wahania, wstałem i czekając jeszcze chwilę ruszyłem w stronę sąsiedniej ławki. Oddech mi przyspieszył. W końcu, kiedy stanąłem obok siedzącej kobiety, oniemiałem, zastanawiając się, co powinienem zrobić. Nigdy nie rozmawiałem z duchem ulicznym. Zawsze myślałem, że one mnie nie widzą.
- Dzień dobry pani – przywitałem się spoglądając na czarną czapkę z daszkiem staruszki, zakrywającą jej  twarz. Kobieta miała na sobie szary płaszcz i torebkę przepasaną przez ramię. Nieznajoma trzymała w rękach kromkę chleba, którą rozdzielała na coraz mniejsze kawałki i rzucała przed siebie na wyasfaltowany chodnik.
-  Chciałbym pani pomóc, tylko nie wiem jak – kobieta wciąż milczała. Spojrzawszy z rezygnacją na siedzącą trzy ławki dalej Weronikę, usłyszałem ochrypnięty schorowany głos:
- Nie potrzebuję ciepłego posiłku, ani nowych ubrań – zaskoczony odpowiedzią, odparłem.
- Ale ja nie w tej sprawie. Chciałbym… Chciałbym pani pomóc przejść na tamten świat – kobieta słysząc moja gwałtowną odpowiedź podniosła powoli głowę rzucając na mnie swoje puste spojrzenie.
- Nie jestem gotowa mój Panie – rzekła szeptem jakby do kogoś innego.
- Co panią tutaj trzyma? – zapytałem kucając przed nią i dobrotliwym uśmiechem starając się zdobyć jej zaufanie. Staruszka po chwili odpłynięcia zerknęła na mnie jakby sobie przypomniała, że przy niej jestem.
-Tylko jej zależało na pieniądzach. Ja musiałam… - kobieta przymknęła oczy marszcząc brwi na znak bólu, tak jak niektórzy starzy ludzie robią, kiedy dotknie ich wewnętrzne cierpienie. Po zmarszczonych policzkach popłynęły łzy. – Ja musiałam stać i żebrać dla niej na kolejną butelkę, bo inaczej… Groziła, że mnie zabije jak psa. Bezużytecznego kundla – kobieta trzęsącą dłonią zasłoniła oczy, z drugiej wypuszczając ostatni kawałek chleba. Jej zachowanie wyprowadziło mnie z równowagi. Nie wiedząc, co robić chwyciłem jej zimną rękę, mimo że sam się trzęsłem z zimna… a może z nerwów.
- O kim pani mówi? – spytałem .
- O mojej córce. Ona… nie jest zła. To przez chorobę taka się stała – mówiła to patrząc mi się prosto w oczy. Widziałem w jej spojrzeniu błysk, który pragnął abym uwierzył w jej słowa.
- To przez nią pani nie żyje?
- Nie, ja jestem przy niej. Ona mnie potrzebuje. Potrzebuje mnie chłopcze. Ty nie rozumiesz… Ja muszę dla niej zdobyć te pieniądze – zamilkłem. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Opadłem bezsilnie powoli na ziemię i patrzyłem się na kobietę jak na walący się wieżowiec, którego już nikt nie podniesie. Nagle stłumionym głosem powiedziałem.
- Pani jest wolna. Córka na pewno sobie poradzi. Obiecuję to pani. – myślę, że nigdy wcześniej jak wtedy, mój głos nie był bardziej stanowczy i tak spokojny zarazem. – Jeżeli pani chce…. – przez chwilę się zawahałem. – Odnajdę pani córkę i upewnię się, że da sobie radę
- Naprawdę mógłbyś, chłopcze? – w załamanym spojrzeniu kobiety ujrzałem nadzieję i radość.
- Tak, przyrzekam, że to zrobię. Jak ona ma na imię?
- Anna Milczek – wypowiedziała te słowa z namaszczeniem. Powoli wstała. Ja również. Swoją prawą ręką chwyciła moją lewą dłoń. Zrobiłem to samo wobec niej. Nagle poczułem jak dłonie kobiety z zimnych stają się przyjemnie ciepłe. Patrząc w jej oczy wyrażające radość i wdzięczność, nie zauważyłem, kiedy dotyk dłoni się rozpłynął. Odeszła. Przeszła na drugą stronę.
Po dłuższej chwili przypomniałem sobie o czekającej na mnie Weronice. Poczułem satysfakcję i szczęście. Udało mi się pomóc duszy. Uśmiechnąłem się odwracając do mojej mentorki, ale nie widziałem u niej równego entuzjazmu. Podeszła do mnie.
- Chyba mi się udało. Nie cieszysz się? – zapytałem, marszcząc brwi ze zdziwienia. Teraz, kiedy się do mnie zbliżyła, mimo mroku, ujrzałem jej poważny wyraz twarzy. Weronika otworzyła usta, wahając się przed odpowiedzią. Słowami jakimi mnie obdarzyła, zmyła wszelką radość.
- Pierwsza zasada w tej branży: Nigdy nikomu nic nie obiecuj!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz