- Wstawaj Wojtek! No wstań, bo znowu się spóźnisz do szkoły! – usłyszałem głos mamy budzącej mnie z głębokiego snu.
- Już, chwila. – odmruknąłem, chowając głowę w ciepłą kołdrę.
Była jesień. Dni stawały się coraz mroźniejsze. Codzienne wstawanie o siódmej do szkoły wydawały się dla mnie najgorszym koszmarem na świecie. Zawsze kiedy tak myślałem, okazywało się że to nie koniec. Po dotarciu do równie zimnych murów liceum dowiadywałem się o sprawdzianach, które były zaplanowane na dany dzień. Ja naturalnie, z nadmiaru obowiązków, zapominałem o nich. Zwykle miałem farta i udawało mi się wyuczyć najważniejszych informacji na tróję plus, choć bywało tak, że i szczęście nie dopisywało. Tego dnia nie było żadnych sprawdzianów. Mieliśmy w klasie wiele zastępstw za nauczycieli, którzy się rozchorowali. Dlatego też, mogłem pospać dłużej. Zwykle nauczyciele w takich przypadkach nie wpisywali uwag ani nieobecności czy spóźnienia. Jednak trudno było polemizować z apodyktyczną mamą, która za wszelką cenę usiłowała mnie wyciągnąć z łóżka. Potrafiła włączyć radio na cały regulator lub oblać mnie szklanką zimnej wody. Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze.
Aleks i Marta zwykle czekali na mnie w szkolnej szatni, popalając potajemnie papierosy lub siedząc przy laptopie i surfując po necie. Tego dnia również na mnie czekali, przejęci i nad wyraz podekscytowani.
- Co się stało? – zapytałem ich, zaraz na wejściu. Widząc ich uśmiechy, również się uśmiechnąłem, choć trochę niepewnie i zdezorientowany.
- Patrz na to! – powiedziała Marta wskazując na ekran laptopa. Usiadłem obok niej i zacząłem czytać półszeptem.
„Serdecznie zapraszamy młodzież, dzieci i dorosłych na pierwszą paradę z okazji Halloween na Krakowskim Przedmieściu, w Warszawie! W programie naszych atrakcji: konkurs na najlepszą dynię, kostium, ilość zebranych cukierków oraz koncert znanych gwiazd muzyki…” – przerwałem czytanie i spojrzałem ponownie na rozbudzoną Martę a potem na mniej podekscytowanego Aleksa.
- Was to naprawdę kręci? – spytałem, wskazując na ogłoszenie.
- Może być fajna zabawa! – rzuciła przekonywującym tonem Marta, trącając mnie lekko łokciem. Ponownie przeniosłem wzrok na Aleksa.
- No co? – zapytał ze zdziwieniem.
- Nie mów, ze ty chcesz na to iść? – spytałem lekko podłamany na duchu.
- Tak, ale nie z tego powodu co Marta. Zobacz… - wskazał na wciąż to samo ogłoszenie. – O północy ma być wywoływanie duchów! Mogą być niezłe jaja!
- Taa… - mruknąłem pod nosem. Z wiadomego powodu, nie kręciły mnie tego typu zabawy. I bez tego, mogłem widywać duchy. Kiedyś oglądając ze starszą siostrą film na ten temat, przeraziłem się widząc stado rozłoszczonych dusz kręcących się wokół niczego nieświadomych dzieciaków, siedzących w ciemnym pomieszczeniu przy małej świeczce. Kamila, moja siostra, wyśmiała mnie wtedy, a następnie się wkurzyła, że nie pozwoliłem jej dokończyć filmu. Ona lubiła oglądać horrory i thrillery, kiedy ja przed nimi zwiewałem. Miała trudny charakter. Nie lubiła się uczyć, spotykała się non stop z chłopakami i olewała mamę od kiedy ona, rozwiodła się z tatą. To ja, zawsze robiłem za tego spokojniejszego. Miałem również młodszego, pięcioletniego brata, Wiktora, który był podobny do mamy w większym stopniu, niż ja.
Miał po niej pełne usta i piwne oczy. Był dzieckiem z drugiego małżeństwa mamy. Niestety, jego ojciec również okazał się oszustem i rozstali się rok po urodzeniu malucha. Jedyne co po nim pozostało wyraźnego, to niezwykły jasnozłoty kolor włosów Wiktora.
Kamila z kolei, po mamie odziedziczyła kasztanowy kolor włosów.Często kosmyki zasłaniały jej twarz, skrywającą zielone oczy i charakterystyczny, zgrabny nos, którym tak bardzo zachwycała się mama. Była ode mnie rok starsza. O dziwo, wykazywała zdolności twórcze. Malowała, dekorowała oraz pisała wiersze. Jej bunt przeciwko nauce zaczął się po rozwodzie rodziców, ale nigdy nie odpuściła z malarstwem czy poezją.
Po dziesięciu minutach wysłuchiwania przekonywujących argumentów na temat parady, wreszcie zadzwonił dzwonek na lekcję.
Po dziesięciu minutach wysłuchiwania przekonywujących argumentów na temat parady, wreszcie zadzwonił dzwonek na lekcję.
Pierwszą lekcją była historia. Nauczycielem tego jakże ciekawego przedmiotu był pan Skowronek. Niewysoki mężczyzna, w średnim wieku ze świecącą, łysą „dziurką” pośrodku farbowanej siwizny. Nosił okulary, jak to wypadało wielkim uczonym i najczęściej ubierał się w charakterystyczną, białą koszulę z widocznymi śladami zszywania na rękawach oraz niebieską kamizelkę na wierzchu. Lubiłem go, ale nie za osobowość czy wygląd, tylko za sposób bycia. Wbrew pozorom, był sympatycznym nudziarzem zaciągającym wyrazy w przekomiczny, żółwiasty sposób. Starał się uczyć jak najlepiej, ale i tak mu to nie wychodziło. Wszyscy go wyśmiewali i nazywali „anty skowronkiem” lub „żółwiem”. Nauczyciel widząc moje starania ku lepszemu poznawaniu przedmiotu, wysłał mnie na konkurs historyczny oraz obiecał podwyższoną ocenę na semestr.
I tym razem lekcja minęła na jego wydłużonym mówieniu o… sam nie wiem czym. Zwykle jego wykłady po pięciu minutach odchodziły od tematu, odkrywając tym samym ciekawostki historyczne, kompletnie zbędne uczniom takim jak ja. Marta wciąż nie dawała mi spokoju z paradą. Nawet Aleksa zaczęło to denerwować.
Marta była niezwykle epicką – jak to określała – osobą. Swoim charakterem ujmowała i zadziwiała. Potrafiła być niezwykle pomysłowa i czerpać przyjemność z nic nieznaczących rzeczy. Była zgrabna i niewysoka. Miała rude, krótkie ułożone na bok włosy, zielone, piękne oczy i pełne, zawsze uśmiechnięte usta.
Dla mnie była jak siostra. Niewiele młodsza, upierdliwa a zarazem opiekuńcza siostrzyczka z niedającym za wygrane charakterem.
Aleks, wysoki, prawie dwumetrowy blondyn, zawsze potrafił postawić mnie do pionu i był moim najlepszym przyjacielem. Miał twardy charakter. Potrafił być stanowczy i swoim zachowaniem irytujący. Jednak służył dobrą radą i potrafił pomóc w rozwiązaniu największego problemu. Niestety, to nie wystarczało abym mógł mu wyznać prawdę o moim „darze”. Miał krótkie włosy i ciemne piwne oczy. Był chyba jednym z najbardziej pożądanych kolesi w szkole. Laski na niego leciały hurtowo, choć on był wierny Marcie. Mimo że z nią nie był. Kochał ją skrycie, a przynajmniej tak mówił. Kręcił go, jej zgrabny tyłek i nie wielki biust. Tak mówił.
- Wojtek, słuchaj! – nakazała mi stanowczym tonem Marta. - Jeżeli nie chcesz iść dla siebie, to chodź dla mnie. – zaproponowała błagalnym wzrokiem. Zawsze takie, jej zachowanie wzbudzało we mnie śmiech. Potrafiła zachowywać się jak dziecko.
- Dobrze, pójdę z wami na ta paradę. – zgodziłem się wzdychając głośno na znak kapitulacji. Marta uśmiechnęła się ponownie rozpogodzona, a ja chcąc nie chcąc, odpowiedziałem jej tym samym.
Po lekcjach jak zwykle poszliśmy na lody, na Krakowskim Przedmieściu. Wszędzie wisiały plakaty reklamujące paradę. Na każdym widniała ogromna dynia na fioletowym tle, uśmiechająca się przyjaźnie do każdego małego dziecka. Nawet na murach uniwersytetu i kościoła, dyndały szydercze wizerunki pomarańczowych warzyw. Marta wciąż cieszyła się nieustannie powtarzając, „Czyż to nie cudowne? Ten kto to wpadł na pomysł zrobienia takiej imprezy, był epicki!”. Tak, „epicki” to jej ulubiony wyraz.
Po spotkaniu z przyjaciółmi poszedłem odebrać brata z przedszkola. Mama nie mogła tego zrobić, ponieważ pracowała jako skrzypaczka i wykładowczyni na Akademii Muzycznej. Występowała w filharmonii oraz na przyjęciach u ważnych osobistości. Siostry zwykle nie było w domu kiedy trzeba było, a wiec to mnie przypadał obowiązek odbierania brata z przedszkola. Kochałem go. Wiktor był równym gościem. Uczyłem go pływania, gry w szachy, choć zwykle musiałem grać za nas obu, oraz omawiałem z nim literaturę wszelkiego rodzaju- począwszy od szkolnego Danego, aż po mojego ulubionego Sapkowskiego. Zwykle był na tyle dobry, że dawał mi się wygadać, zbić swojego Króla i uczyć pływać. Był ciekawy świata. Czasem, kiedy zrozumiał omawianą przeze mnie książkę, zadawał jakieś pytania. Np: Dlaczego on tak zrobił? Po co tam poszedł? Kiedy to się skończy?
Opiekowałem się nim aż do powrotu Kamili. Zwykle, po jej przyjściu miałem czas na odrabianie lekcji lub wyrwanie się gdzieś na miasto.
Wieczorem, jak zawsze, wyszedłem na spacer po starówce. Wędrowałem wzdłuż i w szerz Nowego i Starego Miasta. Podziwiałem odbicia zachodzącego słońca w oknach domów z cegły oraz kamiennych dróżek. Skrycie obserwowałem pary całujące się w bramach i cieszyłem się ich szczęściem. Za każdym razem, Starówka była inna. Inni ludzie, inny klimat, tylko domy i ja pozostawaliśmy zawsze tacy sami. Uwielbiałem to miejsce. Kochałem te magiczne, tajemnicze zakamarki, latarnie zapalające się wieczorami, odgłosy kopyt koni ciągnących dorożki oraz ulicznych artystów przygrywających na wszelkiego rodzaju instrumentach, dających taki klimat muzyczny, jakiego dusza artysty mogłaby zapragnąć. Mimo upływu czasu, to miejsce zawsze zachowywało swoja magię. Zimą, kiedy to odbywał się kiermasz bożonarodzeniowy na Starym Rynku i zapach grzanego wina połączony z aromatem świeżo pieczonego sękacza wypełniały nozdrza spacerujących, a lampki w oknach mieszkańców rozświetlały w niezwykły sposób ulice pobrzmiewające kolędami. Wiosną, w czasie Nocy Muzeów, gdy wszyscy do bardzo późnej nocy wędrowali wszędzie gdzie się dało, a akrobaci i muzycy zabawiali ich w jedyny niepowtarzalny sposób. Latem, w czasie długich zachodów słońca i jesienią, kiedy wiatr hulał we wszystkie strony a ludzie zewsząd spacerowali pod rękę, w drugiej trzymając kubek gorącej czekolady pozostawiający za sobą zanikającą mgiełkę pary.
Oczywiście wszystko w moich oczach było dwukrotnie niezwykłe. Osiemnastowieczne dorożki wiozące szlachcianki i ich mężów, a czasem kochanków. Mieszczanie plotkujący ze sobą tuż przed kościołem. Powstańcy wykonujący rozkazy swoich dowódców. Wszyscy żyli swoim „życiem”. Nie zwracając uwagi na to, co się działo wokół nich. Czasami wydawało mi się, że jakaś młoda dziewczyna pracująca, jako służąca na zamku, patrzy na mnie, ale potem uświadamiałem sobie, że wciąż, tak jak za życia, wypatrywała swojego zbawienia. Królewicza, który zabrałby ją daleko stąd. Tam, gdzie ona sama mogłaby być panią swojego losu.
Czułem się w tym wszystkim nijako. Tak jakby życie dookoła mnie toczyło się nieustannie, w kilku epokach na raz, a ja tylko byłem jego obserwatorem. Nic nierobiącym, niezauważalnym człowiekiem. Po powrocie do domu wszystkie te ponure myśli znikały, aż do następnego wieczoru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz